Wiktor Woroszylski

„Życie Majakowskiego” Czytelnik 1984, nakład 20 tys. egz., wydanie II, poprawione, na obwolucie rysunek twarzy Majakowskiego, na okładce jego zdjęcie mocno bordowe; cena 350 zł. Książka ma ponad 700 stron i dużo zdjęć. Kolejna pozycja kupiona w dobrych czasach polowań na książki. Prawdopodobnie nie skończyłem czytać, czego do dzisiaj żałuję, bo jest to książka na mojej liście powrotów, zajmująca wysoką pozycję. Chyba brakło mi czasu i cierpliwości.
Majakowski kojarzy mi się z lekcjami rosyjskiego w ogólniaku, gdzie musieliśmy uczyć się na pamięć jego wierszy. Nasza pani od rosyjskiego była młodą, ale niezbyt atrakcyjną kobietą, która siadała za biurkiem szeroko rozstawiając nogi, a ponieważ nosiła dosyć krótkie spódniczki, rywalizowaliśmy z chłopakami o miejsca, z których roztaczały się zadziwiające widoki. Łatwo ją było rozśmieszyć, ale i łatwo sprowokować do pewnych złośliwości, tak że pod koniec trzeciej klasy, miałem chyba z siedem dwój i mój niepokój potęgowało liczenie sobie średniej. Pamiętam lekcję, kiedy czytając poniedziałkowy sport w czerwcowym słońcu, zostałem wywołany do odpowiedzi, co nie powinno było się zdarzyć, gdyż ilość moich ocen znacznie przekraczała średnią. Wywołałem salwy śmiechu, tłumacząc zupełnie bez sensu jakiś tytuł wiersza Majakowskiego i posadzony z kolejną dwóją zrozumiałem, że może być źle.
Tragiczny los poety uwikłanego w system i głupią miłość prosi się o dobry film, niekoniecznie amerykański. Woroszylski nie do końca mógł napisać wszystko, bo i czasy jeszcze odpowiednie nie nastały, ale dzisiaj przecież ukazało się z pewnością kilka prawdziwych biografii poety – niestety nie u nas.

Zastrzelił się 14 kwietnia 1930 roku, kwadrans po 10 rano.

Jak to się mówi, historia sknocona.
Strzaskała się łódka miłosna o byt.
I z życiem na zawsze już kwita. Więc co nam
Po czczych wspominkach bólów i krzywd?
Tym, co zostają – życzę szczęścia.

Andrzej Strug

„Zakopanoptikon, czyli kronika 49 dni deszczowych w Zakopanem”, z zieloną opaską „Dwudziesty tom serii tatrzańskiej na 35 lecie Wydawnictwa Literackiego, obwoluta z podhalańskim detalem architektonicznym, cena 1200zł, wydanie z roku 1989, 20 tys. nakładu. Mam 10 tomów serii, kupowałem regularnie w starych, dobrych czasach, także starsze egzemplarze w antykwariatach. Strug nazywał się właściwie Gałecki i chyba najsłynniejszą jego książką były „Dzieje jednego pocisku”, na podstawie której Agnieszka Holland nakręciła genialny film „Gorączka”, z wczesnym B. Lindą jako nie znającym strachu terrorystą.
Kompletnie nie pamiętam gdzie nabyłem egzemplarz książki. Jest w bardzo dobrym stanie, choć wydana na lichym papierze. To powieść satyryczna, opisująca modny wówczas, czyli w latach 1912-13, kult Zakopanego, jako miejsca młodopolskiego i demonicznego. Zresztą do dzisiaj budzi u niektórych (mnie trochę przeszło) metafizyczny dreszcz – wyprawa w Tatry i klimat Krupówek kojarzą mi się z czymś niezwykłym, choć staram się nie dostrzegać tego stylu ceperskiej bufonady, która była przecież zawsze, ale się to ogólnie olewało. Pamiętam jeden samotny wypad jesienny, kiedy to wieczorem poszedłem na herbatę z cytryną do restauracji obok Morskiego Oka na Krupówkach. Czytałem tam długo, pachnące farbą Życie Literackie, strasznie reżimowe pismo Putramenta,(oczywiście że Machejka, mój błąd), ale Naczelny pisał jedynie niesamowicie prosowieckie felietony na pierwszej stronie, a dalej było tam mnóstwo smaczków, za którymi tęsknię do dzisiaj. Pismo o formacie już niespotykanym – czy pamiętacie te płachty Polityki? Zawsze będąc w Zakopanem, wpadałem w histeryczny nastrój uzależnienia od sztuki – to było jak narkotyk.
Książkę Struga nie doczytałem do końca, kiedyś dawno zabrakło mi cierpliwości. Na pewno ma w sobie dużo z atmosfery tamtego Zakopanego, podobno nawiązuje też do Nietoty Micińskiego. Książka wydana zaraz po napisaniu, nie przystaje trochę do wizerunku Struga jako pisarza patriotycznego, gdyż jest wyjątkowo satyryczna. Autor był też Wielkim Mistrzem Loży Masońskiej, cokolwiek to dzisiaj dla kogokolwiek znaczy.

Jan Lechoń

bibli.jpg„Dziennik” 3 tomy, wydany przez PIW w 1992 roku, twarda oprawa, kupowałem na raty, bo pamiętam, że pierwszy tom nabyłem w księgarni za 75 tys. zł , drugi po jakimś roku znalazłem gdzieś na wyprzedaży za śmieszną cenę 3 zł; naklejka na okładce ma najpierw przekreśloną cenę 96 tys., potem znowu przekreśloną cenę 9 zł, by na koniec poddać się trzykrotnej obniżce; za to tom trzeci dostałem w prezencie i nic tak bardzo mnie nie cieszy jak uzupełnienie brakującej kolekcji. Zresztą ten trzeci tom strasznie gruby, bo liczy niemal 1000 stron.
Niestety nie przeczytałem całości, utknąłem gdzieś w drugim tomie, ale czasem warto tak wniknąć w czyjeś życie, nawet wówczas, kiedy ono jest dosyć nudne. Lechoń pisał codziennie i to jest irytujące, ale trzeba mu wybaczyć – nie myślał chyba o publikacji, choć wyskakując przez okno wiedział co zostawia w biurku. Wielki poeta, który gdyby wrócił do Polski, nie skończyłby tak tragicznie.
Pamiętam jak zostałem kiedyś oszołomiony widokiem londyńskiego wydania Dzienników, w domu ludzi, u których myjąc okna, zarabiałem w czasie studiów. Mały pokój, chyba gościnny, na piętrze i te trzy tomy w fascynującej okładce. Oniemiały rozważałem przedziwne warianty – ukradnę te książki i nikt się nie domyśli albo zaproponuję właścicielom sprzedaż, bo nie wyglądali na koneserów, raczej odziedziczyli książki po kimś w rodzinie. Zresztą oprócz Lechonia nic tam więcej ciekawego nie było. Zabrakło mi odwagi żeby zrobić cokolwiek.
Dziwnie te książki się starzeją, bo tom pierwszy wygląda najbardziej świeżo, czego nie można powiedzieć o drugim. Przerzucam kartki i nie znajduje nic w środku – taka martwa, zapomniana kolekcja, taki martwy, zasuszony poeta. Zabił się z miłości, ale zrobił to mało romantycznie, tak jak nie wydaje się romantyczną miłość do młodszego chłopca. A jednak jak się czyta dzienniki, nie sposób nie polubić autora – to chyba jakiś psychologiczny imperatyw. Czy dostanę szansę dobrania się do tych tomów raz jeszcze? Chciałbym, ale wątpię.