Wielki pustynny szlem.

Dla biegacza amatora czytanie o ekstremalnych biegach, ultra maratonach albo wymyślanych coraz częściej egzotycznych wycieczkach biegowych, jest zajęciem mocno pobudzającym do zintensyfikowania treningu lub nieświadomie dołującym przyczynkiem do zastanowienia się nad celowością dalszego kontynuowania zabawy w bieganie. Kiedy dostałem książkę od wydawnictwa, zastanawiałem się kiedy ją przeczytać i co zrobić, żeby ją w ogóle ukończyć. Zapakowana do podręcznego bagażu w czasie lotu do Madrytu i z powrotem, miała zdać egzamin w przestworzach – mogłem zagłębić się w przeżywanie losów bohaterów albo zasnąć z książką na kolanach.

Studio_20161017_220437_resized

Cztery pustynie, czyli 4 Desert Grand Slam, to elitarny cykl czterech biegów, składający się na tysiąckilometrowy wyścig w najbardziej ekstremalnych miejscach na ziemi. To wieloetapowe zawody pod Saharze, Gobi, Atakamie i Antarktydzie.  Andrzej Gondek, Daniel Lewczuk i Marek Wikiera, jako pierwsi Polacy ukończyli cykl 4 Deserts Grand Slam. Nie tylko przebiegli 1000 km przez pustynie, zamykając symboliczną pętlę wokół Ziemi, ale kończąc jeden z najtrudniejszych wieloetapowych, ekstremalnych ultrabiegów świata, weszli do elitarnego grona Grand Slam, czyli znaleźli się w międzynarodowej grupie 47 biegaczy, którzy skompletowali medale uczestnictwa w czterech biegach w jeden rok. Ich relacje zebrał Paweł Oksanowicz, a wydawnictwo nie żałowało pieniędzy na błyszczący papier i bogaty zestaw kolorowych zdjęć. Książka wyróżnia się starannym wyglądem i daje nadzieję na ekscytującą lekturę. Czy do końca jesteśmy usatysfakcjonowani? Zależy czego szukamy w tego rodzaju pozycjach: jedni preferują reporterską relację z opisami zmagań, a dla innych to metafizyczna strona walki z samym sobą stanowi o atrakcyjności lektury.

W książce trzech herosów mamy to wszystko przemieszane. Kiedy wciągamy się w zmagania Daniela, którego sukces wydawał się najmniej prawdopodobny, ocieramy się bardziej o walkę z samym sobą, kiedy czytam Andrzeja, wchodzę na ścieżkę sportowej rywalizacji. Marek wraca do nas przy okazji ostatniego wyścigu po Antarktydzie, ale wtedy ja już tęsknię za Danielem, który zafascynował mnie podejściem do tego wyzwania, którego tak naprawdę nie miał prawa ukończyć z racji swojej fizyczności i przygotowania, a jednak dokonał tego dzięki sile woli i samozaparciu. Mówi się, że najlepsi biegają głową, a nie nogami i jest w tym bardzo dużo prawdy – swój wyczyn Daniel zawdzięcza właśnie silnej psychice.

Tego rodzaju wyprawy biegowe zarezerwowane są nie tylko dla herosów wytrzymałości, ale przede wszystkim dla ludzi z dużą rezerwą finansową. Nasi bohaterowie to biznesmeni: Andrzej Gondek jest dyrektorem firmy farmaceutycznej, Daniel Lewczuk prezesem firmy w branży executive search       (cokolwiek to znaczy), a Marek Wikiera przedsiębiorcą w branży ochroniarskiej. Ich wyjazdy w ciągu jednego roku wiązały się również z wyrzeczeniami związanymi z pracą zawodową, a jednocześnie dawały niezwykłego kopa ich wyobraźni i modelowały od nowa podejście do pracy zawodowej.

Czytając o zmaganiach śmiałków z Polski docieramy również do dramatycznej historii czwartego uczestnika, którego realizację planów zdobycia wielkiego szlema przerwała śmierć. Marcin Żuk miał być jeszcze jednym bohaterem tego wyczynu, ale ukończył jedynie pierwszy etap. Trochę go brakuje w tej książce, jakby koledzy zapomnieli z kim zaczynali, trochę brakuje nam wyjaśnień i przyznaję, że szukałem na kartach książki szerszej informacji o tym jak koledzy zareagowali na śmiertelną chorobę Marcina. Być może gdzieś tam czai się podskórny wątek, o którym nie chcieli pisać ani mówić – pewnie to ich prawo. Czytelnik zapewne będzie się zastanawiał nerwowo i szukał tej czwartej sylwetki na zdjęciach.

Książka szczęśliwie przetrwała lot do Madrytu i z powrotem – ukończyłem ją tuż przed lądowaniem w Polsce. Pozostawia pewien niedosyt z racji swojej chaotyczności, ale może to wynik relacji, która jest połączeniem trzech „tenorów”, gdzie każdy interpretuje zdarzenia po swojemu. Na końcu ma się wrażenie, że jeśli zechcemy, jesteśmy w stanie również to zrobić – nic bardziej mylnego. Wczytując się w te relacje napotkamy dramaty wytrawnych biegaczy, historie udręki ale i ekstazy, bólu i krwi wylanej na trasie. Biegnie się na własną odpowiedzialność i nic nie uchroni tych słabszych od tragedii. Ludzie podejmują się ekstremalnych wyzwań nie dlatego, że są silni, ale po to, żeby pokonywać własne słabości. Dlatego właśnie historia Daniela jest tutaj sednem, przynajmniej dla mnie. Reszta to codzienność, choć nie dla wszystkich jednakowa.

Czerwone złoto czyli tuńczyk.

Jedzenie w dzisiejszych czasach urosło do rozmiaru fetyszu – oczywiście dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na kulinarne ekstrawagancje, a nie dla pochłaniaczy budżetowych złotówek z pokolenia 500+. Jedzenie przekombinowanych potraw zamiast schabowego z kapustą, to jeszcze jest nic, bo przecież restaurowali się już starożytni, ale gotowanie samodzielne – to już jest jak perwersja, która opanowała nawet tych, których byśmy nie posądzili o to, że potrafią posolić zupę. Facebook pełen jest przepisów z wyrafinowanymi potrawami, przewyższających chyba nawet ilość zdjęć z pieskami i kotkami. Czyli gotowanie wciągnęło i przyjęło się na salonach, stąd powstać musiał kryminał kulinarny, w którym piszemy o mordowaniu, a do tego gotujemy, jemy i zgłębiamy rynek restauracyjny.

Tom Hillenbrand pojawił się u nas we wrześniu z premierowym odcinkiem przygód sympatycznego luksemburczyka Xaviera Kieffera. W tym pierwszym chyba na naszym rynku kryminale kulinarnym, intryga opakowana była jedzeniem i takie połączenie sprawdziło się dzięki talentowi autora oraz jego kulinarnej pasji. „Diabelski owoc” był uroczą odskocznią od mrocznych historii Skandynawów i siermiężnych polskich ksenofobów-podpalaczy. Wydawnictwo Smak Słowa (słowo „smak” w nazwie zobowiązuje) rzuciło od razu drugą książkę Hillenbranda i jeśli ktoś zagapił się na pewno znajdzie je obie na przepełnionej półeczce księgarskiej. Warto kupić z miejsca obie i przeczytać jednym ciągiem – gwarantuję lekką i sprawnie podaną przyjemność.

