Charles Bukowski

„Zapiski starego świntucha” wydane przez Noir Sur Blanc w 2002 roku, wydanie II; Na okładce oczywiście stary świntuch, czyli brodaty Charles palący papierosa. Kupiłem w promocji Wydawnictwa Literackiego, które od czasu do czasu przysyła mi informację, o atrakcjach cenowych, z których skwapliwie korzystam, bo ten Bukowski, którego zawsze chciałem przeczytać i poznać, kosztował mnie jakieś 10 zł, więc kupiłem od razu 3 pozycje. Kupowanie książek przez Internet nie jest taką przyjemnością, jak kupowanie w księgarni, ale żyjemy w takich czasach, że wszystko co najlepsze kiedyś się kończy nie zawsze dając w zamian coś nowego. Ta mała książeczka o brązowawej okładce, a może bordowej lekko, powstała z felietonów w jednej z gazet pisanych w latach 60-tych. Bukowski pisał praktycznie wszystko co tylko mu instynkt podpowiadał i to najczęściej pisał nieźle pijany i o tym swoim piciu też pisał. Siadał, podejrzewam z flaszką wina i pisał, nie zważał na duże litery czy jakieś znaki interpunkcyjne, po prostu taki pijacki strumień świadomości. Czasem to jest zabawne, czasem denerwujące, ale jak się ma talent do pisania to można pisać w ten sposób i jeszcze na tym zarobić. Nie byłoby Bukowskiego bez tego chlania i bez seksu, opisywanego naturalnie i bez skrępowania. A facet był niezbyt urodziwy więc trafiały mu się kobiety niezwykłe, kobiety z jakiegoś odrzutu ulicznego, kobiety po przejściach. I w tym natłoku bełkotu pijackiego można spotkać zdania które chciałoby się samemu napisać, tylko nie ma czasu, żeby tak jak on po prostu usiąść i pisać. Widocznie oprócz picia i pieprzenia a może nawet ponad te dwie rzeczy, Bukowski kochał pisanie.
Ta mała książeczka pachnie jeszcze farbą drukarską, choć dosyć szybko ją przeczytałem i zabrałem się za następną w kolekcji. A ponieważ w tej samej paczce przyszły też książki Henry Millera, zawsze będzie mi się wydawało, że tych dwóch pisarzy łączy coś wspólnego jakaś cecha charakterystyczna i nie jest to wcale, jak się większości wydaje, dosyć naturalny stosunek do seksu. I choć Miller stara się zamydlać oczy swoim intelektualizmem, którego czasem nie da się spokojnie czytać, to Bukowski po prostu wali z grubej rury to co mu na język przyjdzie, rzyga tym swoim jadem pijackim i jest cały taką maszyną do samozniszczenia.

Kenzaburo Oe

„Zerwać pąki, zabić dzieci” w „Złotej serii” Wydawnictwa Amber, wydana w 10 lat po Noblu dla autora, powieść o dzieciach z poprawczaka, walczących o przeżycie na japońskiej wsi ogarniętej epidemią. Czytałem ją niedawno i męczyłem się trochę, ale przyciągała mnie dziwnie, jakimś kolorytem, obrzydliwościami i dobrym stylem, choć to debiut już ponad 70-letniego Oë. Autor zajmował się Sartrem i ten egzystencjalizm widać w książce. Na zielonej okładce dziecięcy rysunek przedstawiający dwójkę dzieci i psa w środku gęby potwora o niebieskich zębach. Czytałem książkę nie myśląc o tytule, jakimś dziwacznym, nie myśląc co oznacza. W kulturze wschodu życie nie ma takiej wartości jak gdzie indziej, tam zabić dziecko, zamordować, rozpłatać brzuch, skazać na śmierć to coś zwykłego a okrucieństwo zdaje się być naturalną cechą. Wewnątrz ksiązki bilet na koncert Perfectu z 17 września 1999 roku. Kupiłem w czasie kompletowania autorów, którzy otrzymali Nobla literackiego. Zapłaciłem tyle ile na okładce wydrukowano. Syn Oë urodził się upośledzony i ten fakt podobno mocno wpłynął na jego pisarstwo. Porównywanie książki do „Władcy much” lekko przesadzone, ale wydawca zawsze reklamuje książkę jak mu wygodnie, żeby przyciągnąć czytelników. Jedno zdanie krytyka potrafi ciągnąć się za książką do końca świata i tutaj tak już będzie. Literatura japońska to dla mnie Haruki Murakami, którego książki zawsze przeglądam w księgarniach i lekko podczytuje. Muza wydaje jego książki regularnie w ładnej szacie graficznej a i czyta się to doskonale – to zgrabnie i po europejsku pisane powieści, za które chciałbym się zabrać ale jeszcze czekam. Nie wiecie na co? Oë wydał w Polsce dopiero trzy ksiązki choć napisał ich 17 i dostał Nobla. Odkładam szybko na półkę zastanawiając się nad tytułem. Ktoś to jeszcze czytał?