Ten przeklęty Murakami

Jak co roku o tej porze, miłośnicy japońskiego pisarza, z niecierpliwością czekają na wyrok Akademii Szwedzkiej. Czy bardzo wysoko notowany Murakami odbierze nagrodę za wybitną pracę na rzecz idealistycznych tendencji? Nie zdziwiłbym się wcale, znając nieprzewidywalność szwedzkich wyroków. Japońskim noblistą po raz ostatni został Kenzaburō Ōe w roku 1994, a wcześniej Yasunari Kawabata w roku 1968. Zapewne Murakami ma wielu zwolenników, ale również całe morze przeciwników i malkontentów; to autor potrafiący uwieść mniej wyrobionych czytelników, czytany również przez ciekawskich, do których się zaliczam, od czasu, kiedy zafascynował mnie początkiem 1Q84, pierwszego tomu tej dziwacznej serii.

Zawod powiesciopisarz okladka_front

„Zawód powieściopisarz” to zbiór tekstów, pisanych na przestrzeni kilku lat i odkładanych do szuflady z myślą o publikacji „może kiedyś”, czyli jeśli nadarzy się okazja, a taka przydarzyła się, kiedy redaktor czasopisma „Monkey” zaproponował japońskiemu pisarzowi współpracę. A więc sześć pierwszych tekstów umieszczono w kolejnych wydaniach gazety, Sam Murakami nieustannie podkreśla, że jest zupełnie zwyczajnym człowiekiem, obdarzonym jakimś tam talentem literackim, człowiekiem, na którego nikt nie zwraca uwagi, kiedy np. idzie ulicą. Takie wyznania z miejsca wydają mi się podejrzane, ponieważ wyglądają jak usprawiedliwianie się przed tymi, którzy będą wytykać autorowi brak profesjonalizmu, oraz słabość jego pisarstwa.

A prawda zapewne leży po środku. Murakami wciąż przypomina jak to się stało, że został pisarzem, zanudza nas tymi opowieściami jak to w pewne kwietniowe popołudnie 1978 roku poszedł na mecz baseballowy i po odbiciu piłki przez zawodnika oraz oklaskach widzów, poczuł w sobie pisarski zew. Objawienie, które go dopadło zadecydowało o całym jego życiu. Przyjemna historyjka – prawda? Po objawieniu, oczywiście następuje faza realizacji, więc Haruki wsiada w pociąg i jedzie do Shinjuku, gdzie w sklepie papierniczym kupuje wieczne pióro i liniowany papier, a późnym wieczorem siada za stołem i zaczyna pisać powieść.

I takie to są te eseje Murakamiego, który karmi nas prawdami uniwersalnymi, które dobrze znamy, okraszając je własnymi przemyśleniami i co najciekawsze w tej książce, wydarzeniami z własnego życia oraz historyjkami o pisarzach, Hemingwayu, Kafce czy Joyce. Już same tytuły esejów wzbudzają w nas nieufność a jednocześnie przyciągają jakąś podświadomą siłą, dzięki której pytanie: „Czy pisarze są z natury tolerancyjni” staje się nagle podstępnie dla nas ważne. A co nas to obchodzi właściwie? Czytamy ten tekst z lekkim niesmakiem, ale z drugiej strony poznajemy Murakamiego z jego wątpliwościami na własny temat, z tymi dylematami i pytaniami, które każdy sobie zadaje: czy jestem naprawdę dobry w tym co robię?

W rozdziale „O oryginalności” Murakami pisze o tym, jak jeden z krytyków nazwał go „oszustem matrymonialnym”, ponieważ nie mając żadnej treści do przekazania, nabiera czytelników. I coś w tym stwierdzeniu jest, bo niejeden dał się uwieść tej prozie, która nagle wyprowadza go z równowagi swoją niedorzeczną treścią, obiecując coś, czego nie udaje się znaleźć. Murakami dochodzi do wniosku, że nazwanie go oszustem jest komplementem, ponieważ pisarz jest w jakimś sensie iluzjonistą, który ma wciągnąć czytelnika w swoją zabawę. Zapomina jednak o tym, że w finale powinno czuć się satysfakcję, a nie rozczarowanie.

A jednak  polubiłem Harukiego przez lata zaglądając do jego książek. Minął już ten okres, kiedy rozwścieczony zawodem, który przyniosła mi mitycznie zaczynająca się 1Q84, wystawiłem ją na Allegro za kilka złotych, a więc minął ten czas, po którym musiałem zrozumieć, że Murakami jest po prostu sobą, że pisze bo lubi, że każdy ma do tego prawo i że czasem warto do niego zajrzeć, ponieważ ta proza może przynieść jakiś rodzaj ukojenia, a pozorna prostota, w zależności od interpretacji, wyda nam się metafizyczną odskocznią.

Po napisaniu „Słuchaj pieśni wiatru” kolega z lat licealnych powiedział mu, że to co napisał jest takim byle co, że i on byłby w stanie to napisać. To uczucie nie obce jest każdemu, kto czyta jakąś książkę i myśli, że to łatwizna, wystarczy tylko usiąść i tworzyć. Proszę bardzo, siadajcie już dziś, może i Wy będziecie kandydatami do Nobla.

Dzikusy

Tytuł przewrotny, odnoszący się zgodnie ze skrajnie prawicową ideologią do emigrantów, niezależnie od tego, czy swoją nową ojczyznę wybrali pięćdziesiąt, czy dwa lata temu. Oczywiście  mówimy tutaj o emigrantach o innym kolorze skóry, w przypadku książki Sabri Loutaha, są to Kabylowie, naród berberyjski, mieszkańcy północno-wschodniej Algierii, Arabowie wyznający islam sunnicki. We Francji znajduje się duża diaspora Kabylów i wokół takiej rodziny autor zbudował swoją czterotomową sagę.

553c67aa4401db-dzikusy-tom-1

Ale czy to jest rzeczywiście saga rodzinna? Pierwszy tom, który jeśli Was wciągnie, przeczytacie w jedno deszczowe przedpołudnie, a jeżeli ostatnie strony wypadną po obiedzie, to finał książki zaskoczy Was na tyle, że z popołudniowej drzemki nici. I nie dlatego, że książka jest wstrząsająca, że myśli się o niej w bezsenne noce, że jest odpowiednikiem „Biesów” Dostojewskiego, czy nie daj boże książek Zoli, jak reklamują książkę wydawcy. Kiedy już uda się przeniknąć niuanse i powiązania rodzinne bohaterów, w czym pomaga nam schemat rozrysowany zaraz na wstępie, kiedy zaczynamy kogoś lubić, a innego nie znosić, kiedy Karim wydaje się już oswojony w swoim miotaniu się i paleniu zioła, wówczas autor robi zwrot i wrzuca nas w kompletnie inny chaos.

Taka rewolta na sam koniec pozwala poczuć do tej książki coś więcej poza banalnymi zainteresowaniami zwyczajami kabylskimi, czy też sytuacją polityczną Francji, która tak naprawdę mało nas obchodzi. Już Huellebecq przedstawił w „Uległości” arabskiego kandydata na prezydenta, a w przypadku „Dzikusów” jesteśmy w przededniu wyborów, które ma szanse wygrać Szawisz, stając się pierwszym, którego pochodzenie wyzwala furię w narodowcach.