20161028_185604

Nasz luksemburczyk zdobył serce francuskiej milionerki, co było nie lada wyczynem, bo ani nie jest młody, ani wysportowany, nie mówiąc o tym, że nie bogaty. No ale niech tam, zdarzają się takie związki na odległość, (choć nie wróżyłbym im zbyt dobrej przyszłości), bo panna w Paryżu rządzi wielką firmą, ale od czasu do czasu udaje im się wyskoczyć na romantyczny weekend (a jednak można). W czasie takiego paryskiego spotkania w muzeum impresjonistów, burmistrz Paryża organizuje przyjęcie dla wybranych, w trakcie którego pada martwy mistrz sushi Mifune – zatruł się rybą. Wybucha skandal, ponieważ wiadomo, że Mifune nie mógł sam się otruć, a do tego przeciwnicy polityczni burmistrza oskarżają go o profanację muzeum, gdzie urządzono wystawny obiad. Oczywiście u nas jest to nie do wyobrażenia – gdyby HGW urządziła w Muzeum Narodowym skromny poczęstunek z pierogami ruskimi, wywieźli by ją na taczkach przed końcem kadencji.

Burmistrz jest zdeterminowany, żeby jak najszybciej wyjaśnić sprawę morderstwa i oczywiście zleca zadanie naszemu Kiefferowi. Ten rzecz jasna, dzięki swoim rozległym znajomościom w świecie gastronomii, szybko wpada na trop nielegalnych hodowli tuńczyka, który jak wiadomo, nie znosi niewoli i sztuką jest stworzyć mu warunki, pozwalające uzyskać doskonały produkt. Tuńczyk błękitnopłetwy to czerwone złoto, najdroższa ryba świata – na słynnym tokijskim targu Tsukiji jego licytacje przyciągają nie tylko turystów. Odwiedzając to targowisko po godzinach pracy, widziałem wielkie ciężarówki, załadowane towarem po brzegi, ale większe wrażenie z pewnością robią okoliczne jadłodajnie, oferujące najświeższą porcję tuńczyka do zjedzenia na miejscu.

Czytając „Czerwone złoto” dostajemy porcję informacji o kulisach handlu rybą, przy okazji dowiadując się jak łatwo wyprowadzić w pole europejskich urzędników. Nie wiem na ile prawdziwe są dywagacje na temat rynku tuńczyka, a raczej próby hodowli wybrednej ryby, opisy ukrytych przed światem, gdzieś na zapomnianych wyspach, poza wszelką jurysdykcją, wielkich laboratoriów hodowlanych – być może to tylko fantasmagorie, które kiedyś mają szanse na spełnienie, ale wizje przytłaczają nie tylko smutkiem zmechanizowania hodowli, ale głównie brakiem recepty na ukrócenie tego rodzaju praktyk.

Książka jest dynamiczna i dzieje się w niej wiele, bohater jeździ, rozmawia, kupuje nawet tuńczyka, dzięki pieniądzom burmistrza. Nie może też zabraknąć sensacyjnej przygody, skradania się, grożenia, morderstwa sprokurowanego w oryginalnej scenerii, a także mrożącej krew w żyłach wyprawy luksemburczyka na wyspy greckie, gdzie pokazuje jaki jest sprytny, a przeciwnik niemrawy. Taki zastrzyk awanturnictwa z przymrużeniem oka, spycha lekko dzieło Hillenbranda na manowce gustów niewysmakowanych, ale przecież smaczków w książce nie brakuje i są to nie tylko smaki dla miłośników surowej ryby.

Oszałamiającym przeżyciem jest opis zjadania nielegalnej w krajach UE potrawy z trznadla zwanego także ortolanem, którego zresztą najwięcej podobno jest w Polsce (20% populacji europejskiej żyje u nas). Po jej zjedzeniu Kieffer rzyga dalej niż widzi, co mnie nie dziwi, ponieważ jedzenie czegoś takiego to nie tylko wątpliwej jakości smak, ale przede wszystkim barbarzyństwo, z racji metod przygotowania. Ptaszki chwyta się w sieci, a następnie wykłuwa się im oczy, żeby zamknąć w ciemnym pudle i karmić prosem i figami, aż będą odpowiednio spasione, po czym topi się je żywcem w armaniaku i wkłada na parę minut do piekarnika w całości. Przed jedzeniem należy zakryć głowę chustą i konsumować. Opisy smakowe? Proszę bardzo: „Wkrótce goryczka wnętrzności zacznie Cię przytłaczać, jest to cierpienie Jezusa. Potem pokruszysz zębami delikatne kosteczki które zaczną ranić Twoje dziąsła i poczujesz słony smak swojej krwi wymieszanej z bogatym smakiem tłuszczu i goryczą wnętrzności. To Duch Święty, tajemnica Trójcy, trzy zjednoczone w jedności.”

„Czerwone złoto” to lektura łatwa i przyjemna, a do tego okraszona opisami potraw, po których jednak ślinka może cieknąć, w odróżnieniu od powyższego. Do tego sympatyczny bohater, piękna paryżanka i beztroska, której trudno szukać w naszych rodzimych kryminalnych historiach detektywistycznych. Warto po nią sięgnąć po zjedzeniu świątecznego  karpia, żeby doświadczyć czegoś więcej, niż tylko opisów smaku zapiekanek z keczupem.

Pójdź na sąd boży.

Ziomecki, niczym Katarzyna Bonda, pisze cykl, który nazwał „Elementy zbrodni”. Będzie się składał z czterech części –  pierwsza nosiła tytuł: „Umierasz i cię nie ma”, a najnowsza to „Pójdź na sąd boży”. Nie wiem skąd Ziomecki bierze te tytuły, czy są to cytaty biblijne czy literackie – doprawdy nic nie przychodzi mi do głowy. Ale to nie jest chyba najważniejsze.

Autor pokazuje nam całą historię w krótkich odsłonach, tytułując kolejne rozdziały godziną podaną co do minuty oraz szczegółowym opisem miejsca, gdzie akurat rozgrywa się akcja. Trochę to na wyrost, lekko naciągane, ale to częsty chwyt autorów, zwłaszcza powieści kryminalnych – czytelnik lubi taki konkret, dopasowanie czasu i miejsca. Nie wiem tylko, po co pierwszy rozdział jest Prologiem, ponieważ nie jest wyjątkowy, nie dzieje się tam nic szczególnego i doskonale mógłby stanowić po prostu pierwszą część książki. W tym pozorowanym prologu, Ziomecki przedstawia nam rzecz jasna trop, zapowiedź historii, i gdyby to rzeczywiście miało jakiekolwiek znaczenie, mógłbym uznać konieczność specjalnego wyróżnienia tego rozdziału – niestety, czytając kolejne strony, widzimy jak Ziomecki rozwiewa nasze nadzieje, a szantażysta, wyeksponowany na początku, okazuje się nic nie znaczącym epizodem.

okladka_POJDZ_NA_SAD_BOZY_druk.indd

Więc o co chodzi w tej opowieści? Czytelnicy poprzedniej, pierwszej części „Elementów zbrodni”, poznali bohatera o wdzięcznym nazwisku Medyna oraz jego żonę i brata. Teraz małżeństwo prowadzi pensjonat, a nasz Medyna do tego znalazł sobie kochankę a brat wplątał się w ciemne interesy. Żona w sumie ma najgorzej, ponieważ dobrzy ludzie donieśli jej o zdradach męża, a swoje żale biedna kobieta wylewa w pamiętniku, którego kolejne odsłony poznajemy – jest to lekko irytujące, jak mężczyzna pisze o tym, co myśli kobieta, podejrzewając mężczyznę o zdradę. Historia rozkręca się niemrawo i do pewnego momentu nie wiemy, co będzie głównym wątkiem akcji: czy wyplątanie durnego brata z układu z szemranym biznesmenem, czy też zlecenie dla byłego policjanta, polegające na odnalezieniu mordercy pięknej, choć puszczalskiej dziewczyny.

