Orhan Pamuk

„Śnieg” Wydawnictwo Literackie” 2006, miękka okładka a na niej pokryte śniegiem schody, ten śnieg mokry, widać że idzie odwilż, no i ktoś przeszedł po tych schodach, zostawiając odciski butów. Oczywiście „artysta” umieścił też na tej śnieżnej okładce kobiece oczy, obwolutę uczynił czerwoną, takiego samego koloru paski przecinają schody – robi się z tego taki sobie obrazek – właściwie przyczepiłem się do tej okładki jak się jej przyjrzałem – widocznie nie powinienem. Żeby zrobiło się optymistycznie napiszę, że tył okładki mi się podoba.
Książka przyszła w paczce z wydawnictwa, przez to taniej niż w księgarni kupiłem i wziąłem się do czytania, bo przecież Nobel, to Nobel. Raz pisano, że arcydzieło, raz znowu, że męczarnia. Od jakiegoś czasu kompletnie nie wierze nikomu kiedy pisze o książce czy filmie, nie mam autorytetów, powinienem czytać sam, ale nie czytam wszystkiego, bo nie daję rady i ciekawy jestem ile smacznych kąsków przechodzi mi koło języka.
Ponad 500 stron i trochę mi zeszło przy lekturze, kończyłem tradycyjnie w toalecie, codzienna porcja to regularność jak wypróżnianie, o stałej porze bo tak zdrowo. Zaczyna się jak Zamek Kafki, może i jest tu jakaś refleksja autora, żeby coś takiego wspólnego z atmosferą Kafki nawiązać, ale widać że wycofał się z tego planu. Nazwisko bohatera, tureckie, podaje nam skrócone do K. – a my już wiemy kim K. był w literaturze. No i tak lecimy z tymi stronami, zaczyna się nieźle, wchodzimy w te tureckie klimaty, w tą ich politykę, która tak naprawdę mało nas rusza – ale Turka rusza i jest to dla tego narodu dzieło tak ważne jak może „Dzienniki” Gombrowicza?
A książka jest o miłości – taki potwierdzony banał, że wszystko co na tym świecie się wydarza dzieje się w imię miłości, jak to Kuroń kiedyś opowiadał, kiedy go pytano po co mu była ta cała walka – żeby widzieć podziw w oczach dziewczyn. No mężczyźni robią wszystko żeby zdobyć najlepsze kobiety, choć znalazłbym tu kilka wyjątków, powiedzmy Hitlera czy braci K.
Ja nie wiem czy mi się podobała książka – Turcja za to mi się podobała, jako kraj, w sensie. Ten wschód kraju do niedawna kompletnie niedostępny dla turystów teraz jest już podobno bezpieczniejszy – jak się jest już w Kapadocji to wreszcie ta europejska Turcja odchodzi gdzieś na bok i zaczyna się folklor, i zaczyna się coś oryginalnego, bliskowschodniego, jak broda Mahometa. Wiem, wiem – marudzę o tej książce, bo tak naprawdę to widzę w niej i sprawność literacką i pomysł, i oryginalność, a jedyne czego mi brakuje to może uniwersalności, choć to, że bohater przyjechał w rodzinne strony żeby zabrać ze sobą najpiękniejszą kobietę w mieście i prawie mu się udało, dowodzi tego o czym pisałem wyżej. Czyta się łatwo, jest klimat, czcionka duża, rozdziały dzielą powieść na zgrabne kawałki – przeczytajcie.
A może jednak Pamukowi czegoś zabrakło? Chyba jednak zabrakło… tak, na pewno zabrakło.