Krajewski/Czubaj

„Róże cmentarne” wydawnictwo WAB. Książki Krajewskiego o Mocku mają srebrny czy też szary kolor okładek – mężczyźni podobno nie znają się na kolorach – a kolorem tandemu Krajewski/Czubaj, będzie kolor niebieski, może przez nawiązanie do miejsca, gdzie rozgrywa się akcja powieści, czyli nad naszym modrym Bałtykiem. Zresztą najnowsza informacja z rynku wydawniczego jest taka, że Krajewski zmienił wydawnictwo, ale kogo to obchodzi poza samym autorem oraz zbieraczami książek lubiącymi układać sobie na półkach serie wydawnicze czy tez w inny sposób mieć przyjemność w ustawianiu książek w konfiguracjach symetrycznych, kolorystycznych czy tez po prostu są pedantycznie przyzwyczajeni do ustalonych reguł, które padają na początku i każda zmiana wywołuje w nich torsje i skutkuje jakimś rozchwianiem wewnętrznym.

Z rozpędu kupiłem tę książkę, choć po pierwszym tomie przygód Patera, miałem jedynie mdłości. A przecież zaryzykowałem powtórne spotkanie, a decyzję moją podbudowała historia z książkami Miłoszewskiego. Otóż na ostatnich Targach Dobrej Książki, kupiłem pierwszą powieść Miłoszewskiego „Domofon”, ponieważ zachwyciłem się drugą, o której tutaj pisałem dawno, ale z przyjemnością. A „Domofon” okazał się doświadczeniem strasznym, żeby nie napisać straszliwym. Sam się sobie dziwie, że to skończyłem, ale chyba dlatego, żeby mieć czyste sumienie. Widocznie bywa już tak, że zaczyna się swoja przygodę z literaturą w sposób haniebny, żeby nabierając praktyki dojść do wprawy i stać się lepszym. A może początkujący literaci powinni napisać od razu dwie książki i tę pierwszą potem spalić bez wahania?

W „Różach cmentarnych” jest wreszcie coś, o co można się zaczepić, jest osobowość komisarza i atrakcyjne trupy. Oczywiście jest też wiele mętnej wody, której sam Krajewski unika w swoich powieściach, tuszując nieporadność, której coraz już mniej, przedwojennym sznytem i folklorem, rodem z miasta Breslau.
Nie musiałem za wiele wkładać do środka żeby kiedyś znowu sięgnąć po książkę – wystarczył jedynie kawałek biletu lotniczego Cusco – Lima, na którym sympatyczny Indianin zapisał swój mailowy adres, z prośbą o przesłanie zdjęcia swoich wyrobów biżuteryjnych, sprzedawanych na rynku w Aqua Callientes. Mail wysłany wrócił, więc kontakt niejako się urwał, a fragmenty kolekcji rozrzucone są po wielu miejscach, nie wyłączając pewnej czarnej toyoty.

Na okładce niebieskiej, kobieca twarz zanurzona w wodzie, jak się domyślamy morskiej. Kupiłem nie za 34,90, jak jest napisane na okładce, ale 30% taniej, bo na mojej ulicy zamknięto księgarnie i zrobiono wyprzedaż. Dlaczego nie opłacało się sprzedawać książek a opłaca zrobić w tym miejscu sklep z balonikami? Nie ogarniam tego szlifowanym w żelazie rozumem.