Wszystko jak chcesz.

„Ach Boże, jak mi się chce piekielnie gdzieś z Tobą pojechać. Ty nie masz pojęcia, jaki Ty jesteś uroczy w podróży, nawet wtedy, kiedy Twoje myśli są zupełnie gdzie indziej, nie przy Twoim przyjacielu. A tamte podróże, do Krakowa, były tak całkowicie i bez żadnego pęknięcia piękne. Chciałbym tak bardzo posłuchać Twojego głosu, Twojego oddechu – nie spać, kiedy Ty śpisz, mój drogi, najdroższy chłopcze. Bo ja, mój Jerzy kochany, naprawdę kocham Ciebie i potrzebuję jak powietrza”

Tak pisał Jarosław Iwaszkiewicz z Rzymu w listopadzie 1958 roku. A ilu z nas mogłoby tak pisać, ilu zdarzyła się taka miłość, nie do ogarnięcia, wielka a jednocześnie bezsilna, bo niemożliwa, rozpoczęta, a nie zrealizowana, pęknięta gdzieś z racji okoliczności i braku wzajemności. Jarosław kochał będąc sześćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, kochał Jerzego Błeszyńskiego, o prawie czterdzieści lat młodszego pracownika fabryki Kafar, męża Haliny, ojca dwójki dzieci, a do tego zakochanego w innej kobiecie.

Listy te są świadectwem miłości totalnej, ślepej, a jednocześnie świadomej swojej jednostronności, rozpaczliwej, a przecież dającej niespotykaną dotąd intensywność i szczęście. Szczęście, które przepełnione było goryczą, udręką nieustannego zmagania się z tym uczuciem, rozpaczą i natchnieniem, owocującym literacko. Iwaszkiewicz przeżywa ten romans zdając sobie sprawę, że po Jurku nie będzie już nic ważnego w jego życiu, a przecież obiekt jego uczuć jest śmiertelnie chory na gruźlicę i wkrótce umrze.

Studio_20170520_225900_resized

Pisarz domyślał się, że ta korespondencja kiedyś wypłynie, więc po śmierci Jurka zabrał listy, a nawet je zredagował – w jednym z nich wspomina, że za kilkadziesiąt lat można będzie je sprzedać ze znacznym zyskiem. I zapewne tak się właśnie stało, bo losy tej korespondencji owiane są tajemnicą.

To pisanie jest tak samotnie jednostronne, jak niespełniona miłość, kiedy jedna strona walczy, a druga tylko towarzyszy. Nie mamy listów Błeszyńskiego, pisanych rzadko i oszczędnie – nie wiadomo co się z nimi stało i czy jeszcze kiedyś wypłyną. Nie wiemy nawet jak wyglądał Jerzy – jedyną fotografię możemy odszukać w Internecie, podobno był bardzo przystojny, ale to uroda robotnika, uroda Radziwiłowicza z „Człowieka z marmuru” – nie znajdziemy jej w książce. Anna Król zebrała nawet telegramy wysyłane do Jurka, z nadzieją na jego odpowiedzi i z prośbami o telefon, adresami miejsc, gdzie pisarz spodziewał się otrzymać kilka słów od kochanka.

Obsesją pisania chciał zagłuszyć tęsknotę – Jarosław pisał niemal codziennie, traktując to jak rozmowę z ukochanym, jakby te chwile podczas pisania pozwoliły uciec od niebotycznej tęsknoty. Bo przecież jeśli się kocha, to cała natura człowieka zwrócona jest ku osobie kochanej, każda chwila jest dążeniem do kontaktu, do dotyku, spotkania, rozmowy, telefonu choćby, a pisanie listu to intymna spowiedź wydarta z głębi, bo czego się nie potrafi powiedzieć to można napisać, zwłaszcza będąc sprawnym literatem.

Iwaszkiewicz w listach jest czuły i oddany, a jednocześnie nie szczędzi wyrzutów Jerzemu za kłamstwa i lawirowanie z kochanką, do której wciąż ucieka z sanatorium do Bydgoszczy. Po listach pełnych skargi przychodzą przeprosiny, wystarczy jeden telefon kochanka i jego czule słowa a Jarosław potrafi zapomnieć o wszystkich krzywdach. Jest lojalny w swojej miłości, zapewnia o niej nawet wówczas, kiedy czuje się oszukany: „Kochany nie gniewaj się i nie niepokój, bo chociażbyś mi przedstawił wszystkie piętnaście kochanek, chociażbyś z trzema z nich się ożenił, żebyś mi wyznał cztery morderstwa i dwa gwałty, gdybyś mi nawet dał po mordzie, za to wszystko – byłbym zawsze jednakowy.”

Listy Iwaszkiewicza zaskakują szczerością, są otwartą raną na jego sercu, świadectwem otwierającą tego pisarza szerzej niż każda z jego książek, bo przecież nigdy nie byłem miłośnikiem tej prozy, a tym bardziej poezji. Iwaszkiewicz trafia do mnie poprzez „Panny z Wilka” Wajdy, poprzez jego biografię „Inne życie” Romaniuka, korespondencję z Wajdą, ale nie przez własne utwory. Ale te listy są czymś osobistym, a jednocześnie tak uniwersalnym, że wielu odnajdzie tam siebie oraz wszystkie  niuanse przyporządkowane kochającym. I ta banalna definicja miłości, którą przedstawia w jednym z listów, to porozumienie duchowe, wyciągnięte podczas słuchania koncertu skrzypcowego Szymanowskiego, kiedy tłumaczy kochankowi co ich łączy, to bezmierne szczęście, które go ogarnia w chwilach, kiedy może z nim być – to wszystko jest jak przypomnienie własnych przeżyć, bo odnajdywanie się w tej korespondencji jest jej największą zaletą.

Brak wiadomości od kochanka przyjmuje jako coś najgorszego, jak ból nie do wytrzymania, jak ból zęba. Nerwy naprężone do ostateczności i cały dzień jedna myśl, myśl o nim, a jednocześnie codzienne czynności, które trzeba wykonać. I niepokój o zdrowie kochanka o to, czy mu się nic nie stało, bo przecież nie ma listów nie ma telefonu, nic nie ma. Udręka miłości.

Po śmierci Błeszyńskiego Iwaszkiewicz nie przestaje pisać, bo przecież miłość nie umiera nigdy. Wstrząsający 30 maja 1959 roku, kiedy w piękny i słoneczny dzień Iwaszkiewicz obserwuje w niewielkiej kostnicy starca obmywającego ciało ukochanego. A potem sam ubiera Jerzego i wyje z rozpaczy nad ciałem, które utracił na zawsze.

