Octavio Paz

„Wciąż te same widzenia. Wokół kamienia słońca”, dwa tomiki wydane nakładem Fundacji Literatura Światowa przez wydawnictwo ETHOS z Olsztyna. Nie ma danych o nakładzie – niebieski i zielony tomik spięte są białym, papierowym paskiem z metką ceny: 0,54. Zachwycające. Paz otrzymał Nobla w 1990 roku i na pewno była to nagroda spodziewana. Meksykański poeta dostała ją za namiętne pisarstwo i szerokie horyzonty. Zakupione w tanich książkach wiersze dają wybór poezji autora raczej nie rozpieszczanego w Polsce.

I człowiek przyspiesza kroku
i w tym samym czasie gdy dociera na czas
skręcają za róg, punktualnie, Bóg i tramwaj.

W książkach dużo rysunków, szkiców, ale widać że jest to przypadkowe wydanie i nastawione na wykorzystanie chwili, kiedy autor otrzymał Nobla. Miał bogate życie, którego spełnieniem była na pewno nagroda – przeżył z nią jeszcze 8 lat.
Tomiki trzymają się rewelacyjnie, nikt ich nie niepokoi na półce z poezją. Teraz mój kaprys odnalazł je i wyciągnął na zimne, przestygłe słońce. Błyszczy kolor okładek i tylko biały otaczający je pasek jest lekko pożółkły. Są tak cienkie, że zostały spięte zwykłymi zszywkami. Na jednej okładce czarna ręka topielca, wynurza się z czarnej cieczy, którą trzymają kolejne dłonie. Panie Malcharek, niech mnie Pan powie, co artysta miał na myśli?

Jarosław Seifert

„Liryki”, wydane przez PIW w roku 1984 jako drugie wydanie w ładnym nakładzie 3 tysięcy egz. To drugie wydanie jest wznowieniem tomiku z 1961 roku. Zapłaciłem 80 zł a kupiłem na Nowowiejskiej. Spodobał mi się pomysł ustawienia Noblistów obok siebie, więc będę wygrzebywał ze swoich zasobów kolejnych laureatów, co jak sądzę nie przyniesie mi wzrostu odwiedzalności, który ostatnio spadł tragicznie i nie zwiększy ilość komentarzy, ale przecież nie o to chodzi. A o co chodzi? Ktoś wie?
Seifert dostał Nobla w 1984, jak miał już 83 lata. Pamiętam sędziwego autora z tomiku Literatury na świecie – poeta o ile pamiętam nie był lubiany przez komunistów i za dużo nie wydawał w rodzinnym kraju. Cieniutki tomik z 18 wierszami, z białą okładką na której brązowy liść. Oprawa graficzna wskazuje, że jest to czysty przedruk z pierwszego wydania i jest w konwencji ówczesnych kalendarzy Iskier, jeśli ktoś kojarzy o czym piszę. Za pomocą kalendarzy Iskier państwo wychowywało społeczeństwo – udzielało mu dobrych rad, uczyło jak siedzieć przy stole i objaśniało świat. Jako dziecko uwielbiałem je przeglądać.
Te wiersze takie bardzo tradycyjne, liryczne, proste; chyba już zapomniane. Seifert umarł w dwa lata po przyznaniu nagrody – był pierwszym Czechem, nagrodzonym literackim Noblem.
Chciałbym coś zacytować, ale spośród tych 18 wierszy nic nie przykuło mojej uwagi.
Cienki, mały tomik poezji, ale tak dobrze pamiętam czas, kiedy go kupowałem…

Elfriede Jelinek

„Pianistka” Wydawnictwo W.A.B., wydanie II poprawione, Warszawa 2004, kupione na co grudniowych prezentacjach dobrych książek; pierwsze wydanie niemieckie w roku 1983; zapłaciłem 34,90 i tyle jest wydrukowane, obok głowy autorki na tylnej okładce.
Elfriede jest kobietą oryginalną – Nobla trzeba było jej przywieźć do ambasady szwedzkiej w Wiedniu, bo cierpi na chroniczną niechęć do kontaktów z tłumem ludzi. I ja ją rozumiem, choć gdybym otrzymał Nobla, dzielnie zniósłbym przyjęcie z królem. Pamiętam, że Szymborska coś tam opuściła w ceremonii, spotkanie z dziennikarzami chyba i był prawie skandal – Elfriede w ogóle nie przyjechała.
Książkę postanowiłem kupić, ponieważ w filmie, którego zresztą jeszcze nie widziałem, ale na pewno zobaczę, gra Izabelle Hupert. Po raz pierwszy zobaczyłem tę piegowatą dziewczyną w Krakowie, w kinie do którego już bym nie trafił, (choć czy ja wiem?). Koronczarka to był film, który mnie oszołomił, czego nie mógłbym powiedzieć o moim koledze Januszu Z., który jednak przez delikatność, ale nie wrodzoną, bo jego ojciec pracował w kostnicy, wcale nie komentował filmu.
Czytając Pianistkę widziałem wciąż ulubioną aktorkę Chabrola i starałem się odrzucać co słabsze fragmenty w taki sposób, żeby ogólna ocena ksiązki była pozytywna – i to mi się udało. Kupiłem ją i zaraz zacząłem czytać – klasycznie, początek mnie uwiódł, koniec rozczarował, ale jestem przekonany, że warto wejść w ten świat zaburzonej psychiki kobiety.
Miękka, zielono – czerwona okładka opatrzona jest napisem Literacka Nagroda Nobla 2004. Kilka dni temu wpadłem na pomysł, żeby na jednej z półek, ustawić książki laureatów Nagrody Nobla w kolejności jej przyznawania. Oczywiście chciałbym się cofnąć o powiedzmy 25 lat, bo mniej więcej od tego czasu śledzę rokrocznie wyrok Akademii. Nie zawsze kupowałem laureatów – nie mam Kertesza, Dario Fo, Naipaula, ale za to doskonale pamiętam Seiferta, kocham Brodzkiego, szanuję Miłosza. Pamiętacie Chińczyka Gao Xingijan czy Oe Kenzaburo?
Kupując Jelinek poprzez Hupert, dotarło do mnie, że zawsze warto sprawdzić, co się kryje za nieznajomymi drzwiami.
Czekają mnie zakupy.