Zaczynamy od wesela, zresztą taki jest podtytuł pierwszego tomu cyklu: „Francuskie wesele.” Początki mogą być trudne, nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi, dyskusje polityczne mieszają się tu z obyczajowymi, wchodzimy w świat Kabylów wraz z ich babkami i dziadkami, żyjącymi jeszcze w tradycji rodzinnych stron, lecz młode pokolenie jest już gdzie indziej, w świecie seksu, narkotyków i Facebooka. Louatah pokazał zagubienie i asymilację, ten graniczny czas, kiedy przodkowie odchodzą a młodzi stają przed wyborami. Mamy polubić Karima, bo to wokół jego osi krążymy, a jego myśli i czyny wyznaczają rytm książki, aż do finału, który zapewne wprowadza nas w drugą część.

Jeśli sądzicie, że mamy tutaj konflikt pomiędzy emigrancką społecznością Kabylów, a rodowitymi Francuzami, to popełniacie kolejny błąd w interpretacji tej książki jeszcze przed jej przeczytaniem – jesteśmy świadkami ślubu dwóch arabskich narodów, wzajemnie się nie znoszących, i wrogich. Dwie rodziny patrzące na siebie wilkiem, do tego pan młody okazuje się gejem szantażowanym przez kochanka, wesele przemienia się w jakiś chocholi taniec wypadków, do których musiało dojść, jeśli rodziny wzajemnie się nienawidzą.

„Francuskie wesele” to jedynie zapowiedź, wprowadzenie, przynęta, która ma nas uwieźć. Jednych wciągnie egzotyka kabylska a innych polityczny kontekst, jedni polubią kobiety a innych zafascynuje młody Karim, którego wędrówka jest miotaniem się pośród możliwości zaprzepaszczenia młodego życia. Karim ma szereg cech, które jakoś go wyróżniają, między innymi absolutny słuch, pozwalający mu słyszeć więcej i intensywniej, co pomaga czasem w podsłuchiwaniu, ale mogłoby przełożyć się w konkretną wartość, gdyby była siła, zdolna pokierować chłopakiem. Tymczasem trafia on w kręgi, które z łatwością wykorzystają go do swoich celów.

Wbrew pierwszemu wrażeniu czekam na ciąg dalszy „Dzikusów” – drugi tom ma ukazać się w październiku. W drugiej części prawdopodobnie zmieni się wiele, ale ufam przebiegłości Loutaha i sprawności tłumaczki (tej samej, która przekłada Houellebcqa). Narodowościowy tygiel  jakim jest francuskie społeczeństwo jednych fascynuje, a innych odstrasza. Książka pokazuje antagonizmy, ale z drugiej strony jest coś w tym folklorze, w różnorodności, w tej mieszance wybuchowej, co przyciągnie polskiego czytelnika, o ile nie zamknie się w swoim szowinistycznym sosie wszystkowiedzącego mądrali.

Makuszyński.

Podczas sierpniowej wizyty w Zakopanem, nie udało mi się odwiedzić Willi Opolanka, przy ulicy Tetmajera 15, gdzie mieści się muzeum Kornela Makuszyńskiego, za to złożyłem mu niezapowiedzianą wizytę na Pęksowym Brzyzku, gdzie leży obok Witkiewicza ojca, Sabały i innych zasłużonych dla miasta i Tatr. W Zakopanem Makuszyński był wielbiony i fetowany, chociaż ta przyjaźń nie zrodziła się natychmiast – było wręcz odwrotnie, dzięki przewrotnym, zgryźliwym, ale jak najbardziej prawdziwym tekstom pisarza, który zarzucał góralom chciwość a miastu prowincjonalizm, brud i błoto na Krupówkach. Kiedy umarł miejscowi urządzili mu prawdziwie góralski pochówek: „Pochówek mioł barz pikny. Po nasemu my go chowali, po górolsku. Przecie tu śnami zył jako stary honorny gazda. Prowda ze w bidzie, ale za parobka nikomu nie poseł słuzyć, jako drudzy pośli” – tak pisał jeden z uczestników pogrzebu 3 września 1953 roku.

Mariusz Urbanek napisał kolejną biografię – wyspecjalizowany już w tego rodzaju wydawnictwach, wie jak się za to zabrać, gdzie szukać, a przede wszystkim kogo opisać. Makuszyński nie dorobił się jeszcze prawdziwej historii swojego życia, więc pionierska praca Urbanka trafiła na podatny grunt, z miejsca zdobyła czytelników, bo przecież kto nie zna Koziołka Matołka, Szatana z siódmej klasy czy Panny z mokrą głową. Piszę to oczywiście na wyrost, ponieważ dzisiejsze pokolenia nastolatków, znajdują zupełnie inne formy rozrywki, ale nadzieja tli się jeszcze w tym, że dziadkowie lub rodzice, pamiętają o bohaterach swojej młodości i próbują czasem przed snem przeczytać wnukom o przygodach koziołka lub panny z mokrą głową.

34861060._SR1200,630_Urbanek bazował na wspomnieniach publikowanych przez innych, którzy Makuszyńskiego znali, a także na licznych tekstach pisarza, archiwach i wszystkim tym, co przetrwało wojnę, czego nie można powiedzieć np. o mieszkaniu Kornela w Warszawie, które przepadło niemal całkowicie, za wyjątkiem tego, co udało się wywieźć do Zakopanego.

Książka podaje nam życie bohatera ubarwione anegdotą, uładzone i oszlifowane, ale z miejsca widać, że Makuszyński był postacią nietuzinkową. Kto w młodości nie zabłyśnie, nie ma szans na wielkość – to refleksja z przeczytanych ostatnio biografii Gombrowicza, Rutkiewicz czy Prusa. A Makuszyński brylował od początku, chciał być najlepszy, a ponieważ miał talent do rymowanek, realizował się w pisaniu na zamówienie i nawet zarabiał na wierszykach, kleconych naprędce dla zakochanych kolegów, w celu zdobycia serca wybranki. Zadebiutował w wieku 18 lat, dzięki Kasprowiczowi, którego wielbił, a mając lat dwadzieścia pisywał już regularnie recenzje teatralne w ’Słowie Polskim”.

W 1932 roku narodził się Koziołek Matołek, który zachwycił najmłodszych czytelników ale zniesmaczył krytyków. Popularność koziołka była tak wielka, że przyspieszono kolejny tom komiksu, który początkowo miał się ukazać za rok,  ale już na Wielkanoc wszyscy z wypiekami śledzili przygody komiksowe kozła z Pacanowa.

Zarzucano często pisarzowi antysemityzm, wyciągano anegdoty, felietony i teksty, gdzie wytykał Żydom ich przywary, kpił z nich i demaskował. Był endekiem, co nie przeszkadzało mu przyjaźnić się ze Słonimskim czy Tuwimem. Przedwojenna świadomość, nie skażona jeszcze obozami koncentracyjnymi, nadawała często poglądom taki rys antysemityzmu, który dziś budzi odrazę ale wtedy należał jakoś do zwyczaju, do codzienności. W tym sensie antysemityzm Makuszyńskiego to mit, bo przecież był dobrym człowiekiem, a jego poglądy nie odbiegały wyraźnie od tego, co myślała o Żydach inteligencja przedwojenna, z Marią Dąbrowską na czele.

