Eustachy Rylski

„Po śniadaniu” w twardej oprawie i z obwolutą, na której … impresja? Dlaczego lubię Rylskiego? W literaturze liczą się błyskotliwe zdania. Proust pisał tak błyskotliwie, że nie mógł zdań skończyć, Mann z kolei doprowadził swą błyskotliwość do takiej doskonałości, że nie da się ona interpretować, gdyż jest skończona, z kolei Nabokov był błyskotliwy subiektywnie, cokolwiek to znaczy. Błyskotliwość Rylskiego jest taka:
 Co łączy tę siódemkę? Gdybym powiedział, że nic – niezasłużenie bym sobie naurągał, gdybym powiedział, że wszystko – nie obroniłbym własnej przesady. Stanę więc w pół drogi między nic a wszystko i przyznam, że łączy ją nie byle jaki czytelnik, za jakiego się uważam.

To początek książki, w której autor chce podzielić się z nami swoimi fascynacjami literackimi, a właściwie chce nam powiedzieć, co decyduje, że szczególnie umiłowaliśmy jakąś książkę. Zawsze jest jakieś dotknięcie w zachwycie, zawsze jakaś iskra, jak między palcami u Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, coś co sprawia, że zapadamy się w autorze na dobre i złe. Rylski wybrał siódemkę, wśród której Błok, Iwaszkiewicz, Turgieniew wyraźnie ciągną tam, gdzie autor czuje się najlepiej, czyli wśród wschodnich stepów, do tego Camus, Hemingway i Capote, a na koniec jakby z innej bajki Malraux.

Ostatnio chodzę za książkami co mnie cieszy, ale i buduje niezdrową fascynację – wiadomo, że to co wymarzone zdaje się lepsze od tego co wpada samo do reki. Wiem co chcę kupić, resztę przeglądam i czekam. O wielu zapominam, ale wciąż pojawiają się nowe książki, dlatego szukam w sobie instynktu, który każe mi na razie nie kupować najnowszej pozycji Tomasza Piątka, bo jakoś przestałem mu ufać, ale być może jeszcze do niego wrócę. Więc chodziłem za Rylskim, bo jak zwykle nie było go tam gdzie powinien być, na szczęście nie była to historia poszukiwania Świetlickiego.
To dobra pozycja do pociągu, choć kto dziś jeździ pociągami? Szybko się czyta, choć zwracam uwagę na skupienie się, zwłaszcza, że liczą się tu smaczki i jeśli chcecie się prześlizgnąć przez jakiś rozdział, to wyda Wam się on płaski i przegadany, a jeśli uchwycicie Rylskiego za połę płaszcza, to pociągnie Was za sobą i wiele wyjaśni. A nie łatwo za nim nadążyć, bo kluczy i wymaga koncentracji. W rozdziale Arina Timofiejewna pokazuje, że literatura jest sprawą mocno subiektywną i że miłością nie można się dzielić, że pewne rzeczy należy zostawiać tylko dla siebie. Kiedy ktoś zabiera nam pielęgnowaną tajemnicę, ukochaną moc wrażenia,  tracimy to wszystko raz na zawsze, ubożejemy. Kiedyś tak zabrano mi Nabokova, bo myślałem, że tylko ja się nim zachwycam, Rylskiemu zabrano kobietę, którą nie chciał się dzielić, bo sam ja znalazł i ukrył w duszy.

Książka, którą się czyta wielokrotnie, nie dlatego, że taka błyskotliwa, ale dlatego, że pozwala smakować kilka wybranych pozycji wraz z kimś, kto powie nam więcej niż sami tam znajdziemy, choć powinniśmy szukać własnych fascynacji, a jeśli ktoś się chce z nami podzielić swoimi, to niech, na boga, uczyni to w stylu Rylskiego.