W tym drugim wątku dostajemy szczegółowe opisy małomiasteczkowych orgii  – wspomniana dziewczyna, z nieznanych bliżej przyczyn, rozsmakowała się w zbiorowych ekscesach seksualnych i nie potrafi odmówić nikomu. Jej koniec, przyznajmy, dosyć spektakularny, jest wyrzutem sumienia dla umierającego bogacza, więc Medyna załapuje się na fuchę, dzięki której zarobi trochę grosza odnajdując rzeczywistego mordercę pięknej latawicy. W międzyczasie sprawnie rozprawia się z bandziorami nasłanymi przez bogatego biznesmena i udaje mu się uratować brata.

To się czyta bardzo przyjemnie, dzięki krótkim rozdziałom. Od połowy książka nabiera tempa, a miłosne rozterki Medyny schodzą na dalszy plan. Trzeba przyznać, że chłopina usiłuje wzbudzić naszą sympatię, ale raczej stajemy po stronie jego żony – choć łzawa scena rozstania z kochanką przyprawia nas o uśmiech politowania, to marny koniec związku bohatera nikogo nie zdziwi.

Oczywiście w kolejnych częściach spotkamy się z pewnością z próbami odnowienia tego skomplikowanego małżeństwa, będziemy zmuszeni znosić wyskoki brata Medyny, ale ja bym raczej liczył na sprawną i wciągającą intrygę kryminalną, dzięki której Ziomecki zaskoczy nas błyskotliwą konstrukcją i rzetelnym opisem.  Pasja jest –  tylko umiejętności jeszcze szwankują. Chyba, że autor celuje w podróżnych, przemieszczających się po trwających kilka godzin trasach kolejowych i szukających czegoś poza wpatrywaniem się w ekran smartfona. Niestety, grupa ta wymiera w tempie geometrycznym, więc czytelnicy literatury wagonowej, dla których liczy się łatwa i szybka lektura, a jednocześnie klienci Ziomeckiego, mogą nie doczekać ostatniej części sagi.

Kukuczka.

Góry najwyższe zawsze mnie fascynowały. W latach osiemdziesiątych mogłem jeździć tylko w Tatry i kolekcjonować górską biblioteczkę. Kupowałem Taternika bez ambicji studiowania ekstremalnych przejść, ale żeby zanurzyć się w relacjach himalaistów ze zdobywania kolejnych ośmiotysięczników. To był złoty okres naszych sukcesów w najwyższych górach. Podziwiałem Wojtka Kurtykę, ponieważ podobała mi się jego filozofia podejścia do wypraw, a kiedy z Kukuczką stworzyli wspinaczkową parę, zdawało się, że lepszych nie ma i nie będzie. A potem wybuchła czarna seria śmierci w górach, kiedy straciliśmy najlepszych, zwieńczona odejściem tego, który zdawał się nieśmiertelnym. Śmierć Kukuczki to był cios w polski himalaizm, po którym nic już nie było jak dotąd.

Książka Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego jest biografią człowieka, którego podziwialiśmy bezgranicznie za upór, determinację i sukcesy. Pogoń za Reinholdem Messnerem, z góry przegrana, a jednak elektryzująca, podniecająca jakimś egzotycznym posmakiem, nie mieszczącym się w głowie przeciętnego mieszkańca bloku, ustawiała Kukuczkę w poświacie nadczłowieka, który może wejść wszędzie. Wydaje się, że Kukuczka przegrał z Messnerem podwójnie – nie zdobył korony Himalajów jako pierwszy, a co najważniejsze nie przeżył. Czytając tę biografię widać jak na dłoni, że nie miał szans w obu tych konkurencjach. O ile w pierwszym przypadku, można usprawiedliwić pogoń za Messnerem i wykazać, że Polak miał trudniej, że zrobił to szybciej, nowymi drogami, to ostateczna porażka zniweczyła wszystko. Kukuczka przegrał bo zginął, a zginął, bo wmówił sobie, że jest nieśmiertelny, a los go nie wybierze, jak innych, którzy umierali obok niego, jakby wskazujący palec Boga niedowidział, jakby nie wierzył w przeznaczenie, które oślepił blask jego sławy i siły.

Studio_20161119_184926

„Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” to powrót do przeszłości – trzydzieści lat to jednak kawał czasu – zmieniło się wszystko, nie tylko zdobywanie szczytów, ale i filozofia wspinaczki w najwyższych górach. Ostatnie śmierci naszych himalaistów sytuują się już jakby w innej rzeczywistości, odzwierciedlają odmienne podejście do solidarności w górach, a z drugiej strony są taką samą traumą dla kolegów i najbliższych. Przewartościowanie filozofii wyznaczonej przez Wawrzyńca Żuławskiego, że kolegi nie zostawia się w górach, nawet jeśli jest bryłą lodu, zaprzeczenie heroizmowi Klimka Bachledy, doprowadziło do dyskusji, czy coś zostało jeszcze z tej romantycznej wizji braterstwa w ratowaniu przyjaciela, kiedy własne życie jest zagrożone.

Książka jest fascynującą opowieścią o człowieku, który wszystko podporządkował górom. Śledzimy jego losy w skupieniu, żeby wyłapać wszystkie te cechy, które umożliwiły mu zwycięstwa w górach najwyższych. Od pierwszych emocji, które poczuł wspinając się w skałkach jako członek Harcerskiego Klubu Taternickiego, aż po wyprawę na południową ścianę Lothse. Jeśli Kukuczka bierze udział w wyprawie, to wiadomo, że sukces będzie wydarty nadludzkim nieraz wysiłkiem – nie wszyscy wytrzymują tę presję, partnerzy Kukuczki giną, podczas kiedy on sam, obdarzony niezwykłą siłą, ale i ogromnym szczęściem, wychodzi zawsze cało z opresji. W pewnym momencie pozycja Kukuczki staje się niewygodna dla środowiska, a sposoby uczestnictwa w wyprawach budzą niesmak i zazdrość – przyjeżdża na gotowe, nie pomaga w zakładaniu obozów – liczy się tylko zdobycie szczytu.