Miał dwie żony, nic nie wiemy o kochankach. Miał „lekkie pióro” i przez to nie był poważany jako prawdziwy pisarz przez krytyków, za to uwielbiany przez dzieci. W stalinizmie nie pasował do ustroju, więc wykreślono go z lektur i nie wydawano. Biedował.

Można się zastanowić jak wyglądałoby nasze życie literackie po wojnie gdyby nie ustrój? Kim byłby wówczas Makuszyński, co by jeszcze napisał, jaką kultową postać by nam podarował? A kim byłby Gombrowicz, gdyby wrócił do kraju? A Lechoń, Miłosz, o czym pisałby Herling-Grudziński? Zniszczenie Makuszyńskiego w świadomości czytelników się nie powiodło, nadal wydawany jest Koziołek Matołek i powstały filmy na podstawie jego książek. Lechoń po śmierci pisarza pisał, że więcej był wykpiwany niż czczony, ale zwracając się do przyjaciela podsumował: „Możesz, drogi Kornelu, iść śmiało na Sąd Ostateczny”.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie książki.

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Horst i zaginione kobiety.

„Felicja zaginęła” to kolejny tom Horsta, w którym dobrze już nam znany komisarz William Wisting musi zmierzyć się z zagadką kryminalną. Opisywałem już tutaj tak dużo przygód komisarza, że tym razem skupię się głównie na niuansach, które przychodziły mi do głowy podczas czytania, chronologicznie  drugiego tomu cyklu, wydanego u nas jako ósmy.

Zaginione kobiety odnajdują się zazwyczaj  po jednym lub dwóch dniach, najczęściej u nowego kochanka lub u bliskiej przyjaciółki. Te, których tam nie znaleziono, postanawiały się zabić, a decyzje o tym podejmowały na długo przed zniknięciem.  Zaginięcia kobiet nie robią na policji większego wrażenia – zazwyczaj w ich poszukiwania wkłada się tyle samo pracy, co w tropienie ukradzionych rowerów.

horst

Nils Hammer jest śledczym, który bezpośredniością próbuje artykułować swój szowinizm, w czym pomaga mu wkładanie do ust snusu, dosyć obrzydliwego zwyczaju, spotykanego właściwie jedynie u Norwegów, powodującego śmierdzący oddech i gnicie zębów oraz dziąseł. Ten właśnie Nils zawiadamia komisarza, tropiącego tajemnicze kręgi na polu golfowym, o znalezieniu zwłok, które ktoś ukrył w metalowej szafce ubraniowej bhp i przed laty zakopał głęboko. Jednocześnie ginie młoda kobieta, która okazuje się córką tej wykopanej.

Wisting i cała policja norweska, mają przed sobą kilkoro ewentualnych sprawców -  ta społeczność jest mikroskopijna, a wśród nich ukrywa się zabójca, zapewne obu kobiet. Wystarczy wsadzić wszystkich do paki i zastosować metody znane z serialu „Pitbull”, ale w tym konserwatywnym społeczeństwie nic nie jest tak łatwe, jak w naszym pszenno-buraczanym rewirze. Dlatego Wisting łazi od jednego podejrzanego do drugiego i próbuje coś wskórać, ale większość z przesłuchiwanych kłamie, kręci albo się boi. Syzyfowa praca, choć komisarz myśli błyskotliwie, domyśla się wielu rzeczy, powiedziałbym, że on myśli szybciej niż my rozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi, ponieważ na koniec akcja nam się zagęszcza.

Przy okazji Horst stosuje trochę metod świętej pamięci Henninga Mankella, który serwując nam przygody Kurta Wallandera, śledczego z szwedzkiego Ystad, niejako przy okazji dawał nam szczegóły z osobistego życia bohatera, czyniąc z kryminału, a właściwie z całego cyklu, sagę rodzinną, być może nie na miarę powieści Anne B. Ragde, opisującą błyskotliwie rodzinę Neshov, ale zawsze uczłowieczając komisarza i jego otoczenie. Komisarz jak w tomie pierwszym, prezentuje nam swoją ekscytację, kiedy dowiaduje się, że ma przed sobą morderczą zagadkę do rozwiązania – taki perwersyjny skurcz w brzuchu, dzięki któremu lubi swoją robotę.

Do tego Norwegowie piją ohydną kawę z automatu, jakby nie mogli sobie robić porządnej sami, narzekają na zimno w pomieszczeniach, choć mamy czerwiec, a kłopoty z temperaturą są motywem przewodnim książki. Kolejne zapożyczenie od Mankella to rozładowujący się telefon komórkowy, dzięki czemu zazwyczaj morderca ma okazję lekko przeczołgać policjanta – tutaj udaje się uratować skórę dzielnego Wistinga, dzięki jakiemuś dziwnemu zbiegowi okoliczności – jak zwykle finały nie są mocną stroną Skandynawów.

Na koniec Horst raczy nas przysłowiami, typu: „jaka matka taka córka” lub „wina ojca przechodzi na syna” – przypominając sobie te cytaty zakończyłby śledztwo po stu stronach. Na szczęście czytamy porządną powieść kryminalną z wątkami obyczajowymi, a martwa już w naszej świadomości żona Wistinga, planować może swoją afrykańską przygodę.

Czytanie Horsta to fizyczna przyjemność nie tylko ze względu na duże litery, krótkie rozdziały i sympatia, którą czujemy do bohatera. To literatura wakacyjna, łatwa i przyjemna, pomimo zbrodni i okrucieństwa czającego się wśród bogatych Norwegów. A kobiety nadal giną, gwałcone i zakopywane po lasach – jak podaje autor w 2005 roku w Norwegii było 1171 osób zaginionych, a skrupulatny wydawca uściśla, że w 2017, który się jeszcze przecież nie zakończył, było ich już 1327.

Wanda.

Biografie dwojga największych polskich himalaistów, ukazały się prawie w tym samym czasie, choć wcześniej o wiele ciekawsze zdawały się książki, w których Kukuczka oraz Rutkiewicz, opisywali swoje znojne życie górskie. Mam na półce wydane w tej samej „niebieskiej” serii wydawnictwa AT, „Mój pionowy świat” oraz „Na szczytach świata” Kukuczki oraz „Karawanę do marzeń” Rutkiewicz. Te książki to wydawnictwa pośmiertne –  maszynopis „Na szczytach świata” był już w drukarni, kiedy przyszła  wiadomość o śmierci Kukuczki. Surowe i chaotyczne relacje wspinaczy często nabierają jakiejś szczególnej wartości,  przy których systematyczne i żmudne śledztwa biografów, zdają się zbyt ugładzone.

wanda-opowiesc-o-sile-zycia-i-smierci

Anna Kamińska popełniła klasyczną biografię legendarnej Wandy, sięgając daleko w przeszłość, odsłaniając korzenie rodzinne, dając nam od samego początku historię zagmatwaną, ale mniej przydatną pasjonatowi wyczynów himalaistki.  Ale rasowy biograf stara się wytropić wszystko, więc musimy znieść ten czasem nudnawy przyczynek genealogiczny.

