Władysław Terlecki

„Gwiazda Piołun” wydana przez Czytelnik w 1985 roku, napisana w 1968; to trzecie wydanie, i nakład spory bo 20 tysięcy, ale to był rok witkacowski, 100-lecie urodzin i czynniki się postarały;
czarna okładka – białe litery, dziwny przecinek w kwadratowym nawiasie (jak to człowiek nie zwraca uwagi na takie szczegóły), cena 130 zł, wydrukowana;
kupiłem gdzie – nie pamiętam, pewnie w księgarni w Rynku, od razu przeczytałem, trochę mnie zdziwił klimat książki, było tak jak sobie wyobrażałem, jedynie bohater był za mało charakterystyczny, jakby za poważny…
Do końca nie wiadomo jak było tego wrześniowego dnia, kiedy podciął sobie żyły, bo i relacje Oknińskiej były sprzeczne.
Książka nawet była tłumaczona na inne języki; Terlecki to dziwny pisarz, kolejny z galerii zapomnianych.
Cienka książka do której warto wrócić, taka na pociąg relacji Wrocław – Warszawa, a na miejscu, trzeba iść na Bracką i nie zobaczyć już tych miejsc.

Kiedy tak piszę o tej książce, mam przed oczami śmierć trzech sióstr Franza Kafki…
Nie do zniesienia byłaby śmierć Kafki z rąk hitlerowców…

Wiesław Weiss

„O krowach, świniach, robakach oraz wszystkich utworach Pink Floyd” In Rock, Poznań 2002; duża książka, bardzo ładnie wydana,
cena 64 zł, wydrukowana na okładce, na której czarno-białe zdjęcie grupy z wczesnego okresu.
Cała prawda o Pink Floyd, pisze autor i chyba rzeczywiście – ilość i jakość wiedzy o moim ulubionym zespole jest wystarczająca dla przeciętnego fana, zwłaszcza zdjęcia i krótkie opisy poszczególnych piosenek;
Zaczyna się od Tonite Lets All Make Love in London z 1967 roku, a kończyć się powinno na The Final Cut, ale niestety, a może po prostu, mamy też płyty trójki, bez Watersa, do The Division Bell
Dla mnie to już nie to samo, ale pamiętam jak ukazał się A Momentary Lapse Of Reason i moi koledzy z wojska prezentowanie płyty w radiu traktowali niczym mszę – ja jakoś nie poddałem się psychozie i ta płyta mnie nudzi.
Album jest bardzo dobry – dostałem go w prezencie, oczywiście za odpowiednimi sugestiami i czytam go czasami, po kawałku, najczęściej słuchając muzyki.
Mój ulubiony utwór to: Careful With That Axe, Eugene i to wykonanie w Pompejach, które można było nawet zobaczyć w naszej TV, a teraz jest na DVD, i jak ktoś jeszcze tego nie widział, to kiep, chyba że sobie zaraz płytę kupi.
Co uczynię w najbliższych dniach.

Aniela Rubinstein

„Kuchnia Neli”Muza 2002; wydanie drugie; jakoś usilnie poszukiwałem tej książki, jako amator gotujący od czasu do czasu – kiedy miałem mnóstwo czasu, gotowanie stanowiło miłą rozrywkę – kiedy czasu kompletnie nie ma, straciłem dosyć przyjemne hobby. Więc Nela gotowała praktycznie, ale tak naprawdę nie ma tam jakichś rewelacji – skorzystałem z przepisu na bigos. Jedzenie powinno być czystą przyjemnością – niestety nie jest.
Autorka uwiodła mnie opisem jedzenia barszczu, kiedy to prawie wszyscy uczestnicy uroczystej kolacji, musieli walczyć z plamami maleńkich, różowych kropeczek, gdyż nikt oprócz córki Neli, nie użył serwetki włożonej za dekolt sukni lub za gors wykrochmalonej koszuli frakowej. A wywabia się plamy od barszczu… szampanem.
Książka ładnie wydana, kosztowała 30,70, o czym świadczy przyczepiona żółta karteczka na przedostatniej stronie.
Na stronie z surówkami i sałatkami zasuszona roślina: jakby oset z czerwonym kwiatostanem.
Tak naprawdę kupiłem tę książkę pod koniec mych kulinarnych ekscesów i jak widzę, teraz ją przeglądając, jest tam wiele świetnych pomysłów na jedzenie.
Zupy mógłbym jadać trzy razy dziennie i widzę tu m.in. przepis na zupę rybną, której nigdy nie jadłem – wogóle nigdy nie jadłem zupy rybnej, nie licząc dziwnej zupy nad Zatoką Meksykańską, która składała się z wszystkiego co żyje w morzu i wzbudzała ambiwalentne uczucia w moich kupkach smakowych, ale jeszcze bardziej oddziaływała na mój umysł, kiedy wyławiałem co ciekawsze obiekty z drewnianego naczynia.
A więc zupa rybna – powinienem wreszcie się z nią zmierzyć. Do tego szereg rozmaitości, czyli jak zrobić skwarki, czy sangrie.
Jest to właściwie jedyna książka kucharska, którą posiadam. I starczy.