Najbardziej interesującym wątkiem tej biografii jest konfrontacja dwóch światów: Jerzego Kukuczki oraz Wojciecha Kurtyki. Jeden jest inteligentem, zanurzonym w mistycznym odczuwaniu gór, autorem swoistego manifestu filozoficznego, gdzie wyłożył własną teorię wspinaczki, a drugi to prosty chłopak, odrzucający całą tę otoczkę, w której zanurzył się Kurtyka, piszący w swoim pamiętniku: „Moja dewiza życiowa: stój twardo na ziemi, nie wpuszczaj się w kanały różnych teologii alpinistycznych, różnych teoretyków. Pamiętaj, podstawą alpinizmu, himalaizmu jest wspinaczka, dążność do góry. Reszta o brednie, trele-morele, które usprawiedliwiają słabość.”

A jednak ci dwaj dokonali niezwykłych przejść Gaszerbrumów i Broad Peaka, stworzyli parę doskonale się uzupełniającą, jakby siła, wespół z rozumem, postanowiły zdobyć w górach wszystko co najlepsze. Kurtyka jednak nie wytrzymał presji Kukuczki – zrezygnował, ponieważ chciał żyć, ponieważ to parcie Kukuczki było czasem poza zdrowym rozsądkiem.

Przyznaję, że bliżej mi do postawy Kurtyki, gdzie nie ma miejsca na „za wszelką cenę”, ale to nie przeszkadza mi podziwiać osiągnięć Kukuczki, który był z pewnością największym polskim himalaistą.

Niestety: był.

Książka „Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” do kupienia w Taniej Książce

Meksyk od podszewki.

Meksyk był pierwszym poważnym wyzwaniem w mojej podróżniczej przygodzie – pojechałem tam, kiedy bilety lotnicze nie były tak tanie jak teraz, a o samodzielnym podróżowaniu śnili jedynie nieliczni. Lubię poczytać przed wyjazdem o odwiedzanych krajach, ale tak naprawdę prawdziwą przyjemność daje jedynie smakowanie lektury w miejscach, które książka opisuje. Dlatego „Szachinszacha” czytałem w Iranie, „Cesarza” w Etiopii, a „Dzienniki japońskie” Milewskiego w Tokio. Co czytałem w Meksyku ? – nie pamiętam, zapewne był to jakiś ilustrowany przewodnik. Dla planujących wyjazd do ojczyzny Majów i Azteków, książka Sylwii Mróz zdaje się być idealnym kompendium wiedzy o tym wielkim i różnorodnym kraju.

okladka_Pejza bez kolców.indd

„Pejzaż bez kolców” napisała korespondentka polskiego radia z Ameryki Centralnej, prywatnie związana z Meksykaninem, zakochana w tym kraju, czego daje dowody na kartach książki. To nie jest powieść przygodowa, nie jest to książka podróżnicza w dosłownym tego słowa znaczeniu – to raczej przewodnik, zbiór najważniejszych informacji o miejscu, do którego wszyscy chcieliby kiedyś pojechać, ale się boją, albo im się nie chce.

Osobisty stosunek autorki do Meksyku, gubi się czasem w encyklopedycznych faktach, które bez skrupułów przytacza, jakby opętała ją żądza przygotowania zestawienia wszystkiego, co tylko może się przydać zagubionemu turyście. A przecież encyklopedii nie da się czytać bez narastającego znużenia. Jak więc rozgryźć tę pozycję, jak do niej podejść, jak ją w końcu czytać?

Jedynym rozwiązaniem jest zabranie „Pejzażu bez kolców” ze sobą do samolotu – kilkugodzinna podróż to najlepszy czas, żeby przeczytać o historii Meksyku, o Olmekach, konkwiście, dyktaturze, rewolucji – znużeni faktami i samolotowym jedzeniem, szybko zapadniemy w płytki sen, w oczekiwaniu na lądowanie. Możemy też pooglądać liczne i kolorowe zdjęcia – niebawem sami będziemy podobne wrzucać na Instagram. Autorka nie odmawia sobie dodania  na końcu rozdziału kilku ciekawostek, typu: czy wiecie, że przed najazdem Hiszpanów  Indianie nie znali koła?

Już w Cancun możecie zabrać się za rozdział o kuchni meksykańskiej – polecam jedzenie na ulicy, gdzie w przenośnych budkach, na wózkach, przygotują Wam niesamowite tacos, po które możecie wyjść na ulicę praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Mróz daje nam pełny obraz meksykańskiej kuchni – co więcej, wspomina również o polskich restauracjach, serwujących dania z tego regionu. Ciekawych magicznych obyczajów, religijnych uniesień, czy barwnych świąt, odsyłam do następnego rozdziału, z którego już niedaleko do rękodzieła, meksykańskiej tożsamości czy mariachi.

Nie zabraknie również nawiązania do polskości w Meksyku, uwielbieniu tam naszego papieża, czy znanych Polaków, którzy z tym krajem się jakoś tam związali. Na koniec rekomendacje, czyli jakie filmy oglądać, jakie książki czytać, a jakiej muzyki słuchać. Bibliografia jest na tyle obszerna, że można sobie wyszukać książki z obszarów, które nas szczególnie zachwyciły.

Osobiście będąc w listopadowym okresie swojego życia, charakteryzującym się tym, że nie jem wówczas mięsa, przestudiowałem uważnie rozdział z przepisami kulinarnymi. Jak zrobić wyśmienite guacamole? Proszę bardzo: wybrać dojrzałe avocado, skropić cytryną, rozgnieść, dodać cebulę, chili, pomidora i kolendrę oraz czosnek. Sól i pieprz do smaku i można jeść. Niestety, prawdziwie smaczne i pachnące egzotyką guacamole, zjemy tylko w Meksyku, choć rzecz jasna nie decyduje o tym ani smak ani sposób podania potrawy. Wyruszamy w podróż, żeby odkrywać zapachy i smaki, żeby znaleźć się w magicznym miejscu na mapie i tam zakosztować tego wszystkiego, czego nie mamy na co dzień.

Książka Sylwii Mróz, zadedykowana Bernardowi, jak domyślam się mężowi autorki, niesie ze sobą zapowiedź wszystkich tych namiętności i wrażeń, które odkryje przed nami wyprawa do kraju, który potrafi zafascynować różnorodnością i egzotyką, o czym Mróz informuje nas dogłębnie i choć nie jest to może wyrafinowana lektura na miarę Milewskiego, Thubrona czy Theroux’a, ale daje świetne przygotowanie do rozsmakowania się w kraju, który należałoby odwiedzić przez śmiercią.

Zabójczy tie-break.

Wiktor Wolski powrócił, bo czemuż by nie miał wrócić? Kiedy pisałem o drugim tomie przygód brutalnego policjanta, autor zwierzał się gdzieś, że w trzecim tomie zajmie się kolejną dyscypliną sportu – wszak jest specjalistą od marketingu sportowego – a mianowicie przeczytamy o przekrętach w świecie boksu. A tu niespodzianka, ponieważ afera w Polskim Związku Piłki Siatkowej, natchnęła go do zajęcia się siatkówką, w tym przypadku kobiecą. W Polsce odbywają się Mistrzostwa Świata i przy okazji również wybory prezydenckie. A o tym, że świat sportu i polityki siłą rzeczy musi się przenikać, wie nie tylko Nikodem Pałasz, choć zaserwowany nam układ polityczno-sportowy daleko wykracza poza nasze wyobrażenia o tym, jak bardzo źli ludzie rządza zarówno nami jak i związkiem sportowym. Rzecz jasna, że chodzi o pieniądze i władzę.