Książka zaczyna się od mordu, jakby chciano nam pokazać nieuchronność losu. Ten mord jest pasjonujący w opowiadaniu, wróci do nas w szczegółach później – wart osobnego reportażu. Wanda pojawia się od razu doskonała, jakby potwierdzając regułę, którą się zadziwiłem czytając seryjnie pod rząd biografie Makuszyńskiego, Lema, Gombrowicza (już niedługo w księgarniach – wydarzenie!!) czy Prusa – wszyscy wielcy pokazywali już na co ich stać w dzieciństwie i młodości. Rutkiewicz w relacjach przyjaciół i znajomych była perfekcyjnie zorganizowana, uczynna, skromna, pilna i … porządna. Wszyscy podziwiali jej naturalność, a jednocześnie zdolność zjednywania sobie ludzi, oraz skuteczność w realizacji celów. A nie miała łatwego dzieciństwa. Nigdy nie odpuszczała, w każdej dziedzinie chciała być pierwsza i zapewne to ją zabiło. Nie jest pierwszą i nie ostatnią, która płaci taką cenę za swój charakter. Nie warto być doskonałym, bo przekleństwo ideału zaciążyło także na Rutkiewicz, która przestała w pewnym momencie dawać radę. Himalaje nie ułatwiały jej życia, bo z górami najwyższymi żaden ideał ludzki nigdy nie wygrał.

Wandę poznajemy głównie w relacjach wielu znajomych, którzy przewinęli się przez jej życie i ten portret jest raczej spójny i wyrazisty. Nie dostajemy analizy autorskiej, dywagacji i przypuszczeń, nie potrzebujemy komentarzy ani wniosków – to życie musimy wchłonąć sami i zrozumieć fenomen kobiety nieszczęśliwej i ostatecznie jakoś przegranej, ponieważ poświęciła życie osobiste dla gór, które bezdusznie ją zabiły. Wanda Rutkiewicz jest teraz dla nas ikoną, pomnikiem, jej imieniem nazywa się szkoły. Ale czy o takim spełnieniu marzyła? Niewątpliwie chorobliwa wręcz ambicja doprowadziła ją do skrajnego wyczerpania, a charakter, tak przydatny w młodości, zaowocował konfliktami w drodze na szczyty. Była liderem, przeciwko któremu byli wszyscy, bo miała swoją koncepcję – porównywanie jej do Andrzeja Zawady, który miał inną filozofię przywództwa mija się z celem – to były kompletnie dwa różne światy.

Książka pokazuje Rutkiewicz jako postać tragiczną nie tylko poprzez himalajską śmierć, ale głównie poprzez zagubienie emocjonalne, przez niemożność nawiązania relacji z mężczyznami. Doskonale opisał to jeden z jej kolegów: Wanda potrafiła być szalenie miła i życzliwa, jakby zależało  jej na wielkiej przyjaźni i relacji, ale nagle nie miała na to czasu. Jej problemem był brak zdolności nawiązywania więzi. A więc z jednej strony sukcesy w górach wysokich, rosnąca sława, prestiż i uznanie, a z drugiej ogromna samotność.

Będąc w bazie pod Everestem myślałem tylko żeby stamtąd uciec, ale może to tylko subiektywne wrażenie, poparte zresztą nieciekawą pogodą. Rutkiewicz lubiła takie wyzwania, lubiła to życie pod napięciem, choć jakby przeczuwała, że nie umrze we własnym łóżku. Parła do przodu jakby chciała zabić w sobie tęsknotę za czymś, co przeczuwała, ale czego nie umiała  z siebie wydobyć.

Książka: „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci” do kupienia w Taniej Książce.

TK_male

Petersburg

Już w pierwszym zdaniu książka kusi mnie Brodskim. W Dyptyku petersburskim, czyli przewodniku po przemianowanym mieście” pisał: „Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś „zagłodzoną”, pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: „Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!” Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu.”

Studio_20170820_125650_resized_1

Joanna Czeczott rozpoczyna opowieść o tym „przeklętym” mieście właśnie od Brodskiego, a właściwie o tych wszystkich inteligentach, którzy zanurzeni są w byciu „wnie”, czyli jakby poza rzeczywistością, co oczywiście jest doskonałą przenośnią, wyrazem protestu, zagrzebaniem się w czymś wyższym, czymś poza, sztucznie odcinającymi się od codzienności.

Nie byłem w Petersburgu, choć mogłem, ale wówczas Rosja mnie nie pociągała jako przeżycie i miałem do Rosji stosunek pogardliwy, podobnie zresztą jak mam do dziś pogardę do Ameryki Północnej, doskonale zdając sobie sprawę, że jest to uczucie wysoce niefrasobliwe i stronnicze. Ale nie o tym…

Miasto, które urzeka urodą jest jednocześnie przesiąknięte dramatycznymi wydarzeniami, przez które ludzie ginęli tysiącami. Zaczynamy od katorżniczej pracy budowniczych miasta, których ściągano tu siłą, bez prawa powrotu. Co ciekawe dokumentowano wówczas wszystko, oprócz zgonów, jakby życie liczyło się  tym czasie najmniej. „Miasto zbudowane na kościach”, tak się mówi o Piotrogrodzie, Leningardzie, Petersburgu, a właściwie „Pitrze” bo tak o mieście mówią jego mieszkańcy.

Czy znacie historię Rosji? Gdzieś mam swoją „Historię Rosji” Bazylowa w dwóch tomach, a kto nie ma, bez trudu znajdzie na Allegro za grosze. Mam, ale nie czytałem, bo po co? Czeczott podaje nam ciekawostki z życia założyciela miasta Piotra I, i to są fakty niebywale smaczne. Petersburski profesor historii Jewgienij Anisimow opowiada autorce między innymi o bzach, które tu rosną dzięki Piotrowi. „Profesor jest tak petersburski, że brytyjska telewizja chciała o nim zrobić dokument. Operator wlazł za nim  do bani i zepsuł kamerę. Dokument nie powstał.” Profesor prowadzi kronikę działalności Piotra I – rok zajmuje mu napisanie tego, co car dokonał w miesiąc.

Ach ten Piotr; własnoręcznie ćwiartuje podejrzanych o spisek, torturuje i wbija głowy na pal, zatrudnia się incognito w holenderskim warsztacie okrętowym, uczy się i robi notatki, kupuje maszyny, odwiedza parlament holenderski i brytyjski, utwierdza się w przekonaniu, że zachodnia wolność nie dla jego narodu – w Rosji sprawdzi się tylko przemoc. Ścina brody – za zarost trzeba płacić podatek: sto rubli rocznie, każe nosić się po europejsku, upraszcza alfabet, a w środku zimy ogłasza, że 1-ego stycznia będzie Nowy Rok. Antychryst. Każe wbijać synowi igły pod paznokcie a wreszcie udusić go w Twierdzy Pietropawłowskiej.

