Książek trzy

„Ada albo żar” z radosną wskazówką dla niewiadomo kogo: „pierwszy polski przekład”, tradycyjnie Engelkingowy, to książka zdegenerowana szczegółem, dla miłośników wszystkich tych aluzji i odniesień, dygresji i przeszkadzań w naturalnym biegu akcji. Denerwująca, ekstatyczna, mętna, nie pojęta do końca ale narkotyczna. Kolejny Mankell w „Białej lwicy” oprowadza nas po życiu swojego komisarza, po drodze zmuszając do wycieczki afrykańskiej – niestety, te odniesienia do historii apartchajdu odrywają od najważniejszego – od przyjemności obcowania z życiem Wallandera. Pamuk w „Nazywam się czerwień” zanurza nas w świecie tradycji i dusznej atmosferze kultury islamu.

Trzy książki: przeczytana, niedoczytana i porzucona; dwie w twardej oprawie i jedna „miękka”, wszystkie jakby moje choć jedna nie do końca. Grube – Ada ma 850 stron, Pamuk prawie 600, Mankell prawie 500. Czytam ostatnio jedynie z doskoku, ale wciąż nie odmawiam sobie kupowania książek, bo to kupowanie jest nawet przyjemniejsze od samego czytania – jeśli przeczytało się już prawie wszystko (nie piszę tu o zestawieniach typu: 1000 książek, które musisz przeczytać – najbardziej idiotyczne wydawnictwo jakie znam), jeśli upodobań nie da się już zmienić, jeśli w gąszczu nowości nie można wyłowić nic wartościowego, to chyba lepiej nie czytać, albo po prostu czytać to, co się już przeczytało. A najlepiej nie czytać – to jest dopiero piękna perspektywa – jestem bliski jej realizacji, tak jak to już zrobiłem z muzyką – nie słucham niczego aktywnie, jeśli już, to jedynie jako wypełniacza – stosy płyt czekają lepszych czasów, stosy książek pokrywają się kurzem.

Patrzę na trzy książki z przyjemnością posiadacza rzeczy, posiadacza światów w nich zawartych, ale odkładam je z radością, bo wiem, że Pamuk jest bagażem wspomnień, Mankell kolekcją, Nabokov jest Nabokovem. Pamuk miał być kroniką, wypełniony śladami wziętymi z życia, przesycony dowodami na energię życia, zawiera w sobie historię, niedokończoną, rozmytą, umarłą, ale nie zastrzeloną jednym pociągnięciem palca – kiedy zakwitły czereśnie wszyscy wiedzieli, ze nie ma odwrotu. I kiedyś powinienem ją oddać zabierając „Śnieg”, ale nie wierzę już w ten scenariusz – sam czytam teraz, że w piątek 24 października o g.15:45 przeczytałem pierwsze zdanie, a 20 grudnia dotarłem do czerwonych ust i potem już nie było nic. W książce mnóstwo notatek, wklejonych biletów, wycinków i pamiątek, z którymi czasem trudno się rozstać. Książka, której nigdy nie dokończę, nie dowiem się kto zabił, bo po cóż mi ta wiedza – morderca z miłości zawsze powinien zostać rozgrzeszony.

Okładka „Ady” jest nieprzekonywująca - Nabokov nigdy nie będzie pomarańczowy, nigdy nie ugrzęźnie w jednym odcieniu, kolorze – on, podobnie jak motyle, które kochał, mieni się jak rosyjska jesień. Smakowanie Nabokova wywołuje irytacje – kiedy odnajdziemy już coś, co nas wciąga i fascynuje, autor skręca gwałtownie, rozpada się struktura, czytamy wariacje na temat jakiegoś francuskiego słowa, albo zajmujemy się przedmiotem, który dawno już przestał być użyteczny. Nabokov z nami gra, a nawet pogrywa, traktuje nas jak idiotów, którzy nigdy go nie złapią w siatkę, jest jak rzadki motyl, którego widzimy, ale nigdy nie dogonimy. Oczywiście wolę wczesnego, rosyjskiego Nabokova, ale jeśli chce mi pokazać jak mało dorosłem do jego świata, to proszę bardzo – będę się po tym ślizgał – zawsze coś mi po tym zostanie.

Pisanie o trzech książkach na raz jest zadaniem karkołomnym, pisanie o nich to tylko niedokładny przelot balonem nad piramidami egipskimi. Ada zostaje przy mnie, sięgam po nią przed snem, smakuję bez konieczności brnięcia w ciąg dalszy. Mankell już na półce, obok podobnych wydanych przez WAB, Pamuk nie wiadomo gdzie, nie ma miejsca ani na półce ani nigdzie indziej, jest bezdomny i samotny – przekładam go z miejsca na miejsce, wciąż mi przeszkadza i uwiera, jak wspomnienia, których nie da się wymazać.