No ale w tej grubej książce (teraz nawet autorzy kryminałów, oprócz rzecz jasna Nesbo, ale jemu wolno, muszą wyprodukować co najmniej pięćset stron, jakby wydawca płacił za każdą stronę, a nie za skończony produkt) dostajemy oprócz motywów sportowych i politycznych, również wątki antysemickie, nazistowskie, kikolskie, a także odgrzewaną w każdym tomie niewyjaśnioną sprawę zabójstwa ojca głównego bohatera.

Studio_20161017_221123_resized

Rozpoczynając przygodę z „Zabójczym tie-breakiem” zostałem niepostrzeżenie wchłonięty w sprawnie rozwijającą się akcję, w myślach gratulowałem Panu Nikodemowi, że tak dobrze wszystko się zapowiada, że wzorem starych mistrzów umieścił na początku spis postaci, z którymi się spotkamy na łamach, i że naprawdę Nikodem Pałasz zrobił duży krok, żeby stać się rasowym i ulubionym autorem literatury wagonowej.

Zamordowano izraelską siatkarkę, a ten fakt może skutecznie zniszczyć dobre imię Polski jako gospodarza imprezy o randze światowej, stąd działania wszystkich czynników odpowiedzialnych za organizację zawodów, zmierzają do wyciszenia morderstwa. Wolski cieszy się wolnością i miłością – zrezygnował z pracy i mieszka z Leną, którą wyrwał w poprzedniej książce. A za jego plecami trwa gorączkowa przepychanka w związku z morderstwem: szef związku, o jakże kojarzącym się nazwisku Przegroda, wykłada grubą forsę dla Prezydenta Kirsza, który nerwowo walczy o reelekcję, a pieniądze od szefa związku siatkarskiego mają sprawić, że sprawa morderstwa zostanie wyciszona. Były szef Wolskiego, Morawiec szantażem i obietnicami rozwikłania sprawy morderstwa ojca, zmusza Wolskiego do zajęcia się zabójstwem siatkarki. Powstaje taki zaklęty krąg interesów, gdzie każdy może zyskać, a jedyną poszkodowaną jest nieszczęsna siatkarka, no ale ona jest martwa.

I tutaj naprawdę wszystko mi się podoba, dialogi, rozwój akcji, miłosne igraszki, bankiety i zakulisowe rozgrywki. Sprawny autor. Niestety są też zgrzyty, ponieważ Pałasz aż kipi wiedzą na różne tematy, nie wiem czy on je znajduje w Internecie, czy czyta dużo i nie po łebkach, ale przy każdej okazji musi się pochwalić: a to że wie o co chodzi w Gwiezdnych wojnach, a to znów, że przeczytał Tatarkiewicza. Facet z wypaleniem zawodowym, czyli Wolski toczy głęboką dysputę o szczęściu z profesorem Sołomereckim, i choć to są fajne i ciekawe zagadnienia, to jednak jak ja mam ochotę na filozofię, to sobie tego Tatarkiewicza czy Azaisa lub Chamforta, Schopenhauera albo La Rochefoucaulda, czy innego diabła, wezmę z półki, bo mam. A tu Pałasz nam prowadzi dyskusję i bryluje i padają tezy, nazwiska i cytaty, robi się głęboko, a jednak nie bardzo. A dlatego nie bardzo, bo przeziera przez te fragmenty chęć pokazania się, powiewają pawie pióra Nikodemowe, zdając się nam krzyczeć: patrzcie jaki jestem elokwentny. Nuda, panie, nuda. Ja się wziąłem za kryminał, a rozważania o poezji Krasińskiego niekoniecznie chciałbym tu spotkać.

Oczywiście że się czepiam, czepianie się to moja druga natura, ja bym się i Pilcha uczepił, choć może ze strachem. W każdym razie kryminał jest wciągający, Wolski zna wszystkich i wystarczy jego jeden telefon, żeby dostać od swojego opiekuna, milionera Grabka, zresztą również zainteresowanego wynikami wyborów prezydenckich, tyle kasy ile tylko będzie chciał, wystarczy uruchomić swoich znajomych, a to w USA, a to w Anglii, żeby też pomogli; samochód potrzebny – proszę bardzo, od czego są znajomości i już nasz były policjant jeździ sobie porsche, przy okazji dostarczając nam wykład o modelach tej marki. Oj za dużo wie ten Pałasz, za dużo. Koniec zgryźliwości.

Czy te układy w świecie władzy są aż tak przerażające – nie wiem. Nie sądzę, żeby na szczytach polityki działy się takie brudne przekupstwa, machloje i szantaże. Przerysowanie nadaje tej powieści smaczków, odrealnia nam lekko kulisy sprawowania władzy. Wyczyny Wolskiego pokazane są sprawnie a odrzucając jego bondowską zapalczywość, dostalibyśmy żmudną orkę komisarza Maigreta, a przecież nie o to tutaj chodzi – ma być ostro i namiętnie.

Skróciłbym tę książkę o jakieś dwieście stron, wyczyścił z tych wszystkich wykładów, które są nam serwowane i wówczas z czystym sumieniem czekałbym na kolejny tom  przygód Wolskiego, zwłaszcza że sytuacja, którą zastaniemy na ostatnich stronach nie napawa optymizmem. No ale „show must go on”, i wkrótce na pewno dowiemy się jakim sportem tym razem uraczy nas Pałasz. Znając jednak kondycję naszego boksu, sugerowałbym raczej zająć się lekką atletyką albo kolarstwem, gdzie ostatnimi czasy dużo się dzieje, zwłaszcza w sferach dopingowych. Nie mówiąc już o kremach do ust, które właśnie wyeliminowały Justynie Kowalczyk największą rywalkę.

Polska kuchnia. Rozsmakuj się w tradycji.

Co to znaczy polska kuchnia i które potrawy do niej zaliczamy? W tej cienkiej, ale za to kolorowej książce, znajdziemy przepisy na typowe smaki, kojarzone z potrawami z dzieciństwa, choć coraz częściej kulinarne dzieciństwo, kojarzone jest z pizzą i McDonaldsem.

To trochę dziwaczna książka, gdzie nie zostaniesz raczej zaskoczony perwersyjnym przepisem na krupnik, czy szaloną modyfikacją w zimnych nóżkach – jak tradycja to tradycja. Wszystko musi być standardowe i brak tu miejsca na udziwnienia, czy nowe pomysły na pierogi ruskie. A więc na początek zupy, oczywiście te podstawowe, zupy z mlecznych barów, gdzie tli się jeszcze światełko z potrawami, które serwowane są na niedzielnych obiadach. Ile potrafimy wymienić zup podawanych na co dzień? Barszcze, botwinka, ogórkowa, krupnik, grzybowa, grochówka (w której „eleganckiej” restauracji zaproponują nam grochówkę?), kapuśniak, flaki i oczywiście rosół. A zalewajka, szczawiowa, owocowa czy pomidorowa, choć ta ostatnia pojawia się w postaci wykwintnych kremów w wielu miejscach?