Antychryst, który stworzył to dziwne, metafizyczne miasto, zalewane od samego początku istnienia, gnębione przez powodzie, które zahamuje dopiero wielka tama, której budowę zakończył dopiero Putin. Czytanie o powodziach, trupach na ulicach, zalanych zabytkach, wodzie do pierwszego piętra kamienic, tej heroicznej walce z naturą to jeszcze nic. Teraz poczytajcie sobie o czystkach. Jakoś tak bezwiednie mi się złożyło, że w aucie miałem przez tydzień „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, czytany pięknym głosem Tomasza Knapika, wiec byłem przygotowany. Ale potem jest rozdział o słynnej blokadzie Leningradu, w czasie której umarło ponad milion mieszkańców. Jedzenie smażonych kotów, picie kleju stolarskiego czy kanibalizm, to tylko najbardziej drastyczne przykłady z prawie trzyletniej historii wojennej miasta.

Wiec czytam sobie ten „Petersburg” i już wiem, że trzeba tam pojechać, ale już nie chcę wiedzieć więcej  o cierpieniu. Zapewne skupię się na zabytkach i muzeach, choć w głębi duszy zawsze będę wiedział, że te kamienie chcą być ważniejsze od ludzi. Może i tak jest, ale jeśli się wie, co kryje się pod tym widokówkowym landszaftem, to czy odbierze nam to wizję miasta, które kusi swoją wspaniałością?

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Lem. Życie nie z tej ziemi.

W moim rankingu ulubionych pisarzy, Stanisław Lem zajmuje wyjątkową pozycję, co wcale nie oznacza, że przeczytałem wszystkie jego książki, albo, co ważniejsze, że wszystkie one mi się bardzo podobały. Lem pojawił się w moim życiu przypadkowo i nie pod postacią książki papierowej, ale czytanej, na antenie popularnego kiedyś Lata z Radiem, powieści Niezwyciężony. Niesamowitość tej prozy, futurystyczna wizja pisarza, przedstawiająca zmagania człowieka z czymś niepojętym, ta fachowość i wizja kosmosu, przyszłości, spójna i psychologicznie doskonała, wywarła na nastoletnim czytelniku oszałamiające wrażenie. Potem prawdopodobnie był „Eden” i wizyty w powiatowej bibliotece, w poszukiwaniu czegoś podobnego.

Pamiętajmy o jakich czasach piszemy – koniec lat siedemdziesiątych, to szczególny czas, czas zmian także moich literackich upodobań, ale wchodząc w kolejną dekadę wiedziałem, że Lema będę kupował, zwłaszcza, że Wydawnictwo Literackie rozpoczęło edycję „Dzieł” Lema, wydając w 1982 roku „Szpital Przemienienia”, a kończąc na „Fantastyce i futurologii”. Wydawnictwu zajęło to prawie całe dziesięciolecie, ale dziś ta kolekcja, w kolorowych, twardych oprawach, stoi u mnie na najlepszej półce.

Studio_20170805_135319_resized

Wojciech Orliński zmierzył się z Lemem nie po raz pierwszy – dekadę temu wydał alfabetyczny spis haseł dotyczący twórczości i życia pisarza pod prowokującym tytułem „Co to są sepulki”. Tym razem otrzymujemy fascynująca biografię naszego najbardziej popularnego za granicą pisarza, biografię, która szczególnie intensywnie wprowadza nas w najmniej znane dzieciństwo i młodość Lema,  odkrywając tajemnice, przed którymi sam Lem bronił się przez całe życie.

lem__3

„Lem. Życie nie z tej ziemi” można rozbić na dwie części, z których ta pierwsza robi znacznie większe wrażenie. Znamy te losy lwowskie pisarza, zarówno z „Wysokiego Zamku”, a także z wywiadu rzeki Beresia, czyli z „Tako rzecze … Lem”, ale Orliński odkrywa nam w literackim śledztwie, historie traumatycznych zmagań rodziny oraz samego pisarza w czasach burzliwych i wojennych, kiedy to miasto „zaliczyło” trzy okupacje. Z licznej rodziny Lema przeżyli tylko jego rodzice oraz Marian Hemar. Pochodzenie żydowskie Lemów pisarz starał się ukrywać przez całe późniejsze życie, a w rozmowach z Beresiem zwodził czytelników dygresjami, nie odpowiadając wprost na pytania dotyczące eksterminacji.

A przecież to co przeżył, kiedy zapędzono go wraz z innymi do sprzątania trupów po radzieckich morderstwach w więzieniach NKWD, po wkroczeniu do Lwowa Niemców, zaważyło także na jego pisarstwie. Żydzi, zwabiani pod pretekstem uprzątania trupów, byli również bestialsko mordowani, ale jakimś cudem, w ostatniej chwili, Niemcy wstrzymali pogrom i to uratowało Lema. Wojenne losy pisarza zrobią wrażenie na każdym czytelniku, a podane są wyjątkowo skrupulatnie przez wnikliwego Orlińskiego. Zmiany mieszkań, ucieczki, wyrabianie fałszywych papierów, praca spawacza – wszystko to tak mocno utkwiło w życiorysie Lema, że bez wątpienia musimy zgodzić się z Orlińskim, kiedy przytacza fragmenty różnych książek Lema, gdzie istnieje bezpośrednie lub w sposób zawoalowany, nawiązanie do tragicznych chwil okupacyjnych.

Lekko rozczarowująca, jak zresztą życie w realnym socjalizmie, jest ta część biografii powojennej pisarza, opowiadająca z jednej strony o przyżyciowych kłopotach Lema z samochodami, do których miał wyjątkowego pecha, albo z domem, wyjątkowo niefortunnie wybranym, a z drugiej strony przedstawiająca dylematy pisarza, nie do końca zadowolonego z własnej twórczości. Kiedy czytamy w Prologu o dniu codziennym Lema, widzimy jakim był niekonwencjonalnym człowiekiem, budzącym się o czwartej nad ranem, rozpalającym w wielkim piecu, skrycie podjadającym marcepanowe batoniki, a potem siadającym do maszyny do pisania, do stukotu której wszyscy domownicy musieli się przyzwyczaić.

Orliński przedziera się przez twórczość autora „Dzienników gwiazdowych” próbując przetransponować wojenne przeżycia Lema na karty jego książek, co niewątpliwe mu się udaje, a jednak mamy wrażenie, że te fragmenty są mniej interesujące dla czytelnika, spragnionego jednak tego życia zwykłego, tej codzienności przenilkiwego wizjonera, człowieka obdarzonego wybitną inteligencją, nieco mniejszym talentem literackim ale potrafiącego połączyć swoją kompulsywną pasję czytelniczą z pracą literata.