„Wszystko jak chcesz” to cytat z Jerzego. Można to odnieść do każdej wielkiej miłości – także tej niespełnionej, przetrąconej, zamordowanej świadomej lub nie, okaleczonej, zmarnowanej, wyrzuconej na śmietnik z głupoty lub nieuwagi. Tylko że potem zostają tylko listy, pisane latami, a kiedy nie ma już do kogo się przytulić, zadaj sobie pytanie, dlaczego?

„Twój uśmiech, to jest najważniejsze

A co tam wicher, co tam płacz.

Gdy dnie zimowe coraz krótsze,

Godzinę każdą palcem znacz.

 

Palcem maczanym w konfiturze –

To nic, że już słodycze mdlą –

Wszystkie gałązki, wszystkie róże

Wcześnie obcięte szybko schną.

 

Któż myśli o zbytecznym jutrze?

Do rzeki czasu, koniu skacz!

Twój uśmiech to jest najważniejsze

Jakiż nieważny jest mój płacz.”

„Wszystko jak chcesz” do nabycia w Taniej Książce

Znowu Horst

Kiedy w połowie kwietnia wyjeżdżałem w trzytygodniową podróż, gdzie ciężar bagażu wymuszał zabranie tylko jednej książki, a ponieważ ukazał się właśnie nowy Nesbo, nie miałem wyboru, tzn. mój wybór był bezdyskusyjny i nie zabrałem ze sobą najnowszego Horsta, choć została mi do przeczytania sama końcówka, resztka, która zajęłaby nie więcej niż godzinę skupionego czytania. Teraz żałuję, że nie skończyłem „Kluczowego świadka”, ale z drugiej strony mogłem to zrobić po powrocie, a przy okazji odświeżyć sobie w pamięci zagadkę kryminalną komisarza Wistinga, o której kompletnie zapomniałem, a o której obiecałem napisać. Dziękuję wydawnictwu za przesyłane egzemplarze książek Horsta, a moja kolekcja zaczyna coraz efektowniej wyglądać na półce.

Historia oparta jest na głośnym w Norwegii śledztwie, w którym uczestniczył sam autor kryminału, pracując jako młody policjant przy swojej pierwszej, poważnej sprawie, stąd z pewnością w książce zawarł własne odczucia i spostrzeżenia z wizji lokalnej na miejscu zbrodni. Zamordowano 71-letniego Ronalda Ramma, który w powieści występuje jako Preben Pramm. Starca przed śmiercią torturowano a nawet zgwałcono, w usta miał wetknięte banknoty, a na ciele ślady tortur.

20170513_125412_resized

William Wisting jak zawsze u Horsta żmudnie wgryza się w życie ofiary i typuje morderców, co nie musi być trudne w małej społeczności, gdzie wszyscy przestępcy są doskonale znani. Pramm jako ofiara nie wzbudza naszej sympatii – dowiadujemy się, że był szantażystą, erotomanem, pazernym na pieniądze starcem, ale z drugiej strony pasjonował się fotografowaniem ptaków i chciał sobie ułożyć życie z kobietą, która jednak go odrzuciła. Przypadkiem udało mu się uwiecznić na zdjęciach bandytów, którzy ukradli duże pieniądze i stąd szantaż oraz torturowanie nieszczęsnego starca.

Horst zapewne stara się połączyć rzeczywistość z fikcją, prawdziwe morderstwo z intrygą literacką. Do końca nie wiemy jak wyglądała sprawa morderstwa Ramma i ile ma wspólnego z wymyślonym Prammem. Horst kreśli intrygę dosyć siermiężnie, zagadka wydaje się być łatwa do rozwikłania, a z drugiej strony pokazuje jak śledztwo zatacza swoje kręgi, jak wiele w tego typu sprawach jest pobocznych wątków, które należy sprawdzić. A to jest okazja do zmierzenia się z obyczajowością środowiska, które opisuje, a także ukazania Wistinga jako pełnokrwistej postaci, człowieka pełnego namiętności, zafascynowanego zbrodnią oraz drogami, pozwalającymi rozwiązać zagadkową śmierć.

Te momenty opisujące wahania, dylematy, kłopoty komisarza czasami są ciekawsze od samej intrygi. Idealna żona Ingrid (czytelnicy wcześniej wydanych u nas tomów wiedzą, że zachoruje wkrótce i umrze, o czym zresztą można przeczytać także na skrzydełkach okładki). Dla Wistinga śledztwo to fascynacja, morderstwo wzbudza w nim przeciwstawne uczucia, a droga do wyjaśnienia zagadki jawi mu się jako przygoda, z którą musi się zmierzyć.

„Wisting przyglądał się zwłokom z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego prawy kącik ust podniósł się tworząc krzywy uśmiech, natomiast w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość, ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze, że do niego należy jej wyjaśnienie”

Kolejne tomy Horsta już wkrótce: „Zaginięcie Felicji” oraz „Gdy sztorm nadchodzi” mają wyjść jeszcze w tym roku. Nie powiem, żebym się niecierpliwił, ale podoba mi się myśl, że uzupełnię kolekcję.

Saga rodziny Neshov.

Prolog i epilog książki Anne B. Ragde opisują namiętność Anny Neshov – całą reszta skupiona jest na jej dzieciach  i wnuczce, którzy muszą zmierzyć się z jej umieraniem. Anna nie wzbudzi naszej sympatii, a jej śmierć nikogo nie obejdzie,  poza spętanym jej władczym charakterem Torem, któremu jej odejście zniszczy rytuał wieloletniej egzystencji w rozpadającym się gospodarstwie.

Tor, Erlend i Margido to synowie Anny. Akcja rodzinnej sagi toczy się w Byneset niedaleko norweskiego Trondheim. Tor jest najstarszy, zmuszony do porzucenia ciężarnej dziewczyny, ugrzązł pod silną ręką matki i ciężką harówką odgania przeszłość. Córka, którą zawiadamia o chorobie Anny niespodziewanie zgadza się przyjechać do ojca. Erlend jest gejem i uciekł przed matką do Kopenhagi, gdzie żyje od lat w związku z partnerem. Margido otwiera całą historię, kiedy poznajemy jego pracę przedsiębiorcy pogrzebowego, mylnie przekonani, że samobójstwo młodego chłopaka, będzie osią powieści – nieszczęśliwa miłość, przez którą powiesił się chłopiec jest ostrzeżeniem dla czytelnika, że nie można igrać z uczuciami, i że nie wszyscy są tak odporni jak my.

Studio_20170409_125806_resized

A jednak bohaterowie „Ziemi kłamstw” są obdarzeni pozytywnymi cechami charakteru – można banalnie napisać, że to dobrzy, empatyczni, rozumni i budzący sympatię ludzie. Śmierć jedynej negatywnej osoby w tym stadzie wyzwala energię, która tak wiele zmieni w ich życiu i to na lepsze. Z miejsca zakochujemy się w Erlendzie, który emanuje tym radosnym umiłowaniem życia, jako źródła przyjemności, a kiedy jego partner przyjeżdża do zapadłej mieściny, żeby w trudnych chwilach okazać mu swoje przywiązanie, Erlend reaguje śmiertelnym przerażeniem, że zostanie zdemaskowany jako syn wieśniaka, a jednocześnie jest szczęśliwy z tak okazanego przywiązania.