Polska kuchnia. Rozsmakuj się w tradycji_okładka

Przepisy są proste i proponowane w tej książce w nietypowy sposób, ponieważ autorka wszystko dokładnie nam rozrysowuje kreską dziecinną, prawie schematyczną, pokolorowanymi obrazkami chleba, warzyw i przypraw. Każdy rozdział rozpoczyna przysłowie: „Bez wołu nie będzie rosołu” – to przy zupach; „Do pełnej miski łatwo o pyski”, „Ryby, choć dobre, trzeciego dnia się przejadają” i moje ulubione: „Kto często jada łakocie, może się znaleźć w kłopocie”.

Oczywiście to nie jest pozycja do czytania – raczej do przeglądania, a właściwie do zaglądania. Odrzucając podstawowe fakty zawarte w przepisach, o których nawet mało zaawansowany kucharczyk wie od dziecka, można sięgnąć po książkę Pani Furgalińskiej w przypadku zawahania, stuporu mózgowe przy ważeniu żuru, czy żeby sobie przypomnieć proporcje. Zresztą, nie oszukujmy się, to nie jest książka dla pasjonatów sztuki kulinarnej, dla koneserów, którzy już zęby zjedli na przyrządzaniu dań dla swoich ukochanych – to jest podręcznik dla dyletantów, wprawka dla tych, co nigdy nie trzymali w ręku kawałka surowego kotleta schabowego, a chcieliby wreszcie ruszyć w drogę kulinarnych wyczynów. Od czegoś trzeba zacząć – czemu nie od powszechnie znanych od lat kopytek, pierogów, śledzi w śmietanie czy ćwikły z chrzanem.

Joanna Furgalińska, to absolwentka Katowickiego Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Specjalizuje się w litografii barwnej, ilustracji książkowej i malarstwie. Miała wiele wystaw indywidualnych, między innymi dwukrotnie w Ottawie (grafika), dwukrotnie w Amsterdamie (grafika) i wielu innych miejscach. Jest autorką ilustracji do kilkudziesięciu książek. Wydała kilka autorskich książek dla dzieci. Jest także autorką pozycji „Ślónsko godka – ilustrowany słownik dla Hanysów i Goroli”, oraz książki kulinarnej „Ślónsko kuchnia. Dla Hanysów i Goroli”. Prace autorki znajdują się w zbiorach muzealnych w kraju oraz w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.

Te przepisy znajdziemy wszędzie: od słynnej pozycji Ćwierczakiewiczowej „365 obiadów za 5 zł”, po wydawane masowo tomy „Kuchni polskiej”. Zastanawiałem się nawet, czy to książka dla mnie, zwłaszcza gdy dotarłem do przedostatniej na liście jajecznicy ze szczypiorkiem. Przepis, a właściwie rysunek patelni, jajek i szczypiorku oraz wskazówki, żeby jajka rozmieszać a szczypiorek pokroić, lekko mną wstrząsnęły. Ochłonąłem dopiero po przestudiowaniu przepisów na ciasta, które są najbardziej rozbudowane i czasochłonne, ale dają również coś, z czym się dotąd nie spotkałem: ciastka ze skwarek! I teraz brakuje mi odniesienia do tej potrawy, bo przepisy przepisami, ale przydałoby się jeszcze po kilka zdań na temat każdej potrawy, może jakaś ciekawostka, żart, czy historyczna prawda?

W każdym razie kładę książkę na półkę w kuchni do szybkiego sięgnięcia, jeśli zapomnę czegoś w przepisie na tatara; kładę ją obok Neli Rubinsteinowej, obok zeszytów z przepisami. Bo jak pisze autorka: „ Bądźmy dumni z naszego dziedzictwa. Rozsmakujmy się w tradycji. To nie jest trudne. Zobaczcie. Zróbcie. Zjedzcie.”

Czas nielegałów.

Ta książka przeleżała się na mojej półce dwa miesiące –niesłusznie, ponieważ jest świetnie napisana i dla zainteresowanych pracą wywiadów, a przecież tych nie brakuje, w kraju położonym między dwoma silnymi decydentami polityki światowej, a do tego kraju o określonej historii, więc dla tych wszystkich pasjonatów, „Czas nielegałów”, czyli krótki kurs kontrwywiadu dla amatorów, jest niezwykle przystępną lekturą, odsłaniającą kulisy funkcjonowania służb specjalnych.

Piotr Wroński zadedykował swoją książkę tym, „którzy codziennie walczą o nasze bezpieczeństwo, znosząc cierpliwie polityków i biurokratów”. Zawsze dziwiło mnie piętnowanie służb specjalnych oraz osób, które zdecydowały się pracować dla wywiadu własnego kraju – współpraca taka postrzegana jest jako coś haniebnego i wstydliwego, i fakt ten zawsze wywlekany jest w celu skompromitowania delikwenta – być może rzutuje tu fakt, że kiedyś praca dla PRL- owskiego aparatu, to było niejako podporządkowanie się wschodniemu interesowi. Lubimy czytać sensacyjne książki z agentami w tle, ale nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego.

20160904_141214_resized

Książka poprzedzona jest wstępem Witolda Bagieńskiego, historyka IPN-u, znawcy tematu konfidentów oraz pracy wywiadu PRL. Bagiński wskazuje na cel powstania tego wydawnictwa, nie będącego opracowaniem historycznym, a jedynie popularyzatorskim – jeśli oczywiście tego typu tematykę można tak określić. We wstępie sam autor przyznaje się do swojej niewiedzy, w co można powątpiewać, domyślając się, że nie wszystko da się i można tutaj powiedzieć, oraz że czuje się niczym Stanisław Lem piszący o książkach, które nigdy nie powstały. Nikt nie jest w stanie napisać książki o kontrwywiadzie, jeśli ni dysponuje określonymi dokumentami – a tych po prostu nie ma.

Nie chciałbym się tutaj silić na przytaczanie konkretnych problemów opisanych przez Wrońskiego – każdy zainteresowany na pewno sięgnie po tę książkę – wydawać by się mogło, że otrzymamy zawiłą i poplątaną historię polskiego wywiadu, a tymczasem jest to niezwykle sprawnie i przystępnie napisana wyprawka, która jedynie przybliża nam, czyli amatorom, kulisy pracy tzw. nielegałów oraz agentów w krajach byłego bloku wschodniego. Jak dowiadujemy się od wydawcy: „Kierownictwo sowieckie zobowiązało KGB do zatrudniania na stanowiskach kierowniczych odpowiednio przeszkolonych oficerów we wszystkich swoich przedsiębiorstwach działających w branży surowców strategicznych (ropa, gaz, metale ziem rzadkich). W całej historii  realnego socjalizmu to w Polsce było najwięcej niepokojów społecznych. Rosjanie nigdy nie interweniowali zbrojnie. Wszystko „załatwiali” naszymi rękami, a właściwie rękami ludzi, których wybrali lub stworzyli. W pracy operacyjnej, szczególnie w tak skomplikowanej materii, jaką jest ujawnianie działań nielegałów i agentury wpływu, należy stawiać wszelkie, nawet z pozoru nieprawdopodobne hipotezy, i wszystkie rozpatrywać równorzędnie, póki którejś nie obalimy niezaprzeczalnym dowodem. Tu nie ma dowodów za, ale również nie ma dowodów przeciw. Są wyłącznie przesłanki.”