Czy Orliński zmienił w jakiś sposób moje postrzeganie Lema? Na pewno rozszyfrowanie wojennych losów pisarza, pozwala zastanowić się nad niektórymi wątkami jego twórczości, ale ten rys osobowości, ten schemat, w którym miałem go przez lata w trzewiach, ta postać obecna w moim życiu przez lata, człowieka o ogromnym poczuciu humoru, autora kilku ważnych książek, które mógłbym zabrać na bezludną wyspę, albo do których na pewno będę wracał, pozostał niezmienny. Lem ma w sobie coś pociągającego, jakąś tajemnicę wyzierającą z kart jego powieści, ma taki rodzaj wyobraźni, który pozwalał mi zmierzyć się nie tylko z futurystyczną wizją świata, ale również wciąga w metafizyczną sferę myślenia o kosmosie. Gdyby Lem i Tarkowski mieli możliwość wspólnie pracować nad adaptacją filmową powieści „Solaris”, otrzymalibyśmy coś na kształt najlepszych fragmentów „Stalkera”. Nie udało się tak, samo jak film Tarkowskiego, o którym Lem powiedział, że przypomina bardziej „Zbrodnię i karę”, niż jego książkę.

Lem był ogromnie popularny w ZSRR, lubił tam jeździć, w jakimś sensie ułatwiało mu to potyczki z cenzurą w Polsce, a uwielbienie radzieckich naukowców i czytelników, przybierało kolosalne rozmiary. Gdyby Lem żył dzisiaj i pisał, jego pozycja wizjonera, potrafiącego przewidzieć między innymi Internet, wrzuciła by go na manowce współczesnej futurologii, gdy tymczasem jego wizje, również socjologiczne sprawdzają się niepokojąco. Przewidując hejt internetowy, sam stałby się jego ofiarą, co na szczęście nie będzie miało miejsca.

Czy ta biografia mogłaby być lepsza? Z pewnością wyrzucenie fragmentów nawiązujących do twórczości pisarza i skupiających się na codzienności, uczyniłoby z niej  pozycję bardziej popularną, ale z drugiej strony Orliński musiał się zmierzyć z tym wszystkim, co zawsze pozostaje domysłem, jeśli analizujemy jakąkolwiek twórczość. Bo jeśli coś jest niejednoznaczne, to wówczas zyskuje w oczach tych wszystkich, którzy szukają w opowieści o swoim idolu, miejsc niedefiniowalnych, tego wszystkiego, o czym wie tylko sam bohater, a to o czym piszą biografowie, może niekiedy wywołać śmiech znad grobu. W tym przypadku byłby to śmiech pełen podziwu.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przeczytania tej biografii przed premierą.

logo-cd1f9656b3c26a765b2c4e1115b9aa10fc94df9af32dc92c583146acb7bae452 (1)

Czarna wdowa. Daniel Silva

Określenie „czarne wdowy” pojawiło się w związku z zamachami terrorystycznymi, dokonywanymi przez ubrane na czarno, czeczeńskie kobiety, które w samobójczej misji mściły się za śmierć swoich mężów lub dzieci. Ta zasada krwawej zemsty bardzo mocno obecna jest wśród ludów kaukaskich – rodziny zabitych, często uważają za swój obowiązek ich pomścić. Ludzie nie mają zaufania do państwa, więc rzadko oddają sprawę w ręce organów ścigania. Określenie „czarne wdowy” pochodzi od długich czarnych sukni, jakie noszą terrorystki podczas zamachów, na przykład w moskiewskim teatrze Nord-Ost na Dubrowce, czy masakrze zakładników w szkole podstawowej w Biesłanie we wrześniu 2004r. kiedy zginęło 344 osób, w tym 186 dzieci. „Czarne wdowy” prawdopodobnie stały również za eksplozjami, które doprowadziły do katastrof dwóch rosyjskich samolotów w 2004 r. oraz za zamachem w moskiewskim metrze.

Głośno było też ostatnio o tzw. „białej wdowie”. Samantha Lewthwaite, której mąż zdetonował bombę w 2005 roku w Londynie, podobno stała za zamachem na londyńskie metro i centrum handlowe Westgate w Nairobi. Rosjanie twierdzą, że zastrzelili ją na Ukrainie.

Wiemy już skąd Daniel Silva zaczerpnął  tytuł swojej książki, dając jednoznaczną wskazówkę, że będziemy czytać o kobietach samobójczyniach. Zaczynamy  od zamachu, w którym ginie Hannah Weinberg, dyrektorka Ośrodka Studiów nad Antysemityzmem, co daje nam też okazję do poznania losów zaginionego obrazu Van Gogha, powiązanego z jego konserwatorem, którego prawdziwym zajęciem jest zwalczanie terroryzmu skierowanego przeciwko narodowi Izraela.

564937-352x500

Gabriel Allon, legendarny agent izraelskich służb specjalnych, jest bohaterem kilkunastu książek Silvy. Tym razem ma zostać szefem Biura, ale na razie czeka go ostatnia misja, czyli odnalezienie i zlikwidowanie Saladyna, terrorysty, który organizuje krwawe zamachy. Do tego celu Gabriel werbuje młodą lekarkę Natalie Mizrahi, która ma za zadanie zinfiltrować najbliższe otoczenie sprawców zamachu.

Z jednej strony Silva porusza się z niebywałą sprawnością pośród niuansów związanych z działaniem wywiadów, grup terrorystycznych, ISIS, problemów Dalekiego Wschodu, całej tej profesjonalnej otoczki, związanej ze wzajemnymi kontaktami służb, koordynacjami akcji, zna terminologię, struktury, powiązania – może też konfabulować, wymyślać, zwodzić nas pozorami wiarygodności, co dostrzegą jedynie specjaliści  - dla nas, pospolitych czytelników, wszystkie te informację mają za zadanie przydać autentyczności opowiadanej historii. I to się udaje, podziwiamy tę sprawność, choć może czasem dostajemy tego za dużo, ze szkodą dla pogłębienia psychologicznego postaci, które opisywane są bardzo poprawnie, ale głównie przez dialogi i krótkie scenki rodzajowe.

Idealna książka szpiegowska na wakacje i choć przesycona goryczą porażki, zabije dostatecznie nudę wylegiwania się na plaży, czy pozwoli zapomnieć o zaduchu w zatłoczonym przedziale. Opisywana przez Silvę historia pokazuje niestety bezradność, brak koordynacji służb i ich nieskuteczność, ponieważ pomimo umocowania w strukturach ISIS, agentki, dochodzi do krwawych zamachów w USA, w czasie wizyty prezydenta Francji. Saladyn okazuje się lepszy graczem od wywiadów kilku państw, ale nie chce mi się wierzyć, że w obliczu zagrożenia atakiem oraz rozpoznania terrorysty, służby nie uczyniły nic, żeby temu zapobiec, choć monitorowały sytuację dostatecznie skutecznie, żeby móc zlikwidować chociaż część zagrożeń.

Książka daje nam niezłą rozrywkę, śledzimy losy bohaterki wnikamy w niuanse pracy służb, gdzieś tam rodzi się miłość pięknej żydówki i Rosjanina, ale talentowi Silvy jakby czegoś brakowało, jakby skupił się jedynie na powierzchni wydarzeń, jakby nie uchwycił tej struny, dzięki której powieść mogłaby zagrać o wiele silniej na uczuciach czytelników. Zapewne dlatego książki Silvy będą jedynie sprawnie podanymi historiami „wagonowymi”, a przecież mogłyby się stać klasykami gatunku.