Margido jest podstarzałym samotnikiem panicznie odganiającym myśl o związku z kobietą – dokładnie poznajemy jego pracę i myśli, budujemy sobie jego obraz na podstawie tego co czuje, jak widzi siebie, kiedy analizuje własne postępowanie, a jednak w pewnym momencie ten obraz zaczyna się chwiać – wystarczy, że ktoś inny spojrzy na niego własnym wzrokiem i okazuje się, że to łysiejący, podstarzały facet z obrzydliwą śliną w kącikach ust.

Torunn to córka Tora, na którą przez lata musiał płacić alimenty, co rozsierdzało matkę i przez co ledwo wiązali koniec z końcem. Przyjeżdża wiedziona impulsem, ale z czasem wciąga się w rodzinne historie. I jest jeszcze mityczna postać dziadka Tallaka oraz jego nieśmiałego syna, który do dzisiaj plącze się w gospodarstwie jak popychadło, pomimo że jest formalnie mężem Anny, a tak naprawdę żyjącym we własnym świecie parobkiem. Ten Tallak z miejsca wydał mi się podejrzany i domyślenie się jaką rolę odegrał w tej rodzinnej układance nie sprawiło mi kłopotu.

Nie pomylą Wam się postacie, nie poplączą wątki, na opisy przyrody nie ma co za bardzo liczyć, za to mistrzowskie analizy uczuciowe, poplątane charaktery i obrazowe dialogi pozwolą dać się wciągnąć i szybko zaliczyć pierwszy tom norweskiej sagi. Każda z czterech głównych postaci prowadzi swój wewnętrzny dialog, przy okazji dowiemy się jak tresuje się psy, jak wyglądają przygotowania do pogrzebu oraz czemu maciory czasem zabijają swoje małe prosiaczki. Jeśli kogoś znudzą szczegóły może sobie przeskoczyć fragmenty opisowe, tylko po co? Czytanie sagi nie polega na analizowaniu kto zabił, a jedynie na wgłębianiu się w motywacje członków rodziny. A to jest rodzina, którą łączy jednak wieź, pomimo tego, że matka nie potrafiła nic innego poza zaangażowaniem się w jeden związek oraz niszczeniem życia swoim synom – kiedy już jej nie ma bracia pokazują, że pomimo wszystko wyrośli na porządnych ludzi.

Zastanawiam się jak wyglądałaby taka saga o typowo polskiej rodzinie, wywodzącej się gdzieś z małomiasteczkowej albo wiejskiej społeczności; czy ktoś miałby odwagę pokazać te wszystkie charaktery i czy w tej faunie wąsatych i cycatych postaci, wykluły by się osoby na miarę takiego geja Erlenda, który przyjeżdża ze swoim partnerem do Siedlec, do dużego gospodarstwa, gdzie panoszą się już inni bracia ze swoimi dziećmi, wujkami i kuzynkami?

Książka Anny B. Ragde to wznowienie wydanej już w 2010 roku sagi w trzech tomach, choć na okładce widać też ikonkę czwartej części, która być może jest zapowiedzią, dzięki której wznowiono serię. Przeczytanie tej książki zajmie 3 wieczory w czasie przeznaczonym na telenowele w TV  – a ci, co są niecierpliwi, skończyć ją mogą w jedną noc. A ja czekam na tom drugi w czerwcu, a trzeci w lipcu.

Księga cytatów

Skusiłem się na „Księgę cytatów” w trochę samobójczej misji, bo kto dziś kupuje słowniki i encyklopedie? W erze Internetu opasłe tomy, którymi kiedyś inteligencja chciała się wyróżnić, stawiając w oszklonych gablotach zamiast kryształowych wazonów „Słownik poprawnej polszczyzny” i cztery tomy brązowej Encyklopedii PWN, więc w tej nowej erze wirtualnej, znalezienie znaczenia każdego słowa trwa kilka sekund. Zresztą po co komu wiedzieć co znaczy „koincydencja”? Tylko Remigiusz Mróz zna znaczenie wszystkich słów i nie musi korzystać z Google – wystarczy że pobiega.

A „Słownik wyrazów obcych”, jawił mi się zawsze jako wspaniałe kompendium zwrotów niby znanych, ale jakoś zapomnianych, których znaczenie czasem przyprawiało o zawrót głowy. Co zrobić z tomami, kurzącymi się na półkach, zabierającymi miejsce, ustępującymi przed tymi wszystkimi Bondami, Pilchami czy Horstami?

Z moim sentymentem do słowa pisanego, do papierowych szelestów, co oczywiście mści się tym, że magazynuję roczniki „Odry” z lat 90-tych, wszystkie magazyny „Książki”, nie mówiąc o rocznikach „Zeszytów Literackich”, z tą moją pasją do zapachu wydrukowanego papieru, udręką jest pozbywanie się, a radością ustawianie na półkach. A teraz jeszcze „Księga cytatów”  z dopiskiem „polecane maturzystom”…

Studio_20170320_182935_resized

To z pewnością książka do przerzucania, bo wątpię, żeby komuś chciało się w niej szukać pochodzenia cytatu – to raczej zabawa w przypominanie sobie głównie polskich autorów,  a jednak jakaś wybiórczość zaciążyła nad autorami, którzy czasem cytując fragmenty prozy, przepisując całe akapity z „Przedwiośnia” Żeromskiego czy „Początku” Szczypiorskiego, zawieruszyli gdzieś Iwaszkiewicza, którego nie uświadczysz w ich zestawieniu. Ten wybór kończy się jakoś na roku 2012, ale nie ma w nim Jerzego Pilcha, za to jest … Bronisław Maj. Nie ma Barańczaka, ale mamy Daniela Naborowskiego. Brakuje mi Brodskiego i jakbym poszukał głębiej to zapewne paru innych również (jak można nie uwzględnić Kafki, albo słynnego pierwszego zdania z „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta?).

A więc przygoda z cytatami opiera się na subiektywnym wyborze trojga autorów, którzy dają nam na początek kilka słów o autorze cytatów, a potem w zależności od kaprysu, pokazują fragment jego twórczości i tak na przykład jak dojdziemy do Balzaka, to uraczy się nas sporą porcją „Ojca Goriot”.

Na końcu jest interesujące zestawienie, z którym nigdy dotąd się nie spotkałem, a mianowicie „Kalendarium urodzin i śmierci”, gdzie informuje się nas kto na przykład przyszedł na świat w lipcu a komu dane było zejść ze świata w grudniu – najwięcej pisarzy umarło w sierpniu, z tak popularnym u nas F.D. Kniaźninem!

