Ryszard Kapuściński

„Busz po polsku. Notes”; „Cesarz. Szachinszach”, Czytelnik 1990, III i IV tom książek Kapuścińskiego w serii Wrzenie świata. Te charakterystyczne tomy w miękkich okładkach o szokujących kolorach pomarańczy i wyblakłej zieleni zakupiłem w antykwariacie chyba na Kuźniczej po rewelacyjnych cenach 8 tys. i 14,9 tys. Nakłady 50 tysięczne odbiły się na dostępności; wiele tych tomików szwędało się po tanich książkach, choć dosyć szybko ludzie to wykupili bo i o autorze było coraz cieplej w mediach i zaczęły się Lapidaria, które jakoś tak podbiły czytelników, że zabrano się też za resztę. A Kapuściński był zawsze symbolem dziennikarskim, takim drogowskazem dla wszystkich i złego słowa o jego twórczości nie słyszałem. No właśnie – ten bezkrytycyzm i jakaś taka siermiężność zawsze mnie odrzucała od reportaży – wolę czytać gazety, od trzymania w ręku zbioru kilku nawet świetnych artykułów, bo przesyt jest wrogiem przyjemności, wolę ja dawkować, nawet jeśli jest przypadkowa.
I ten Kapuściński mnie zawsze łagodnie denerwował że jest taki dobry, jak na niego patrzyłem w telewizji to nie wierzyłem w jego kunszt. Może miałem uraz do tego, że nie zostałem dziennikarzem – teraz mi to przyszło do głowy, więc nie rzucajcie we mnie pomidorami z powodu bezczelności tej myśli – przeczytałem w odległej młodości, że dziennikarstwo to najniebezpieczniejszy zawód świata i jakoś mnie to ukierunkowało, a przecież, rany boskie, mogłem zostać sławnym reporterem, mogłem sobie jeździć po świecie i spać po hotelach, pisać co widzę i być czytanym nie tylko przez Pana Robaka.
Tych książek nie przeczytałem, w ogóle nigdy żadnej książki Kapuścińskiego nie przeczytałem do końca. Doceniłem go zupełnie niedawno, czytając w odcinkach Podróże z Herodotem drukowane co tydzień w Gazecie Wyborczej. Wciągnąłem się, przyznaję, i pośród tej reporterskiej metody pisania o świecie zacząłem dostrzegać metafizykę prozy autora. To było zgrabne połączenie faktów, przesycone jednak subiektywnym spojrzeniem na świat, bez którego nie ma dobrej literatury. I choć nie jest to klimat, który preferuję, to jednak udało się autorowi zafascynować nie tylko warsztatem ale i myślą, czymś dźwięczącym czystą barwą literackiego geniuszu pośród reporterskiej rzetelności.
Kiedyś stwierdziłem, że powinienem przeczytać Wojnę futbolową, kiedy indziej zabrałem się za Cesarza, nawet pamiętam, tę noc, kiedy książkę wyciągnąłem z półki i po przeczytaniu kilku zdań odłożyłem na później, ale nie, że mnie znudziła, tylko że miałem innych autorów na głowie – Kapuściński zawsze mógł poczekać, przecież tak młodo wyglądał, zawsze mi się zdawało że ma lekko ponad 60-tkę.
Jakże dziewicze są te tomy, gładkie i czyste kartki, lekko pogniecione grzbiety, książki od lat ukryte na tylnych półkach. Wiersze z Notesu które teraz przejrzałem są jedynie poprawne – nie olśniewają mnie Lapidaria, które słabo znam, tylko je przerzucałem, więc jakby nie jestem uprawniony do totalnej krytyki. Zdecydowanie trzeba powiedzieć, że odszedł facet, który osiągnął pozycję przypisaną osobom wyjątkowym, a więc taką osobą musiał być. Jeśli tracimy autorytet, dzięki któremu nas poważają, to należy rozpaczać.