Strona książki: Czarna wdowa.

Prus.Śledztwo biograficzne.

Ugrzązłem w biografiach. Po Haliku przeczytałem, mającą ukazać się w sierpniu biografię Lema, Orlińskiego, przy okazji, trochę z doskoku, czytam Makuszyńskiego, Urbanka, smakuję świetną, i z pewnością zapowiadającą się jako literackie wydarzenie jesieni, biografię Gombrowicza, Klementyny Suchanow, a Wanda Rutkiewicz czeka na półce zniecierpliwiona, ale sobotnie poranki są dla Głowackiego.

„Prus”. Śledztwo biograficzne”, to masywna, ciężka, w twardej okładce cegła, książka niewygodna w podróży, wakacyjnie nieporęczna, za to w zaciszu domowym sprawdza się bardzo dobrze, daje poczucie lekko podręcznikowej estymy, a jednocześnie wciąga swoją narracją. Monika Piątkowska podała nam Prusa na tacy, z odciętą głową, wypatroszonego, z jego fobiami i kochankami, z dogłębną analizą twórczości i analogiami do życia wewnętrznego i zewnętrznego autora „Lalki”.

Od zawsze prześladuje mnie przekonanie, że powinienem znać życie naszych bohaterów narodowych, jakoś tak patriotycznie dopada mnie czasem myśl, że jakże mało wiem o Mickiewiczu, Skłodowskiej czy Chopinie, zupełnie irracjonalny wyrzut sumienia, a jednak mnie to gryzie. Czytanie o miłostkach Żeromskiego w jego Dziennikach, dostarczyło mi kiedyś nie lada przyjemności, rozgryzanie Iwaszkiewicza stało się nieomal pasją, dlatego „śledztwo”, co już brzmi zagadkowo, na temat życia Prusa, wywołało niezdrowy dreszcz fascynacji. Przecież ten nobliwy staruszek z lektur szkolnych, ze zdjęć na ścianach w niewietrzonych klasach podstawówki, ten pomnikowy autor nowelek, które z obrzydzeniem musieliśmy czytać w zamierzchłych czasach, wydawał się doskonała ofiarą, której losy musiały rozbudzić chorobliwą ciekawość.

Studio_20170722_124142_resized

Piątkowska podaje nam Prusa poprzez jego dzieła, a jednocześnie przekopała się przez tony opracowań, wątków pobocznych, historycznych niuansów, a także rękopisów notatek pisanych kompulsywnie przez pisarza, który dokładnie analizował i opisywał swoje stany ducha. Kiedy rozpoczynamy podróż z Aleksandrem, kiedy poznajemy jego dzieciństwo i młodość, pomnikowy Bolesław Prus zaczyna nabierać niespodziewanych kolorów. Już okoliczności jego narodzin, a potem przerzucanie młodego Olka pod opiekę rodziny, jego niesubordynacje, lenistwo, a jednocześnie zdolności, zapał do wygłupów i zjednywanie sobie przyjaciół, ambicja połączona z wrażliwością, napady furii i apopleksji, emocjonalność – wszystko to złożyło się potem na skomplikowany i depresyjny charakter dojrzałego pisarza.

Na jego życiu zaważył również epizod z roku 1863, kiedy nastoletni Aleksander dołączył do leśnego oddziału powstańczego, gdzie poznał okrucieństwo, śmierć i brutalność wojny, co z pewnością przyczyniło się do serii późniejszych załamań nerwowych. Bo Prus przez całe życie cierpiał na stany depresyjne, uchodził za dziwaka, miał napady lęku zupełnie irracjonalnego, nie znosił podróżować, zamykał na długie minuty oczy, przejeżdżając pociągiem przez miejsca, które uważał za niebezpieczne, omijał budynki z krętymi schodami – wiele tych jego fobii skazywało go na opinię osoby szalonej, dziwaka opętanego strachem.

Piątkowska mozolnie podaje nam interpretacje tego życia poprzez twórczość i zapewne za to obrywa od czytelników i recenzentów, że przecież nie można do końca utożsamiać dzieła literackiego z życiem autora, o czym pisał już z zacietrzewieniem Witkacy. Ile w prozie jest autora wie jedynie twórca, a ci, którzy piszą, wiedzą doskonale, że każda historia da się przekształcić w zupełnie nie przystającą do rzeczywistości opowieść – a jednak jakieś ślady prawdy można wytropić, czy jednak powinno się je podawać jako przyczynki do biografii?

Trochę współczuje autorce, że musiała przedzierać się ponownie przez „Antka”, „Sierocą dolę”, liczne nowele, listy, Notatki z podróży, itd., a z drugiej strony czytanie „Lalki” i tropienie w losach Wokulskiego i Rzeckiego samego autora, może dać satysfakcję odkrywcy. O ile nie czyta się dziś Prusa powszechnie, nie wraca do „Emancypantek”, może w młodości do „Faraona”, to przecież „Lalka”, to dla wielu najlepsza polska powieść wszechczasów i z tym stwierdzeniem należy się zgodzić.

W końcówce XIX wieku błyszczy sława Sienkiewicza, z którym Prus jakoś tam rywalizuje, ale popularność Sienkiewicza jest niepodważalna, zarabia wielokrotnie lepiej niż wciąż narzekający na brak pieniędzy Aleksander, ale to dziś „Lalka” jest arcydziełem, gdy tymczasem po gombrowiczowsku można napisać, że Trylogia jest pierwszorzędną literatura drugorzędową, a Qvo Vadis to czytanka dla gawiedzi. Młody gruźlik Żeromski stawia swoje pierwsze kroki wspierany przez Prusa, który załatwia mu pracę w Szwajcarii, a przecież autor „Faraona” podkochiwał się w Oktawii, przyszłej żonie Żeromskiego. Początkowy podziw Żeromskiego dla Prusa z czasem przemieni się w niechęć, ale czy obecność w życiu literackim tych trzech mastodontów polskiej literatury nie może wzbudzać w nas zazdrości?

Lęki Prusa wypełniają drugą połowę książki, obficie jesteśmy raczeni jego fobiami i „wyskokami”, a jednocześnie widzimy, jak te lęki są pokonywane, głównie przez poczucie humoru i dowcip pisarza. Notoryczną depresję zwalczał jak tylko mógł, zmagał się codziennie z przedwczesną starością i jak niektórzy analizujący jego stany podkreślają, zabijał go wewnętrzny konflikt między dwoma osobowościami, czyli tym kim był naprawdę i tym, kim chciał być. Napady paniki dotyczyły sytuacji niespodziewanych, dlatego niczym Ignacy Rzecki, nie potrafił zdobyć się na podróżowanie, a jeśli już wyjechał w swoją czteromiesięczną podróż po Europie, cierpiał niewyobrażalne katusze.