Można sobie sarkać na ten wybór ale i poczytać trzeba i przypomnieć sobie takie strofy dźwięczące:

 „Daremne żale – próżny trud

   Bezsilne złorzeczenia!”

Jakże często mnie to dopada ostatnio, zwłaszcza te bezsilne złorzeczenia …

A Maria Konopnicka to dopiero zajmuje miejsca w naszej księdze, ale przecież „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…” i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, co w obecnej sytuacji politycznej, niektórzy sobie wypiszą na sztandarach, po obejrzeniu Wiadomości w TVP.

Tekturowy samolot.

Zawsze z niekłamaną przyjemnością odnajduję Stasiuka w gazetach, w artykułach zamieszczanych czy to w GW czy w Tygodniku Powszechnym i zawsze jest to uczta czytelnicza, takie smakowanie prozy, niezależnie od tego co pisze, choć przyznam się, że najbardziej lubiłem te fragmenty refleksji z podróży, które drukowały Kontynenty, ale już przestały niestety. Stasiuk jest dobry na raz, na jedno tchnienie tej prozy, w której brak nieznośnego napięcia, naprężenia intelektualnego, jakiejś przesadnej chęci udowadniania swojej erudycyjności.

Studio_20170326_150749_resized

Czarne wydaje regularnie swojego sztandarowego autora, a kiedy zmieniło okładkę już czwartego wydania „Tekturowego samolotu”, to dałem się nabrać, bo zdało mi się, że to jakaś nowa kompilacja tekstów, a tu jednak wszystko już dawno było. Książka wydana w 2000 roku, zawiera teksty z lat dziewięćdziesiątych, drukowane w gazetach wymienionych wyżej, oraz w „Tytule” „Kwartalniku Artystycznym” i niemieckim FAZ.  Rozpoczyna się króciutkim wprowadzeniem, które autor kończy zdaniem „Reszta była już tylko kontynuacją”. Jeśli człowiek ma w najodleglejszym dzieciństwie posmak magiczności istnienia, refleks wyobraźni, wykraczającej poza codzienność oraz umiejętność dziwienia się, wówczas jest duża szansa, że narodzi się  w nim artysta. Stasiuk kilka razy opisuje ten stan przełomowej refleksji, iluminację, która go ukształtowała. „W 1882rok u schyłku lata wypuścili mnie z więzienia” – tak zaczyna się kolejne wspomnienie, piętno kupionej przypadkowo książki, nostalgiczny tekst o własnych początkach siebie.

Teksty rozmieszczone są w te sposób, że po krótkim, dostajemy dłuższy a potem znów krótki. Jeśli zmęczą nas długie wywody Stasiuka o religii, orzeźwienie przyniesie refleksja o środkowej Europie, napisana w dniu wstąpienia Polski do NATO. Środek marca w środkowej Europie: potencja bez formy, prąd bez przewodnika, wikt bez opierunku. Jedna stroniczka i trochę o naszej zaściankowości, a jednocześni złudności świata – gdzieś tam zdecydowano o naszym losie, a przecież my jesteśmy tutaj, w tym grajdole i smutku Słowiańszczyzny. Czasem Stasiuk zapędza się w schemat zbyt mętny, przestaje być tym ironistą, obserwatorem naszej miałkości i rozpadu, a staje się filozofem i to mu nie wychodzi, to brnięcie we wnioski i refleksje. Ale niech tam, zaraz za rogiem, za następną kartką ukazuje się błyskotliwy esej o Bukowskim, z tymi celnymi i dowcipnymi uwagami, że Los Angeles to przechrzczony jakiś Ursus albo Pelcowizna, tylko że trwa tam nieustannie lato stulecia, zamiast kiełbaski z rożna są hamburgery, a gra się w baseball zamiast w nogę.

I o czym jeszcze Stasiuk pisze? O dyskursach, o płonącej Ukrainie, o starości i śmierci, o albumach, o Iwoniczu, o makatkach, o sensie świata…  Dwadzieścia lat minęło od powstania tych tekstów, część się zestarzała, część zapowiada „Jadąc do Babadag”, najbardziej charakterystyczny utwór Stasiuka, po którym stał się rozpoznawalny, a w jeszcze innych jest ten Andrzej, który dopiero co wyszedł z więzienia.

Na okładce „Tekturowego samolotu” widzimy Humpreya Bogarta w słynnym prochowcu. Zapewne miał odnosić się do tekstu Stasiuka o Philipe Marlowe, którego Bogart jak wiadomo grał w filmie „Wielki sen” z roku 1946. Ale w takim płaszczu Burberry, Humprey grał w „Casablance” – zresztą syn aktora i Lauren Bacall jakiś czas temu protestował przeciwko wykorzystywaniu wizerunku ojca w tym płaszczu przez firmę Burberry, do reklamowania własnych produktów. A do tego ten  trencz, który jego ojciec nosił na planie filmowym, mógł jedynie przypominać Burberry, a naprawdę pochodzić z kolekcji brytyjskiej marki Aquascutum, której aktor był wiernym klientem.

„Tekturowy samolot” do kupienia w Taniej Książce.

Wracając do Anny Kareniny.

Zapomniałem, że kiedyś jednak czytałem „Annę Kareninę”. Od wielu lat żywiłem przekonanie, że znam jedynie ogólny temat książki Tołstoja, zapewne utrwalony adaptacjami filmowymi, że wiem o zdradzie Anny, jej śmierci oraz o Lewinie, poczciwym stereotypie, który wciąż kojarzy mi się z Piotrem Bezuchowem z „Wojny i pokoju”, podobnie zresztą jak Kitty Szczerbacka ma wiele cech Nataszy Rostowej. Kareninę Lew Tołstoj napisał dziesięć lat po „Wojnie i pokoju” i wydaje mi się, że nie jest tak majestatyczną prozą jak epopeja narodowa Rosjan, która momentami przytłacza swoją monumentalną formą i treścią.

Dwa tomy kupiłem w burzliwych latach osiemdziesiątych, kiedy książki zdobywało się, przemierzając miasto szlakiem księgarń, kiedy zaglądanie do kolejnych i jeszcze bardzo licznych przybytków z książkami, miało w sobie coś z niepewnej fascynacji, że właśnie się trafiło na niespodziewany rzut wydawniczy, kiedy kupowało się szybko i namiętnie, bez zastanawiania się, co było o tyle proste, że literatura nie była relatywnie droga, a książki miały wartość nieporównywalnie większą niż dzisiaj.

