Andrzej Stasiuk

„Dojczland” oczywiście „Czarne” 2007. Na obwolucie przeczytałem listę wszystkiego co Stasiuk wydał do tej pory i aż się wierzyć nie chce, że jest tego tak dużo – to 17 książka autora. Stasiuk jest jednym z moich ulubionych pisarzy bo uderzył w jakąś tam strunę w duszy mej, co nie oznacza, że jest pisarzem wybitnym broń Boże, albo wielkim co gorsza. No ale ma Nike. Zupełnie słusznie. Jak by co to ja bym chciał takim Stasiukiem zostać. Jak go oglądam w TV albo czytam w gazetach z nim wywiady, to to jest taki zwykły facet, wcale nie jakiś demiurg oczytania i obeznania, co to i o filozofii cos powie i oryginalną myśl sprzeda i zacytuje. Sukces tego pisania polega chyba na znalezieniu takiego stylu, który odpowiada wielu czytelnikom, w tym mnie, no i temu zaściankowi europejskiemu, który opisuje, tym Albaniom i Rumuniom. Dojczland to takie „Jak zostałem pisarzem” tylko słabsze. Autor rozpędzał się do końca książki ale nie wyszedł poza zapuszczanie silnika- wydaje mi się że nas czytelników lekko olał, wymyślił sobie, że zapisze swoje refleksje z licznych promocji swoich książek w Niemczech, ale jeśli miały to być anegdoty, to z pewnością znalazłby ich więcej gdyby mu się chciało – ale pisał to lekko rozleniwiony. Wpada więc nam Stasiuk w ten swój ironiczno-luzacki styl, wrzuca kilka fajnych myśli o Niemcach, opowiada co wciąż pije i w jakich hotelach mieszka. I rozpędza się, rozpędza, ale koła mu buzują, ruszyć nie może i gdybyż to był drugi Babadag to by przecież podrążył, po raz setny by napisał, że lubi NRD, a tak jedynie 20 razy lubi NRD, a 30 wspomina Rumunię. Dojczland ma białą okładkę z głową w hełmie przepasanym biało-czerwoną wstążką i znakiem mercedesa na czubku. Przeczytać to można zbyt szybko, jakoś tak to przeleci przez człowieka i mało co zostanie – Babadag też przelatuje, ale tamto jest gęste i syte – to jest jak kaszka manna, która głodu nie zaspokoi ale i smaczne tylko bywa. Warto wydać te 27 zł, bo choć Stasiuk napisał to na kolanie, to jednak to jest ten sam Stasiuk – wiadomo, jak się w coś wchodzi to trzeba być wiernym do końca, bo przecież już dwa razy z nim rozmawiałem, podpisywał mi książki i w ogóle przystojny jest i palenie rzucił. Wciąż mi z książki wylatywał zasuszony listek czegoś tam, wylatywał i wylatywał, ale byłem cierpliwy, bo sobie myślałem, że już już kończę i nie warto nic z tym robić, nie warto się srożyć, gniewać, irytować, nie warto myśleć skąd on i dlaczego. Tak jak z Dojczlandem: niech se ta będzie, niech se.