Czesław Miłosz

„Widzenia nad Zatoką San Francisco” w serii Dzieła, Wydawnictwo Literackie Kraków 1989, w nakładzie 30 tys. egz. Cena 2000 zł. Nie pamiętam gdzie kupiłem książkę, ale był to czas, kiedy ukazywało się wiele pozycji dawniej zakazanych, więc należało polować odwiedzając codziennie kilka księgarni. Twarda oprawa z obwolutą charakterystyczną dla całej serii. Ta książka ma wyjątkową, błyszczącą okładkę, dla której szczególnie postanowiłem ją wyróżnić, gdyż zabrałem ją na spotkanie z Autorem, osiem lat temu do Aulii Leopoldińskiej. Pamiętam dobrze to spotkanie i nawet nagrałem sobie na wideo relacje wrocławskiej telewizji, gdzie dumnie zostałem uwieczniony, jak klaszczę idącemu poecie. Miłosz czytał swoje wiersze i odpowiadał na pytania. Jakaś lekko nawiedzona kobieta nawiązała do losów rodzinny Miłosza na Litwie i swoją długą wypowiedzią zagmatwała sens pytania. Kiedy ono w końcu padło, Miłosz cała tę długą wypowiedź skwitował stwierdzeniem, że niestety jest już głuchy i nie słyszał, o co go ta pani pytała. Na koniec udało mi się uzyskać autograf Mistrza, wykonany niebieskim atramentem i jest to jedna z nielicznych pozycji w mojej bibliotece, na której widnieje podpis autora.
Czytałem książkę zaraz po zakupieniu. Wybierałem rozdziały, np. o Henrym Millerze, którego wówczas czytałem – nie powiem, żeby styl Miłosza mi odpowiadał. Nie jestem także miłośnikiem jego wierszy. Ale zawsze doceniałem wartość tej twórczości i co ważniejsze, osobowość Poety. Lubiłem go oglądać w telewizji. Mówił klarownie i jakby szedł poboczem myśli zawartej w pytaniu. Miał tą wspaniała zaletę wiekowych pisarzy, którzy zrozumieli, co było ważne w ich życiu. Pomniejszał wagę swoich wierszy. To jednak co innego liczy się bardziej.
Znalazłem na stronie 120 zakładkę w postaci starego, niemieckiego znaczka pocztowego o wartości 100. Jest ładny i fioletowy – opieczętowany.
Umarł Polak, którego pozycja w literaturze jest niepodważalna. To ta wyższa półka, gdzie filozofia przeplata się ze sztuką. Oczywiście wywlekanie przez miałkich Polaczków wad człowieka, który nie może się bronić jest niewarte wspominania, ale jak to doskonale pokazuje nasz charakter narodowy. Sępów nie brakuje i tylko trzeba umiejętnie do nich strzelać.

„Czytałem dużo książek, ale układając ich tomy jeden na drugim i stając na nich, nie dodam sobie ani centymetra wzrostu. Ich uczone terminy są mało przydatne, kiedy próbuje się uchwycić doznania nagie, wymykające się uznanym pojęciom.”

Chin-Ning Chu

Wyd„Sztuka wojny pracującej kobiety. Jak zwyciężać bez konfrontacji” Wydawnictwo Jacka Santorskiego, Warszawa 2003; mała książeczka z czarną, miękką okładką, cena 28,50. Szukając jakiś czas temu „Sztuki wojny” Sun Tzu, a było to jeszcze przed ostatnim wydaniem, które można już kupić nawet w Media Markcie, dostałem do ręki kobiecą wersję rozważań na temat jak żyć, żeby być spełnionym. Gęste cytaty z książki Sun Tzu, pozwalały domniemywać, że kupiłem dobry komentarz do właściwego dzieła. Nic bardziej mylnego – książka amłejowsko traktuje wszystkie problemy kobiet i operuje tym znienawidzonym przez wszystkich handlowców, a lansowanym przez ich zwierzchników podejściem do sukcesu, pracy i zaangażowania. I o ile w tym przypadku mogłem przeboleć moją pomyłkę, to jednak ton wypowiedzi autorki zmierzał coraz bardziej do szowinistycznej wersji feminizmu, gdzie wszystkiemu winni są mężczyźni. I tego było mi już za wiele. Nie skończyłem czytać – nałożenie się wątków, które kreowały jedyny słuszny styl organizacji sobie życia z wezwaniem kobiet do walki z męską dominacją, doprowadziły mnie do odłożenia książki.
Oczywiście jest tam kilka prawd uniwersalnych, o których warto pamiętać, np. że romans z własnym szefem, zawsze kończy się wylaniem z pracy, nie mówiąc już o innych konsekwencjach, ale generalnie ta ładna książeczka nie dorasta do oryginału i schowam ją głęboko, żeby mi nie psuła humoru.