20170318_124927_resized

„Anna Karenina” nie była rarytasem – szesnaste wydanie, które posiadam miało nakład powalający na kolana dzisiejszych księgarzy, w drugim rzucie wydrukowana 150 tyś. egzemplarzy, a i to, jak sądzę, rozeszło się błyskawicznie. Lichy papier, marna okładka, rozklejające się kartki, przybrudzone i pożółkłe dziś strony, skazują moją zdobycz na powolną śmierć – w końcu rozpadnie się gdzieś w kącie, złożona na strychu, choć nie mam strychu, a samo słowo „strych”, brzmi jak pozostałość czasów, kiedy czytało się przy lampach naftowych.

Czytanie o romansie Wrońskiego i Anny to wyprawa w inne sfery, powrót do jakiegoś Edenu literackiego, nieporównywalne z niczym do czego przywykliśmy w ostatnich latach, przeżycie zmurszałe w swojej formie, a jednak przypominające jak czkawka czym jest prawdziwa literatura. Urodzeni w XXI wieku mogą już nie posiadać tego haczyka, który pozwoliłby im zagłębić się w świat skonstruowany na innych zasadach, niż współczesne powieści, co związane jest zapewne z zanikiem tego genu „powolnego smakowania”, lubieżnego skupienia się na świecie wykreowanym do ostatniego cala, gdzie historia przedstawiana jest dogłębnie, a opis stanowi mistrzowskie dopełnienie akcji. To tak jak filmy Antonioniego nie będą atrakcją dla miłośników współczesnych ekranizacji Sherlocka Holmesa.

To literatura niuansów, smaczków, namiętności oddanych do samego końca, opisanych tak szczegółowo i sugestywnie, że nie mamy wątpliwości wyobrażając sobie żałosną Dolly Obłońską zdradzaną przez lekkoducha Stiwę z guwernantką, czy też uczucia Kitty do Wrońskiego, odrzucającą oświadczyny Lewina.

A co z ocenami moralnymi postępków Anny, zachowania Karenina czy szlachetności Wrońskiego, którego nie lubimy od początku, pomimo tego, że zachowuje się po rycersku i uczciwie, a jednak jest przyczyną nieszczęść, choć wszyscy gotowi są obwiniać Annę za ten los, który od samego początku skazany był na tragedię? W dzisiejszych czasach romans mężatki z przystojnym oficerem, mógłby zakończyć się po prostu krótkotrwałym zawirowaniem uczuciowym, a potem wszyscy zajęliby się własnym życiem i nawet po rozstaniu z kochankiem, Anna nie musiałaby się zabijać.

Siła uczuć i namiętności przerasta tu nasze wyobrażenia, elita rosyjska żyje w jakimś kokonie złożonym z zasad i rytuałów – oglądamy ten świat, gdzie szlachetność jest wyolbrzymiona, podobnie jak łajdactwo u Dostojewskiego; porównując prozę Tołstoja z dziełami autora „Zbrodni i kary”, widać identyczny rys tej absurdalnej wzniosłości, tego zachowania na granicy możliwości, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie można się posunąć aż tak daleko w swoich uczuciach.

Tołstoj tradycyjnie idealizuje życie na wsi, opisuje nam ze szczegółami uroki polowania czy smażenia konfitur, potrafi również mimochodem opisać konflikt stolarza, budującego schody, z Lewinem, który objaśnia fachowcowi, jak powinien te schody wykonać. A więc proza totalna, powstająca zapewne w długich ciągach pisarskich, kiedy to Lew siadał i pisał, jak przypuszczam z ogromną łatwością, a jednak jak się to ma do dzisiejszych „laptopowych” pisarzy i czy Remigiusz Mróz, wrzucony na rosyjską wieś, pisałby równie dużo jak dziś?

Skupiam się więc nad „Anną Kareniną”, odganiając czasem myśli o przerwaniu lektury, ale ponieważ akurat nie mam nic interesującego do czytania, trwam w tym błogostanie literackim, tylko czasem prześlizgując się nad zbyt nudnymi fragmentami, zazwyczaj związanymi z polityką. Czytanie Tołstoja ma działanie terapeutyczne, gdyż nie pozwala zapomnieć, że istnieje  literatura klasyczna, że właściwie powinienem zarzucić czytanie błahe i niepotrzebne, bo to jest jednak strata czasu, że wystarczy to, co mam na półkach, a do czego nie wracałem przez lata, co już zapomniane choć przecież kiedyś tak ważne. A może to już starość, która odrzuca współczesność i każe wracać do przeszłości, gdzie zawsze jest lepiej i bezpieczniej? Bo na pewno mądrzej.

Sensacyjny „Podróżnik” Pavone

Przyznaję, że dawno nie wciągnąłem się w tak niecierpliwe czytanie  książki, jak w przypadku „Podróżnika” Chrisa Pavone.  Początek w ogóle mnie nie uwiódł, zastanawiałem się jak poradzić sobie z ponad sześciuset stronami, zaliczyć pozycję, bo przecież zdecydowałem się na egzemplarz recenzencki, więc trzeba będzie coś o książce napisać.  Nie jestem fanem książek sensacyjnych, szpiegowskich, z agentami wywiadu w rolach głównych – zdecydowanie wolę ekranizacje powieści Le Carre, jak choćby „Bardzo poszukiwanego człowieka” z Philip Seymour Hoffmanem,  Grishama przeczytałem tylko „Testament”, prawie w całości w samolocie na Kindlu, Clancy jest mi kompletnie nie znany, Ludluma kiedyś czytałem, ale wolę Bourne’a na ekranie.

Tak więc zniechęcony pierwszymi stronami poznaję Willa Rhodesa, dziennikarza magazynu  Travelers – najpierw dostajemy gwałtowny opis nieprzyjemności, które spotykają Willa, a następnie cofamy się o kilka tygodni, żeby poznać lepiej przyczyny, które zwaliły bohatera z nóg, za sprawą pięknej Elle. Wkurzający zabieg, coraz częściej wykorzystywany również w kryminałach, który ma zachęcić czytelnika do lektury, zwracając uwagę na to, że w książce będzie się dużo działo.

Podroznik_okladka

Bardzo powoli akcja zaczyna wciągać niczego nie spodziewającego się czytelnika – miałem wrażenie, że zaraz książkę odłożę, ale spędziłem z nią piątkowy wieczór, pół soboty i jeszcze chciałem przyjemność rozłożyć na niedzielę, ale starczyło tylko na wczesny poranek. Otóż Will pracując w swojej gazecie, nie przypuszcza, że gazeta może być jedynie przykrywką, dla rzeczy o wiele bardziej istotnych, a przewożone przez dziennikarzy przesyłki, w dobie elektronicznej poczty, powinny dziwić każdego myślącego trzeźwo pracownika. Ale Will ma inne sprawy na głowie, zrujnowany dom do remontu oraz piękną żonę, z którą przechodzi mały kryzys.

