Kaziemierz Nowak

„Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936”, już czwarte wydanie książki, która w ostatnich 2 latach zrobiła furorę wśród rosnącej z każdym dniem rzeszy polskich podróżników. Na okładce, miękkiej, bo wydanie, które kupiłem w EMPiK-u, nosi dopisek do plecaka, brodaty, łysawy Kaziu, ze swoim rowerem, przemierza pustynne piaski. Czytając te relacje, zebrane z mozołem przez wydawcę, towarzyszy mi i jak sądzę nie jestem w tym osamotniony, uczucie podziwu przemieszanego z przerażeniem. Jak temu niepozornemu i skromnemu człowiekowi przyszło do głowy, żeby zmierzyć się z Afryką, mając do dyspozycji rower oraz nieomal żadne środki finansowe?

Dzisiaj pomyślenie o takim przedsięwzięciu, choć możliwe i realizowane przez naśladowców także w Polsce, wywołuje gest łapania się za głowę w niemym geście, skazującym śmiałka na śmieszność – wtedy musiało być stokrotnie gorzej. Polowałem na tę książkę, bo nakłady się szybko wyczerpywały, a czytając ją co chwila łapałem się na myśli, że nasz odważny Kazik nie dość, że miał ogromne szczęście, to jeszcze charakter przekraczający siłę herosów dzisiejszych odkrywców. W kilku miejscach jego życie wisiało na włosku, chorował na malarię i nie tylko, tracił wzrok, siły i pieniądze, ale to, co przeżył, samotnie kontemplując urok świata, dawało mu dowód, że warto poświęcać wiele, żeby przeżyć jeszcze więcej. Ta relacja, tak mocno okrojona i niepełna, byłaby dziś, gdyby Kazia przywrócić do życia i kazać mu powtórzyć swój wyczyn, co z pewnością natychmiast by uczynił, sensacją na miarę tych wszystkich Kolosów czy Travellerów, człowiek uzyskałby sławę i pieniądze – a tak możemy dziś jedynie wytrzeszczać oczy w niemym zdumieniu. Facet przejechał Afrykę w obie strony, oczywiście nie jedynie na rowerze, bo i konno, łodzią i na wielbłądzie, sypiał zazwyczaj w namiocie, bronił się przed zwierzyną ale i przed oniemiałymi tubylcami, którzy wielokrotnie nie wiedzieli jak się zachować widząc tego dziwaka.

Czytałem książkę w Londynie, w ostatnie dni roku 2008, zwiedzałem te wszystkie British Muzea i zastanawiałem się, czy warto poświęcić życie dla takiej wyprawy – Nowak umarł zaraz po powrocie ze swojej 5-letniej wyprawy, wyniszczony przez choroby. Przez tyle lat mało kto o nim wiedział a teraz wyrósł na bohatera, namaszczonego przez samego Ryszarda Kapuścińskiego.

W książce pamiątki po londyńskim sylwestrze – bilet z Stansted Airport  do London Terminal za 18 funtów oraz kawałek gazety londyńskiej z ogłoszeniami.
Literacko dużo tu zachwytu dla niezwykłej urody Czarnego Lądu, ale wciąż wraca mi myśl jak to wszystko mogłoby wyglądać dziś, jaką relację moglibyśmy otrzymać gdyby choć Nowak miał większe możliwości – sprzętowe i finansowe, ale przecież wtedy nie moglibyśmy go tak podziwiać.
Jego wyczyn, jeden z największych w historii podróżowania może być tylko taki jakim go widzimy teraz, choć mam wrażenie, że gdybyśmy Pana Kazimierza wskrzesili do życia, mógłby nam opowiedzieć stokroć więcej, jak to naprawdę tam było, przed ponad 70-ciu laty. I byłoby to równie pasjonujące choć mielibyśmy do przeczytania nie jeden, ale pięć tomów.