Antoni Czechow

„Listy” tom I i II, kupione za 3200 zł, starych rzecz jasna, chyba w taniej księgarni, grube tomy, pierwszy jasnobrązowy, drugi turkusowy – obwoluty lekko wyblakły, twarde, białe okładki. Nakład jedynie 4 tysiące egz. ale zbliżał się przełom i postanowiono nie ryzykować; książka ukazała się jako wydanie pierwsze w roku 1988, a wydało ją Wydawnictwo Literackie, które kiedyś uwielbiałem, za że tak napiszę głupio, repertuar wydawniczy.
I co ja mogę napisać o tych wielkich dwóch tomach? Stoją na półce i czekają na dobre czasy. Nigdy nawet nie spróbowałem się z nimi zmierzyć, choć nie wiem dlaczego. Czechowa uważam za pisarza przedniego, o czym już tutaj nadmieniałem a jego życie z pewnością mogłoby mnie zaciekawić. Nie czytałem tych listów. Pisał je od roku 1880 aż do 1904, czyli pierwszy opublikowany list pochodzi od 20 – letniego autora – co bardziej bystrzejsi czytelnicy łatwo obliczą datę, kiedy Antek się urodził. A ja już podpowiem, że umarł mając lat 44.
Czechow nie pisał autobiografii, więc te listy mają nam powiedzieć jak najwięcej o jego stosunku do samego siebie. Ale czy mówią to ja nie wiem. W ogóle to ja nic nie wiem na temat tych dwóch tomów. Może powinienem je sprzedać albo podarować jakiejś bibliotece. Spoczęły by na pewno w grupie rzadko odwiedzanych książek. Przypomniało mi się jak wypożyczyłem w moim rodzinnym miasteczku „Króla Ubu” – byłem pierwszym czytelnikiem, rozcinałem strony, bo wydanie było powojenne zaraz. Przez 50 lat nikt nie wziął tej książki do ręki, choć to klasyka przecież.

Przeczytałem pierwszy z brzegu list do niejakiej Lubow Kambuzowej i proszę bardzo:
Proszę nie zapominać – o nieszczęśliwa ofiaro chandry, że w Moskwie ma Pani najpokorniejszego sługę, gotowego wyszorować Pani samowar, od dawna już nie szorowany.
Tomy trzymają się nieźle, nic tam nie włożyłem, są dziewicze i brudzą palce tym charakterystycznym, lepkim kurzem książkowym. Z drugiego tomu patrzy na mnie poważny facet w stylu Prusa, z monoklem i bródką – był wtedy chyba w moim wieku.

Kazimierz Kumaniecki

„Cyceron i jego współcześni” Czytelnik 1989 rok, twarda oprawa, żółta okładka, na pierwszych stronach groźnie marszczy brwi Marek Tuliusz Cyceron; na pewno kilka osób, które jeszcze tutaj zaglądają zapytałoby, gdyby miało możliwość, dlaczego wybrałem ten gruby tom ze swojej biblioteki, żeby teraz o nim pisać. I jak zwykle nie odpowiedziałbym na tak postawione pytanie – albo mógłbym powiedzieć, że przez czystą złośliwość, albo miłość do książek, albo chcąc mieć więcej komentarzy…
Ten gruby tom wydano w niesamowitym nakładzie: 30 tys. w oprawie miękkiej i 10 tys. w oprawie twardej; do tego jest to wydanie II, stąd albo książka jest ważnym podręcznikiem uniwersyteckim, albo autor chciał zarobić trochę forsy.
W pierwszej klasie liceum mieliśmy krótko młodego nauczyciela historii, który zarażał nas entuzjazmem, organizując nietypowe lekcje – patrzyliśmy na niego z pobłażaniem, ale też z wyraźną przyjemnością – był sympatyczny, niezdarny i cytował często Marka Tuliusza Cycero. Ostatnią jego lekcją był występ przed dyrektorem szkoły, z wykorzystaniem rzutnika i innych pomocy i choć robiliśmy wszystko, żeby mu się udało jakoś przebrnąć przez tą lekcję, chyba nie bardzo wyszło. Zniknął tak szybko, jak się pojawił, choć zdaje się, że w czasach pierwszej Solidarności, wypłynął jako ktoś ważny w miasteczku. Potem ponownie zniknął na zawsze. Ta książka jak widać to tylko pretekst do wspomnień o kilku lekcjach historii, więc chyba warto ją było kiedyś kupić i postawić zupełnie nie czytaną na półce. Kupiłem w tanich książkach dawno temu – cena 3000 zł skreślona długopisem, a obok 1500 zł. Znać na niej lekki upływ czasu, bo cała jest jakaś żółta, może przez to, że już wcześniej też taka żółta była. Może ktoś się kiedyś z niej uczył?
Gdyby mój niesprawny umysł mógł powrócić do tych lat licealnych i jeszcze raz usłyszeć co Marek Tuliusz Cyceron miał do powiedzenia na przeróżne tematy, to chętnie ustami młodego historyka powiedziałbym teraz kilka mądrych sentencji – niestety, nie zapisałem, co gorsza nie zapamiętałem. Wy możecie przeczytać mowy Marka, bo przecież warto – ja już nie muszę.