Sensacyjna akcja, gdzie do końca nie wiadomo kto jest kim i dla kogo pracuje, choć średnio inteligentny czytelnik domyśli się tego pod koniec samodzielnie, więc ta dynamiczna akcja, tocząca się w różnych częściach świata, może być też pretekstem dla ukazania skomplikowanej materii uczuć bohatera do żony, jego heroicznej walki, żeby jej nie zdradzić, a potem żeby ją odzyskać. Ten poziom zażyłości między bliskimi, kiedy pomimo wyjazdów i pracy kontaktują się ze sobą codziennie, jest do pozazdroszczenia, bo przecież bliskość to pamięć w każdej godzinie życia o kimś, kogo się kocha. Will dzwoni do żony nawet kiedy ucieka ryzykując, że zostanie zdemaskowany.

Will wplątany w intrygę, radzi sobie zupełnie nieźle, nie zdając sobie sprawy, komu tak naprawdę służy. Jednocześnie poznajemy mechanizmy inwigilacji, którymi dysponują współczesne służby oraz sztuczki i wybiegi, dzięki którym funkcjonują agenci, szpiedzy, najemnicy. To świat istniejący poza naszymi wyobrażeniami, a zastępy ślęczących przed monitorami szeregowych pracowników w służbie inwigilacji, mogą przyprawić o zawrót głowy.

W tej książce nie można się zagubić, postaci nigdy się nie pomylą, nie zapomnimy nazwisk, nie będziemy się zastanawiać jakimi pobudkami kierują się piękna Australijka, przełożony Willa, pracownicy paryskiego biura Travelers, czy tajemniczy biznesmen, pragnący wykupić gazetę. Wszystko musi skończyć się dobrze, nawet jeśli mamy wątpliwości, czy żona bohatera, postępuje etycznie, a kochanka Willa nie ma wyrzutów sumienia, realizując zlecenie za niemałe pieniądze, kosztem życia postronnych osób.

Pavone jest autorem głośnego debiutu, który u nas ukazał się pod tytułem „Kobieta, której nikt nie znał”, oraz bestsellerowej powieści „Wypadek” wydanej w 2015 roku. Na intrygującej okładce znajduje się również zachęta Lee Childa do przeczytania „Podróżnika” – a kto to jest Lee Child? Miłośnicy talentu Toma Cruise’a będą wiedzieć najlepiej zwłaszcza jeśli oglądali przygody Jacka Reachera.

Do Pavone na pewno wrócę – to doskonała odtrutka na uciążliwe trasy autobusowe, kolejowe czy lotnicze, to wypełniacz chwil straconych, recepta na długie oczekiwanie, na nudę lotnisk i bezwład hotelowych wieczorów. Na moim Kindlu na pewno wkrótce zagoszczą dwie poprzednie książki autora, który potrafił w jeden weekend zaserwować mi sześćset stron lektury.

Portret młodej wenecjanki.

Od długiego czasu w Pilchu siedzę, w jego głowie, w jego życiu, w jego literaturze i wydaje mi się, że go znam na wylot, stąd najnowsza powieść ani mnie nie zaskoczyła, ani nie rozczarowała.

Dwie biografie Jerzego Pilcha, Kubisiowskiej i Pietrowiak, wypełniły mi ubiegły rok, natomiast od stycznia zmagałem się z wczesnym Pilchem, bo wreszcie postanowiłem zmierzyć się z tym wszystkim, co wywindowało Pilcha tam, gdzie do dziś i do śmierci będzie tkwił. Bo kto dziś Pilchowi podskoczy – jeśli znacie jakieś nazwiska skuteczne, to proszę o uzasadnienie.

Pilchowi choćby się przydarzył  gniot, to będzie to gniot napisany według jego doskonale rozpoznawalnej maniery, która przeszła już do klasyki i ma swoją tradycję oraz wyznawców. Gruby tom „Indyka beltsville”, gdzie kompletnie niestrawne „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” przekartkowałem, natomiast debiutancko zachwyciłem się zarówno „Bezpowrotnie utraconą leworęcznością” jak i „Moim pierwszym samobójstwem”, przykuł mnie do charakteru Jerzego Pilcha na tyle trwale, że nawet niezrozumiały oraz bełkotliwy początek „Portretu młodej wenecjanki  nie zniechęcił mnie do ciągu dalszego.

Bo cóż mamy na początku – wszak to ma być historia miłosna, próba opisania romansu, do tego historia miłości nieszczęśliwej, opis rozczarowania, zmagań, erotycznych wygibasów – a tu jakieś dywagacje, zasygnalizowany początek, identyfikacja obiektu, a dalej bełkotliwe wynurzenia starca o depresji a nawet, o zgrozo, wpięty niczym lisia kita w wazon z kwiatami, utwór Atiny Milić, czyli kobiety z krwi i kości, o której książka traktuje, a której prozę mamy podziwiać. Żarcik? Wypełniacz? Kto jest autorem? Czy autorka musi się zgodzić na tę publikację, a jeśli nie jest autorką, to czy można się wysługiwać jej nazwiskiem?

Brniemy dalej co chwila potykając się o perełki, Pilchowe zdania najwyższej próby, choć bez tej frazy słynnej, a jednak takie, jakich oczekujemy, gdzie te wiślańskie słowa, odnajdywane u innych, wskazują na wspólne pochodzenie, że wspomnę tu o takich cudeńkach jak „fest” czy „wyro”, nie zapominając o  „nachtkastliku”.

Studio_20170212_141045_resized

Atina Milić, czyli Pralina Pralinowicz zdała dokładną relację Kubisiowskiej ze zmagań miłosnych z Jerzym, opisała ten uroczy początek przy podpisywaniu książek, a bezlitośnie wskazała na udrękę pijackich ekscesów pisarza, choć nie ominęła również chwil przyjemnych. Pilch stworzył z tej historii literaturę, po swojemu, wypełniając prozą niedomówienia i dając przy okazji kilka wykładów na temat sztuki, literatury, samobójstw, depresji i co najbardziej mnie pociąga, porannych nabożeństw porządkowania biblioteki. Te wypełniacze, oddalające się od właściwej historii, przypominają zabieg przerobienia autentycznego portretu Durera, którego Wenecjanka trafiła na okładkę książki, ale z dodanym i powiększonym biustem, w kształcie karcianego karo.

Jak by nie patrzeć, to książka miłosna, opowieść o niespełnionej, bo i niemożliwej miłości, to książka z rozterkami, ale i wspomnieniami, zanurzona w prawdzie, ale przecież będąca literacką fikcją, to tragiczne wyznanie człowieka, którego dylematy znamy, czy lepiej być samemu, czy też żyć z kimś (to jak Kiierkegaardowski dylemat: „Ożeń się, będziesz tego żałował; nie żeń się, będziesz tego także żałował; żeń się lub nie żeń, będziesz i tego, i tego żałował, albo się ożenisz, albo nie ożenisz, będziesz żałował tego i tego.”)