Autor odpiera też zarzut, że ujawnia tajemnice wywiadu, gdyż o wszystkim o czym pisze, od dawna już wiadomo. O metodach pracy kontrwywiadu napisano już stosy książek, jedne lepsze inne gorsze. Ale dla amatora warte są przypomnienia takie pojęcia jak „wtórnik” czy „matrioszka. Osobiście ten temat zajmuje mnie jakąś siłą inercji – dawno temu brałem udział w szkoleniach wojskowych, które miały nas, żołnierzy rezerwy, wprowadzić w tematykę kontrwywiadowczą. Spędziłem nawet kilka tygodni w zamkniętej jednostce pod Warszawą, ale nie wiem czy mogę o tym pisać, choć zapewne nie ma to dla nikogo już żadnego znaczenia.

Książka wciąga czytelnika niczym najlepszy film o Bondzie i choć nie odsłania żadnych szczególnych przypadków i nie jest sensacyjną powieścią awanturniczą (pewnie znając  przeszłość autora mogłaby taką się okazać), to jednak czyta się ją jednym tchem. Styl jest jasny a wywody przekonujące. Oto na początku mamy wykład o położeniu Polski i jej znaczeniu wywiadowczym dla Niemców i Rosjan. Pięknie napisane i choć większość faktów znamy z historii, to jednak warto sobie to wszystko uzmysłowić przy okazji zastanawiania się nad rolą naszego nadwiślańskiego kraju dla wszelkiego rodzaju służb. Wroński pisze jak postrzegają nas Rosjanie: „dla Rosjan jesteśmy małym krajem, przejezdnym w ciągu niecałej doby. Takim „kapitanem: wśród państw świata. Kapitan to najciekawszy stopień w armii. Najwięcej gwiazdek. Za dużo żeby musztrować, a za mało żeby się kłaniać w pas.”

Autorem książki jest Piotr Wroński, pułkownik Agencji Wywiadu w stanie spoczynku. W służbach specjalnych pracował od 1982 roku, w 1989 przeszedł pozytywnie weryfikację i rozpoczął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Od 2002 roku był oficerem Agencji Wywiadu. Przez 6 lat przebywał na placówce w Londynie, w 2011 roku odszedł ze służby. Specjalizuje się w kontrwywiadowczej charakterystyce terenu.

Zwracam uwagę na okładkę książki: czapka czekisty z wetkniętym pawim piórem. Interpretację pozostawiam wszystkim zainteresowanym, którzy wysnują z tego przekazu szereg niesamowitych analogii.

Wódczany raj Teofila Olkiewicza.

Śliski interes” czekał na podręcznej półce, ciesząc perspektywą nieuniknionego czytania – był jak deser po Bondzie i skwarki na ciemnym chlebie „Mocka”. Z góry wiedziałem, że przygoda z Ćwirlejem będzie jazdą wesołą, rozrywkowo-wspomnieniową, będzie przyjemnością, którą warto sobie dawkować. A do tego w zapasie mam dwie książki, które Ćwirlej napisał niejako obok głównego nurtu przygód milicjantów z Poznania i Piły, czyli „Jedyne wyjście” i „Tam ci będzie lepiej”, gdyż wcześniejsze sześć kryminałów milicyjnych Ćwirleja przeczytałem i nie pożyczam.

W „Śliskim interesie” znajdziemy szereg nawiązań do ostatnich śledztw i losów bohaterów, zaprezentowanych nam w: „Śmiertelnie poważnej sprawie” z 2013 roku, oraz wydanej rok później „Błyskawicznej wypłacie”, ale nie przeszkadza to czytelnikowi w dobrej zabawie. Czytelnicy polubili przystojniaka Brodziaka i jego kumpla Grubego Rycha, Freda Marcinkowskiego, który tym razem pojawia się epizodycznie, oraz Teofila Olkiewicza, nagle wyniesionego na gwiazdę ekipy kryminalnej, której zadaniem ma być rozwiązanie problemu chrzczonej wódki oraz dziwnych przypadków bezczeszczenia zwłok, zwłaszcza, że są to trupy przywiezione ze zgniłego zachodu.

Studio_20161016_192903_resized

Olkiewicz prezentuje się tutaj nad wyraz okazale, a wymienianie jego sukcesów i triumfów śledczych, przysporzyłoby z pewnością rumieńców wstydu współczesnym policjantom z Archiwum X. Jeśli chodzi o wódę, to Teoś pije, ale powiedzenie, że Teofil pije, nie oddaje wcale charakteru jego picia – on pije na okrągło, nie je a pije, a pije wszystko, choć oczywiście najbardziej lubi czystą wódkę polską, od której na przykład lubi rozpocząć dzień. Teofil pije, ale nie bywa pijany – przeciętny pijak nie ma szans w starciu z chorążym, powiem więcej: żaden przestępca nie przechytrzy naszego Dyla Sowizdrzała, tego Szwejka na miarę swoich czasów. Teofil Olkiewicz jest idiotą, wałkoniem, leniem i cała jego egzystencja sprowadza się do tego, żeby gdziekolwiek skieruje go rozkaz przełożonego, mieć pod ręką zapas wódki. Sprawa rozwadniania przedświątecznego alkoholu  jest stworzona dla takiego ochlapusa jak Olkiewicz – zresztą rozwiązuje ją w sposób absolutnie perfekcyjny, przy okazji wzbogacając się o zapas wódy, który przeciętnemu Polakowi starczyłby do końca życia, a Teofilowi może starczyć na góra miesiąc.

Rozwiązanie wódczanych machlojek nie jest jedynym sukcesem policjantów z Poznania. W tle toczy się walka cinkciarzy o wpływy, a jak wiadomo przyjaciel porucznika Brodziaka, Rychu, jest przestępcą, którego z dolarowego biznesu, wyrzucają popierani przez SB kryminaliści. Służba Bezpieczeństwa, obecna we wszystkich książkach milicyjnych Ćwirleja,  jest rzeczywistą władzą w PRL-u, a jej agenci swoimi machlojkami i przekrętami prześcigają najgorszych bandytów. W powieści trup ścieli się gęsto i nie ma tu zlituj się nad sympatycznym bohaterem – zabić może każdy, nawet ciapowaty debil Olkiewicz.

Akcja toczy się w roku 1983, a kto pamięta tamte czasy, to wie, że niedługo po stanie wojennym, nikt nie wierzył, że dożyje  jakiejkolwiek demokracji. Jednocześnie to był taki dziwny czas, kiedy zdobycie pomarańczy czy papieru toaletowego zakrawało na sukces, porównywalny dzisiaj do obejrzenia Wiadomości bez grymasu zniesmaczenia.

Teofil, wezwany do trupa zakopanego w śnieżnej pryzmie, rozpocznie mozolne śledztwo, przy wtórze towarzyszącej mu wciąż piosenki, hitu tamtego czasu, a mianowicie: „Zacznij od Bacha” Zbigniewa Wodeckiego. Dywagacje Olkiewicza na temat tekstu piosenki, należą do najśmieszniejszych – finalna konkluzja, odpowiada charakterowi milicjanta – nie powinno być „zacznij od Bacha”, ale „zacznij od flachy” – oczywiście nie wspomnę o tym, że oburzony chorąży poprawia autora piosenki, sugerując, że prawidłowo, jak już, powinno się śpiewać „Zacznij od Bachy”.