Na początku XX wieku ugruntował się ten stateczny model postaci Bolesława Prusa, łagodnego staruszka, skromnego pisarza, dobrotliwego pana, sypiącego cukierki podczas przechadzek w Nałęczowie. A tymczasem …

A tymczasem nasz schorowany dziadunio zmajstrował nieślubnego potomka. To wydarzenie w jakiś sposób pokazuje Prusa mało pomnikowego, cielesnego i co podkreśla autorka, człowieka, który zmagając się z własną cielesnością, również potrafił notować swoje doznania erotyczne. A syn,  Jan Bogusz Sacewicz zginął w obozie jenieckim w Lubece i oczywiście wiedział kto jest jego ojcem – jako pięciolatek szedł w kondukcie żałobnym swojego ojca.

Prus z książki Piątkowskiej jest postacią niejednoznaczną, wiecznie cierpiącym na swoje fobie, które dziś zapewne moglibyśmy złagodzić, ale czy wówczas powstałaby „Lalka”? Gruby tom biografii podaje nam pisarza odsłoniętego, obnażonego w swoich słabościach, a jednocześnie, chyba jak każda biografia, przybliża w sposób jak najbardziej subiektywny, bo przecież nigdy nie dowiemy się do końca, czy w Prusie więcej Wokulskiego czy Rzeckiego.

TK_male

Książka:„Prus. Śledztwo biograficzne” do kupienia w Taniej Książce.

Tania Książka zaprasza po Książkowe Nowości Wydawnicze

„Wiara”, nadzieja i jeszcze nie miłość Kańtoch.

Kiedyś już pisałem o Kańtoch i był to tekst przepełniony sympatią, bardziej może do jej osobowości, przewidywalnej skromności, może urody a może trochę do talentu, choć operował on w sferach powieści fantasy, przeze mnie o ile nie pogardzanych, to prędzej ignorowanych.

Aż tu nagle wyskoczyła „Łaska a po niej zaraz „Wiara”. Nieufnie reagowałem, ale nazwisko Kańtoch, zarażone wcześniejszą sympatią, pozwalało sądzić, że może kryminalna przygoda czarnowłosej Anny nie będzie kompromitacją. Postanowiłem przeczekać „Łaskę”, o której pisano dobrze, ale to dla mnie za mało, więc kiedy i o „Wierze” zrobiło się głośno, a autorka trafiła do tego snobistycznego klubu bondowsko-czubajowego, gdzie i Wroński, i Ćwirlej, i choć nie snuła się z nimi po nocnym Wrocławiu, w dniach nagrody Wielkiego Kalibru, której zresztą nie dostała, to jednak została nobilitowana, dostrzeżona, wypchnięta na salony kryminalnych opowiadaczy.

Wydawnictwo Czarne zrobiło mi niespodziankę, z której się ucieszyłem, ponieważ decyzja żeby „zaliczyć” „Wiarę” ugruntowała się we mnie tak silnie, jak strach przed naładowanymi bateriami u Chucka McGilla.

Studio_20170715_135958_resized

Czytanie tego kryminału to podróż nierówna ale wciągająca – znacie ten stan, kiedy pomimo zmęczenia przygodami bohaterów, odkładamy książkę na później, ale wciąż jesteśmy naładowani oczekiwaniem na ciąg dalszy? To samopoczucie przywiązania do bohaterów jest najlepszym wskaźnikiem, czy książka ma dla nas jakiekolwiek znaczenie – w tym przypadku zmagania kapitana Witczaka, niepokoje księdza Marczewskiego i rozterki Hanki Gierasówny, przykuły do lektury skuteczniej niż biografia Prusa.

Zamordowane dziewczyny wzięły się pozornie znikąd. Pamiętajmy, że lądujemy w latach osiemdziesiątych, w zapadłej miejscowości wypoczynkowej o zmyślonej nazwie Rokitnica, ale mniej więcej wiemy gdzie jesteśmy, bo pozostałe otoczenie nam się zgadza, a więc Beskid Żywiecki, zalane w latach pięćdziesiątych wioski, atmosfera siermiężnego wypoczynku i przeniesiona z innego świata budowa elektrowni atomowej.

U Kańtoch pomimo sielskości gorącego lata, narasta poczucie zagrożenia, niczym w „Lśnieniu” Kubricka. Strach ma podłoże w nieznanym, w tajemnicy, która odsyła nas do odległego w czasie makabrycznego morderstwa, którego mrocznym odpryskiem jest los niewinnych dzieci. Autorka postanawia wszystko zagmatwać, czasem trudno się połapać, który wątek da nam rozwiązanie zagadki. Przyznaję się, że postawiłem na niewłaściwego „konia” typując mordercę. Roiły mi się jakieś sekty, przymierzałem się do winy Kościoła, (jakże modna ścieżka rozumowania), ale kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, zrozumiałem, że Kańtoch poszła w system zakładający, że mordercą jest osoba najmniej podejrzewana.

Podoba mi się u Kańtoch to nie silenie się na łatwiznę, założenie, że Hanka jest brzydka, „chuda jak wykrzyknik”, ma podłużną twarz i fatalne zęby, że Witczak w życiu nie będzie z nią flirtował, co mogłoby się wydarzyć u pospolitego literata, i że Witczak jest taki nijaki, ze śmierdzącym papierosami oddechem i tajemnicą rodzinną, każącą mu czytać w wolnych chwilach Pana Samochodzika.

Anna Kańtoch nie krzywdzi Kościoła – jej ksiądz jest podejrzanym, któremu nikt nie wierzy, że mógłby zabić, a jego młody pomocnik grzeszy z głupoty. Każda z postaci obciążona jest przypadłościami, które czynią z nich bohaterów z „krwi i kości”, a ponieważ narracja odbywa się z pozycji poszczególnych osób, możemy zagłębić się w ich myślach i uczuciach. Do tego otrzymujemy duszną atmosferę małomiasteczkowych tajemnic, o których wszyscy wiedzą, ale nikt nie będzie o nich opowiadał, trwogę, którą potęguje przyroda: te chaszcze, nasypy kolejowe, jakieś krzyże od lat zapomniane, ciemny las, jezioro, które na ostatnich stronach przekręci wszystko o 180 stopni.

Nie czepiając się wątpliwej motywacji mordercy, pajęczej sieci powiązań z przeszłością, prawdopodobieństw zdarzeń, zdolności dedukcyjnych milicjantów, zaangażowania i metod, a więc nie wytykając słabości autorce, bo przecież kto ich nie ma, mogę napisać z czystym sumieniem, że Anna Kańtoch sprawdziła się na polu kryminalnym. Nie posądzajmy jej o błyskotliwość, nie spodziewajmy się fajerwerków na miarę Lemaitre czy Nesbo, doceńmy ten styl, doskonale umocowany w polskiej szkole pisarzy kryminalnych, stworzonej przez takich prekursorów jak Helena Sekuła czy Zygmunt Zeydler-Zborowski.

Kolejny tom po „Łasce” i „Wierze” może mieć tytuł „Zbawienie” lub „Przeznaczenie” – wszystkie nawiązują do terminologii katolickiej i ciekawi mnie ten trop w twórczości autorki. Ksiądz i jego rozterki, w tle morderstwa, duszna atmosfera, małomiasteczkowość i ludzkie słabości. Czyż nie przyszedł czas, żeby absolwentka arabistyki zmierzyła się z rzeczywistością tu i teraz?