Portret młodej wenecjanki” to także bliska mi zawsze aura krakowskich ulic, a zaplątanie Krakowa w historie miłosne zawsze będzie się odnajdywało gdzieś w mojej wrażliwości, choćby to były jedynie wspomnienia z czasów, kiedy spacerowaliśmy ulicą Szpitalną i nic nie zapowiadało, że zamknie się ten punkt napraw wiecznych piór Mariana Grega, podobnie jak i nasza perspektywa.

Pilch rzecz jasna posiada ten dar ironicznego obserwatora, który tak naprawdę widzi siebie i przez siebie świat komentuje, z tym inteligentnym, a jednocześnie czułym spojrzeniem, więc jeśli patrzy na kochanków, patrzy na siebie jak na kochanka już zblazowanego i podstarzałego lowelasa, który ma obok siebie kobietę o trzydzieści lat młodszą, a do tego nieziemsko piękną, więc w takiej to sytuacji uwięziony kochanek, któremu już młodość się wymknęła i martwić się musi o spojrzenia zawistnych dwudziestolatków, którzy ten układ „starca” z boginią oceniają, więc ten tragizm niemożliwego kłóci się z pożądaniem, a na panicznie wymawiane wyznania, że kocham, wymyśla cudowne reakcje, z których obiecuję wykorzystać kilka, z moimi ulubionymi: „sam nie wierzysz w to co mówisz” oraz „No to coś z tym zrób… Ja wszystkiemu nie dam rady”.

Książka ma XXVI rozdziałów, ale nie ma spisu treści; każdy rozdział posiada tytuł, a ostatni jest niezrozumiały. Kończy się zdaniem: „Budzisz się i jak za życia z niebywałą lekkością prowadzisz piłkę między grobami”. Jest rozdział o samobójstwie i dlaczego hak zdominował desperatów porywających się na własne życie, jest o dwóch tajemniczych dziewczynach siedzących przy oknie kawiarni na Sławkowskiej, jest ten Kraków opisywany z nostalgią: „jest parę ulic w Krakowie, na których panują wieczne, choć odmienne pogody – Grodzka to jest ulica ulewnego deszczu, Bracka zimnego świtu, Sławkowska – ciemnego śniegu, Piłsudskiego  – upału.”

Żal jest mi rozstawać się z Pilchem, ale czy nie potrzebuję choć chwili oddechu? Zastanawianie się, czy pisarza stać jeszcze na coś niebywałego wydaje mi się nie na miejscu i przesycone jest buńczuczną swadą domorosłych krytyków. Oczywiście że stać, tylko nie każdemu się chce. Na kolejnego Pilcha przyjdzie pewnie długo poczekać, choć  kto wie? Tymczasem Pilchowe zmagania z wenecjanką można potraktować jak przypowieść z wieloma cytatami, odniesieniami i przypomnieniami, broń boże nie z radami, ale za to z przestrogami, bo jak bohater Pilcha można sobie zanucić: „Kiedy uzyskała (być może kłopotliwy dla niej) tytuł kobiety mojego życia? Szczerze powiem – nie wiem. Nie odnotowałem w pamięci wyrazistego momentu, po którym nastąpiłaby zmiana tytulatury. Nie miała, nie miała i nagle miała. Nagle miała tak jakby od urodzenia miała. Albo powiem wprost: jak tylko ją zobaczyłem – wiedziałem. Wiedziałem, że będą komplikacje.”

„Portret młodej wenecjanki” do kupienia w Taniej Książce.

Belle epoque czyli „Najdłuższa noc”.

Zaplanowałem sobie odczekać z pisaniem o tej książce do czasu obejrzenia pierwszego odcinka serialu z Pawłem Małaszyńskim, ale już teraz widzę, że książka z serialem ma mniej punktów wspólnych, niż się spodziewałem, stąd niecierpliwość, żeby sprawę opisywania książki Bukowskiego i Dancewicza szybko załatwić.

Wrażenia z lektury mam mieszane i nie ukrywam, że duże fragmenty, zwłaszcza z pierwszych partii książki przepuszczałem mimochodem, nie wdając się w opisy „przygód” Jana Edigeya-Koryckiego, które toczyły się poza Krakowem.  Czegoś brakowało w tych opisach, jakoś mnie to nie wciągnęło, bardziej zniecierpliwiło, że miała być intryga kryminalna, a są jakieś egotyczne peregrynacje. W międzyczasie poznajemy historię Jana, którego w serialu zagra Małaszyński, nieszczęśliwą miłość do Konstancji (Magdalena Cielecka), jak się dowiadujemy nawet skonsumowaną, potem odrzucenie, pojedynek, który ponoć dużo zaważył na losach miłosnych pary, ale to ma się wyjaśniać w serialu, wyjazd Jana, a potem powrót do Krakowa, na wieść o śmierci matki. Te dramatyczne przełomy w książce są ledwo zaznaczone, a fakt, że matka została zamordowana determinuje postępowanie bohatera.

16105967_1419382041436924_7163047168572856967_n

Konstancja także zmartwychwstaje na kartach powieści, ale jest tutaj postacią naprawdę bardzo marginalną – jej obecność sprowadza się do opisu miłości, potem wyjazdu i pojawienia się gwałtownego w nowej roli – zapewne w serialu rola Cieleckiej zostanie bardziej wyeksponowana.

Eryk Lubos zagra tym razem nie kochanka, ale patologa, który próbuje wprowadzać nowe standardy w kryminalistyce, przyjaciela Jana, brata Weroniki, do której to postaci odnosi się tytuł książki, związany z najdłuższą nocą roku i żywotami świętych. Skomplikowane to jest jedynie z pozoru, bo seria morderstw, których ofiarą padają kobiety, umocowana jest właśnie w jakimś religijnym szaleństwie, opartym na wymyślonym kodzie fanatyka.

W serialu będzie prawdopodobnie więcej niewyjaśnionych zagadek, ponieważ nasz Jan zostanie zatrudniony w policji, a czytając o jego niezwykłych umiejętnościach, waleczności i sprycie, dostajemy herosa w cylindrze, gotowego ścigać zwyrodnialców i rozkochiwać w sobie nie tylko miejscowe kurtyzany.

Książka ma być wprowadzeniem do serialu, a właściwie podprowadzeniem – napisana została przez aktora i historyka, na zamówienie twórców serialu, na podstawie scenariuszów poszczególnych odcinków.  Dostajemy rzecz jasna trochę ciekawostek z życia Krakowa w pierwszych latach XX wieku, dowiadujemy się jak wyglądało zapalanie gazowych latarni na Plantach, ale główną osią zdaje się być tutaj przechodzenie od zmurszałych metod pracy policji, których symbolem jest komisarz Rudolf Jelinek, którego w serialu zagra obdarzony wielkimi bokobrodami Olaf Lubaszenko, do nowoczesnych sposobów wykrywania zbrodniarzy, opartych na najnowszych zdobyczach naukowych.