Wspominając tu żeńskie imię, musimy napomknąć nieśmiało, o niesamowitym wręcz powodzeniu u młodych kobiet, tego grubawego, niechlujnego, w średnim wieku milicjanta, z zaczeską na głowie, które to kobiety zdobywa od niechcenia, wykorzystuje popisując się niespożytą energią seksualną.  Tu jakby Olkiewicz wymknął się Panu Ćwirlejowi z objęć, ale co tam, przecież lubimy tego obiboka, farciarza, prostego obywatela tamtych czasów. ,

Przestrzeń lat, od roku 1981 do 1989, a nawet dalej, jest jeszcze do zapełnienia milicyjnymi opowieściami Ryszard Ćwirleja. Chorąży Olkiewicz powinien umrzeć na marskość wątroby pod koniec trwania naszej socjalistycznej ojczyzny, ale nie odmówiłbym sobie przyjemności przeczytania o losach Teosia po upadku komuny. To dopiero byłby wstrząs dla zweryfikowanego policjanta – zlikwidowanie kartek na wódkę! No nie – tego ten sympatyczny pijak by nie zniósł. A zresztą kto wie, co nam zaserwuje mistrz Ćwirlej w kolejnej powieści?

Kochanka Stalina

Dzieje rękopisu wspomnień Orłowej są znacznie ciekawsze, niż jej wynurzenia na temat geniuszu wielkiego Wodza. Miłość opisana w książce „Kochałam Stalina”, ma bałwochwalczą manierę i irytuje bezkompromisowym oddaniem. A jednak ten dziennik prowadzony od stycznia 1935 do listopada 1940 roku odsłania, choć bardzo fragmentarycznie, życie najpopularniejszej aktorki w dziejach sowieckiej Rosji. Kim była Lubow Orłowa? Z książki dowiemy się, że na pewno wierną i oddaną miłośniczką nowego ustroju, oburzającą się szczerze na knowania imperialistów. Pomińmy milczeniem te jej zachwyty nad mądrością, sprawiedliwością i wielkością Stalina – lepiej skonfrontować to, co Lubow pisała, z tym, co teraz o niej wiemy.

fomkbejhpafjehik

Orłowa urodziła się w roku 1902, w arystokratycznej rodzinie, której przodkowie trzęśli carskim dworem za czasów Katarzyny Wielkiej, a jej krewnym był sam Lew Tołstoj. Urodzenie w radzieckiej Rosji miało wielkie znaczenie, więc aktorka zręcznie ukrywała swoje pochodzenie, zaznaczając w biogramach, że wychowała się w rodzinie służących. Zachowywała się jednak jak arystokratka, była zimna i wyniosła, a znajomość ze Stalinem, który uwielbiał filmy z jej udziałem, jeszcze bardziej podkreślała jej wyjątkową pozycję.  Dbała o swój wizerunek – jako pierwsza kobieta radziecka poddała się operacji plastycznej; ukrywała również swój rzeczywisty wiek. Jej pierwszego męża zesłano do gułagu, a drugi, Grigorij Aleksandrow, reżyser jej najsłynniejszych filmów: „Świat się śmieje” czy „Cyrk”, znany był z tego, że potrafił donieść do władz na kolegów – sama Lubow obawiała się jego wpływów. Związek ten, wyreżyserowany przez aktorkę, był raczej komercyjny niż uczuciowy. W książce nie ma wzmianki o tym, czy mąż wiedział o romansie Orłowej ze Stalinem i co o tym myślał. Zresztą czy to ważne w tamtych czasach?  Bunt mógł go kosztować zsyłkę lub kulkę w łeb, ale z pewnością potrafił docenić opatrzność, która dała mu tak wpływowego opiekuna.

Przyglądając się zdjęciom Orłowej z czasów romansu ze Stalinem, nie jesteśmy w stanie docenić jej urody – osobiście nie uznałbym jej za piękność. Ma szeroką, przedwcześnie postarzałą twarz. Podobno filmowano ją, jeszcze przed trzydziestką, kamerą z nałożoną pończochą, żeby ukryć zmarszczki. Aktorka była bardzo niska, a do tego ubierano ją w żakiety z szerokimi ramionami – zgodnie z ówczesną modą. A jednak w latach trzydziestych miała status radzieckiej seks bomby a mężczyźni widząc ją na ulicy, zdejmowali czapki.

Książka ma formę krótkich refleksji aktorki na temat życia w Związku Radzieckim, oczywiście z pozycji super gwiazdy. Jej wpływy u Stalina były zapewne ograniczone, choć na przykład usiłuje opisać swoje wstawiennictwo za Bułhakowem, którego podobno ceniła. Stalin jest opisany jako mąż stanu kompletnie pozbawiony wad. Nie znajdziemy tu żadnych pikantnych szczegółów, żadnych nawet wzmianek o tym, co tak naprawdę ich łączyło, poza tym, że co jakiś czas przysyłał po nią samochód, że jedli obiad, no i oczywiście prowadzili poważne rozmowy. Orłowa pisze o Stalinie z miłością, z oddaniem i bezkrytycznie, jakby pod publiczkę sowiecką, tworząc propagandowy panegiryk na cześć Wodza.

Zapiski Lubow Orłowej nie mogły ukazać się drukiem z wiadomych powodów. Kiedy w 1974 roku dowiedziała się o swojej śmiertelnej chorobie, przekazała zapiski chińskiemu dyplomacie z prośbą o publikację. Uniwersytet Pekiński zgodził się je wydrukować i tak ukazały się w nakładzie 1200 egzemplarzy, ale tylko do użytku wewnętrznego. Rękopisy zniszczono – w tym czasie można było przechowywać jedynie zapiski Mao. Wypożyczona przez jednego z chińskich profesorów książka nie została oddana do biblioteki – profesor zmarł tego samego dnia co Mao Zedong, a jego gabinet przetrwał w nienaruszonym stanie do roku 2013, kiedy to w czasie przeprowadzki, znaleziono pożółkłą książeczkę. I tak wspomnienia Orłowej trafiły w szeroki świat.

Ta książka to ciekawostka – zachwyciła moją mamę, która dorastała w czasach, kiedy film „Świat się śmieje” królował na ekranach naszych kin, choć nakręcony w roku 1934, popularność w Polsce zdobył dopiero po wojnie. Czarno białe zdjęcia Orłowej, przeplatane są fotografiami Wielkiego Wodza – włącznie z tym na katafalku. Szkoda, że ta wielka aktorka nie posunęła się dalej, że nie odsłoniła Stalina „od kuchni”, że nie dała nam czegoś pikantnego, czegoś bardziej ludzkiego, mniej pomnikowego. No ale to były inne czasy, gdzie tajemnice alkowy nie wywlekano publicznie. Zresztą czytając te teksty zakochanej kobiety, uświadomiłem sobie nagle, że oni przecież mogli wcale nie iść do łóżka. Wyobrażacie sobie Stalina w objęciach kobiety? Chyba z fajką i w mundurze.