Władysław Kopaliński

„Słownik przypomnień” Wiedza Powszechna 1993, twarda oprawa, cena mnie zastanawia, bo jest naklejona karteczka 185000 – czy to nie powinno być 18 500 zł? Gruba, prawie 1000 stronicowa książka, o lekko pożółkłym już grzbiecie, no bo lata lecą, a wschodzące słońce czasami sięga tak głęboko – są to krótkie chwile, bo książka stoi na regale najdalej od okna oddalonym, ale także odbite od szyb kamienic z naprzeciwka słońce, zachodząc, wypełnia żółtym światłem pokój i robi się wtedy jak w niebie (przesada celowa).
Kupiłem w szczególnych okolicznościach, bo nagle okazało się, że mam mieć, dodatkowe pieniądze, zupełnie z nieba, być może nawet pochodzące z przestępstwa (sic!), trzeba tylko trochę poczekać, uzbroić się w cierpliwość; kiedy już byłem uzbrojony zrobiłem plan zakupów – wyłącznie książki, na które przeznaczę całą sumę pieniędzy – wiem, że był tam jeszcze jeden słownik chyba synonimów i ze dwa tomy Dostojewskiego. I kiedy nadszedł ten dzień zakupów, byłem jak w transie, bo chodziłem i kupowałem książki, potem je przeglądałem i wąchałem – ten zapach nowości jest jak afrodyzjak.
W odróżnieniu od wielu słowników, z tego korzystam dosyć często, lubię jego białą okładkę i układ haseł. Spędziłem też w jego towarzystwie ( i nie tylko), dosyć magiczny wieczór, analizując niektóre hasła w nim zawarte, np. Chmurokukułkowo, które można znaleźć w dziale Wyobraźnia, i te analizy były raczej pretekstem, ale stworzyły klimat, w czasie którego odczułem Dziwność Bytu Istnienia Poszczególnego i stan takiego zawieszenia chwili, trwający kilka sekund, który jest esencją życia. A dla tych, co ciekawi, Chmurokukułkowo to nephelokokkygia – cokolwiek to znaczy.

Jerzy Pilch

„Miasto utrapienia” Świat Książki 2004, twarda oprawa, z takim debilnym paskiem, którego funkcji nigdy pojąć nie potrafiłem i do tego naklejona na stronę tytułową okładki kartka, z wymienionymi sponsorami; kupiłem w księgarni na Świdnickiej, jednak unikając tych specjalnych atrap bankomatów, gdzie w ramach promocji wystawiano egzemplarze książki.
Jakże chciałem się przełamać i wchłonąć Pilcha do grona swoich stałych autorów, ale niestety…
Tak jak to sobie zamierzałem nie chciałbym pisać czy mi się książka podoba czy nie – faktem znaczącym jest to, że ją przeczytałem. Armie krytyków pojechały po książce jak chciały, kilku pochwaliło, generalnie sprzedaż jest rewelacyjna, pieniądze zapłacone, autor ma komfort, jaki powinien mieć pisarz nie tylko w Ameryce ( pamiętacie tych wszystkich nieudaczników z filmów Wody Allena, którzy potrafią latami pisać swoje słabe książki, żyjąc nie wiadomo z czego, albo lepiej z jakiejś swojej poprzedniej książki) i to jest fenomen kulturowy w naszym kraju, że można zostać zawodowym pisarzem i nieźle funkcjonować.
Pilch podobał mi się w filmie „Wtorek”, gdzie grał podstarzałego erotomana, a film Stuhra na podstawie jego powieści nie podobał mi się wcale i gdyby nakręcono film na podstawie „Miasta utrapienia”, to wyszłaby podobna chała.
Ten czerwony grzbiet książki drażni mnie nieustannie, wiem że są tacy dla których autor jest genialny, ale tak bardzo mnie kusi dowalenie kilku złośliwości pod adresem tej książki, że już nie mogąc wytrzymać napiszę tylko, że przecież nie można zmarnować tak pięknej historii faceta, który odgaduje PIN-y i nie można w kółko sięgać po ten mityczny temat papiestwa i jego wpływu na Polaków, bo o tym wszystkim to każdy dobrze wie, każdy sobie z tego sprawę zdaje i tak być musi – ja mogę o tym raz napisać, ale nie męczyć tym co kilka stron, bo zaczyna mnie to wkurzać i nie dlatego, że może to być niesmaczne, ale dlatego, że jest to słabe, mało śmieszne i na siłę.
Właśnie – napisane na siłę i jak jedna wielka dygresja, zanudziła mnie doszczętnie – od połowy książki miałem wrażenie, że czytam od początku i wszystko już było.
Na tylnej, twardej okładce Pilch siedzi na kanapie – niestety ten głupi papierowy pasek przysłania mi jego wyraz twarzy; chyba jest lekko skrzywiony, ale czuć już ten luz spowodowany stabilizacją i przedsionkiem sukcesu. Miałem naprawdę dobrą wolę – wydałem 34,90 zł.

Josif Brodski

„Wiersze ostatnie” z dedykacją: Mojej Żonie i Córce, wydawnictwo Znak, 1998 rok, cena 22 zł, twarda oprawa, piękna obwoluta.
To pierwsze wydanie ostatniego tomu przygotowanego osobiście przez autora.
Książka, kupiona tyle lat temu, jeszcze w poprzednim moim życiu, a człowiek takich „żyć” ma kilka, więc książka mojego ulubionego poety, którego nazwisko padło przy mnie po raz pierwszy w wojskowej kantynie, a czerwona okładka tamtej Literatury na świecie, kojarzy się z tajemnicą werdyktu noblowskiego.
Nie pamiętam gdzie i jak ją kupiłem, na pewno gdzieś w okolicach Rynku, na pewno z radością i fascynacją. Nie powinno się pisać dlaczego taka poezja jest dobra lub zła – to zostawiam komentarzom, choć z praktyki wiem, że tych komentarzy dużo nie będzie. Brodski jest moim ulubionym poetą, odpowiada mi jego styl, myśl i klimat, wyłaniający się z jego wierszy.
Książka jest nowa, błyszcząca, z kartką walentynkową między stronami. Pod obwolutą jest niebieska okładka z wytłoczonym rybakiem w łódce.
Na stronie 106, gdzie wiersz „Odczyt”, znajduję bilet na koncert U2 w Budapeszcie z roku 1993, 23 lipca – trasa ZOOROPA. 800 forintów, jechałem z Opola, sam, jakoś tak wyszło.Zabrałem go siostrze, bo kiedyś poprosiła mnie o ten bilet, a potem przestała się o niego troszczyć.
Szukam jeszcze jakichś śladów w tej książce i znajduję zdjęcie Brodskiego na skrzydełkach obwoluty i jeszcze coś:

„W pustce najciekawsze jest to,
że poprzedza ją pełnia.
Pierwsi pojęli to chyba bogowie greccy,
którym istotnie najlepiej udawała się nieobecność”

Brodski leży na cmentarzu w Wenecji; jest jescze jeden taki grób, do którego chciałbym się zbliżyć, w Pradze, bo na tym w Paryżu już byłem.