A co do samej książki, to jest to taki awanturniczy epizod w życiu bohatera, opisany chaotycznie, do szybkiego przeczytania – być może jako wprowadzenie do serialu zdaje egzamin, pozwala widzom na łatwe wejście w historię. I tylko tyle – ciągu dalszego nie będzie.

Książka o czytaniu.

Zawsze byłem nieufny wobec książek o książkach, książek o czytaniu albo książek o bibliotekach i ich porządkowaniu. Ale jednocześnie takimi książkami jestem perwersyjnie zafascynowany i przezwyciężając swoją nieufność, będąc w księgarniach, oczywiście przypadkowo, bo teraz się księgarni nie odwiedza, no chyba, że z nudów, albo żeby sobie poprawić humor, więc będąc mimochodem w księgarni, tego typu literackie wynurzenia przeglądam, a nawet czytam zachłannie pierwsze stronice. Po takiej przypadkowej lekturze jestem rozczarowany, bo wydaje mi się, że nic odkrywczego tam się nie znajduje, a wszystkie zagadnienia są mi doskonale znane, doświadczenia jednakie nie wymagają skomentowania, powtarzalność przeżyć mnie nudzi.

Książkę o czytaniu” Sobolewskiej jednakowoż kupiłem w jakimś odruchu straceńczym, w porywie uderzeniowym, w stuporze nawet bym powiedział i przez pomyłkę, bo w pakiecie ją nabyłem z inną książką, w wysyłkowej księgarni internetowej, bo tak się obecnie książki kupuje, co zubaża nasze życie o jakiś niezidentyfikowany bezmiar radości i przyjemności.

Studio_20170204_150054_resized

Czytanie Sobolewskiej to nieustanna konfrontacja własnych nawyków i rytuałów z innymi pasjonatami i maniakami czytania. Sobolewska kompiluje przykłady przeróżnych zachowań ludzkich, związanych z czytaniem, a ja mogę jedynie przytaknąć, że też tak czynię lub unieść w zdziwieniu brwi. Rozdziały są krótki i treściwe, zazwyczaj oparte na cytatach z innych pozycji na dany temat, wyszperane czasem i dosyć przypadkowo zestawione – ma się wrażenie, że można było tu zrobić więcej. Czytając rozdział o układaniu książek wiem o co chodzi z miejsca, powiem więcej, od razu przypomina mi się Pilcha tekst „Niewysuszona cnota porządku” z tomu „Bezpowrotna utracona leworęczność” – kto czytał wie o co chodzi – to jest dopiero mistrzowska operacja intelektualna.

W ogóle pisanie o książkach i czytaniu, przypomina opisywanie jakiejś okropnie śmiesznej farsy, wszystko tu zdaje się być marginalnie niepoważne, ale może to tylko moje wrażenie, wynikające stąd, że książki jako przedmioty zdają mi się rzeczami nad wyraz beztroskimi i uroczymi w samej swojej istocie. Rozdział o czytaniu w toalecie nie robi na mnie wrażenia, jako że czytam tak od zawsze, jedynie nie składuję lektur w WC, tylko je tam donoszę.

Ta książka jest rozszerzeniem pozycji wydanej przez Sobolewską w 2012 roku, pod tym samym tytułem – obecnie nie można znaleźć w stopkach redakcyjnych, zawsze fascynujących mnie informacji, które akurat wydanie trzymam w ręku (tak mało brakowało, abym się nabrał na wydane właśnie wznowienie „Dziennika pisanego później” Stasiuka, w nowej szacie graficznej”) lub napomknień o nakładzie – autorka umieściła w nowej odsłonie książki dodatkowe rozdziały. I co my tam znajdziemy? Czytanie w więzieniu mnie mało obchodzi, o ciarkach na grzbiecie wiem raczej w odniesieniu do muzyki, o jedzeniu książek to raczej ciekawostki i dziwadła. Książki nieprzeczytane to frapujący temat, filozoficzny dylemat i dobrze się utwierdzić w przekonaniu, że inni też mają te stosy odłożone na potem.

Książka Sobolewskiej odsłoniła we mnie kilka historii, zapomnianych już mocno, albo w czeluściach leżących, do niczego nie przydatnych, do opowiedzenia na pewno, ale to trzeba mieć komu opowiadać, leżąc w pościeli z papierosem, albo przed samym snem,  na pograniczu, kiedy domagasz się, żebym coś mówił, żebym mówił cokolwiek, więc takie historie nadają się ku temu doskonale. Autorka pisze o zakładce perfumowanej w książce i ja sobie przypominam egzemplarz „Matki” Gorkiego, na który moja szesnastoletnia miłość wylała przez przypadek perfumy Gazela, o duszącym zapachu orientu, zanim mi ją pożyczyła. Wyobrażacie sobie czym takie czytanie nieszczęsnej „Matki” da mnie było…

Albo taka niesamowita historia z „Listami do syna” Witkiewicza, których egzemplarz przetrzymywałem namiętnie wypożyczony z biblioteki, aż w końcu w odruchu szaleństwa, powyrywałem z niego kilka fotografii adresata, którego lata całe wielbiłem, i zdjęcia te towarzyszyły mi na co dzień, przyszpilone do makatki słomianej nad łóżkiem. A kiedy wybuchła wolność i ta rynkowa także, na allegro znalazłem ten tom listów, który zawsze chciałem mieć i za jakieś nawet marne pieniądze nabyłem „Listy do syna”, to ze zdziwieniem stwierdziłem, że egzemplarz ten nie posiada zdjęć Witkacego i to dokładnie tych, które sam usunąłem – powiem więcej, to był ten sam egzemplarz z mojej młodości. Ta historia ma jeszcze swój ciąg dalszy, ponieważ w przypływie szaleństwa, parę lat później, zakupiłem kolejny tom „Listów do syna” zapominając, że mam już jeden, choć wybrakowany.

Książka o czytaniu” poruszy nieznane struny w zajadłym czytelniku, będzie przyjemnością powierzchowną, ale za to jakże smaczną. To zestawienie miłe podniebieniu, lekko chaotyczne, zwłaszcza w oddzieleniu cytatów od myśli autorki, bo czasem nie wiem kto mi tu opowiada. Poza tym to taka fajna odskocznia z ciekawostkami, świadcząca o tym, że książki są przedmiotami, które niektórzy zbierają namiętnie, a pod koniec życia zastanawiają się, co się z nimi stanie po ich śmierci i gdzie trafi ten ulubiony egzemplarz „Listów do Felicji” Kafki.