Michel Houellebecq

„Poszerzenie pola walki” WAB I wydanie w 2005 roku, po 11 latach od francuskiego. Wyciągnąłem właśnie lekko zakurzony egzemplarz (nie pytajcie skąd ten kurz), spośród sterty innych książek kupionych ostatnio, jakbym zapomniał, że przecież to czytam właśnie, ze jestem na 104 stronie. Podobnie ma się z Dziennikiem Palahniuka, a właściwie nie podobnie, bo do tego ostatniego nie mam zamiaru wrócić a do Houellebecqa owszem. Tak się dzieje ostatnio, że kupuję dużo, co nie skutkuje niestety zwiększeniem czasu przeznaczonego na czytanie – kupuję i odkładam, kupuję i po przeczytaniu kilku stron odkładam, zapominam, przyglądam się. Taki czas, wakacyjno-dziwaczny, taki czas (zauważyliście, że mam skłonność do powtórzeń?) rozchwiany, przez podróże, wrażenia, skupienia na czymś ważniejszym, cennym szczególnie, którego nie mogę zmarnować, zaprzepaścić jak wiele dotąd. Druga książka człowieka, który jakoś mi imponuje, może tym swoim nihilizmem? A jednocześnie przeraża, bo te prawdy są okrutne niestety jak się nad nimi zastanowić, tylko czy warto się rozdrapywać? Z jednej strony warto wiedzieć kim się jest a z drugiej ta wiedza prowadzi do nikąd. Bo nie ma recepty na życie, a Ci, którzy sądzą, że ją znają oszukują się mozolnie. To powieściowy debiut autora, który od razu przyniósł mu sławę i uznanie, co nie znaczy, że nikt wcześniej o tym nie pisał, choć na pewno pisał inaczej. I nie oczekujcie happy endów, nie oczekuj, kotku, że wszystko skończy się dobrze – na pewno nie. Życie jako śmiertelna choroba zawsze płata swoje figle i choćbyśmy robili nie wiadomo co, to i tak się w końcu spieprzy. Na okładce ilustracja do Metamorfoz Owidiusza Picassa – kobieta ma grubsze łydki od mężczyzny i tego się trzymajmy. Bohater ma generalnie wszystko w dupie i najlepiej jest mu jedynie z samym sobą. Obłędna krytyka współczesnego stylu życia nie jest mi obca, ale wyrazić ją w ten sposób to manifestacja, w którą nie do końca przychodzi mi wierzyć. Ten rozchełstany Francuz, którego nazwiska nikt nie potrafi napisać a co dopiero wymówić, gra na uczuciach pewnej grupy ludzi i trafia w sedno, skrajne sedno. Jeśli ja to wszystko wiem, i Ty to wiesz to po co to jeszcze wymawiać. Podobno większość ludzi nigdy i tak nie zastanowi się nad tym wszystkim, nie wyda tych 24,90 w EMPiK-u, ale to dzięki temu możemy sobie powiedzieć, że nasze życie jest jakoś pełniejsze, kiedy ten cały tragizm spadnie na nas niespodziewanie, przed zaśnięciem. Należy się jeszcze zapytać, dlaczego tak lubimy to czytać i się w tym babrać? Może to jakaś autodestrukcja, albo chęć zrozumienia swoich najgorszych instynktów? Zostawiam Wam te pytania bez odpowiedzi, bo mam ważniejsze sprawy na głowie. Prawda?