Londyn w czasach Sherlocka Holmesa.

Ta książka wzbudza zaufanie już samym swoim wyglądem – twarda oprawa, świetna fotografia na okładce, dobry papier i bogate w zdjęcia wnętrze. W Londynie żyje już tylu Polaków, że autorka książki, Krystyna Kaplan, postanowiła dać im kompendium o tym mieście, skupiając się jednak na okresie przełomu wieków, XIX I XX.

Londyn za panowania królowej Wiktorii był stolicą Imperium Brytyjskiego, mocarstwa, które obejmowało 23% lądowej powierzchni świata. I ta pozycja warunkowała rozwój miasta, które dzięki postępowi technicznemu i licznym wynalazkom, rozkwitło i przeobraziło się z zamglonego koszmaru w stolicę na miarę potęgi Imperium.

Studio_20160816_174745_resized

Podróż przez Londyn zaczynamy, jakże by inaczej, od monarchii. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj królowa Wiktoria – śledzimy jej losy od urodzenia w 1819, aż do śmierci na początku wieku XX. Nie każdy Polak, (bo chyba nie Anglik) wie, że pierwsze imię królowej brzmiało Aleksandryna. 20 czerwca 1838, o szóstej rano, poinformowano ją, że została królową imperium. Wiktoria prowadziła dziennik, w którym zapisywała wszystkie wydarzenia – ciekawe, czy ktoś to kiedyś wydał? No i dalej poznajemy jej niemieckiego kuzyna Alberta, który został mężem młodej królowej, a ta zakochana, zanotowała w dzienniku, że w noc poślubną nie spała zbyt wiele. Albert zmarł niespodziewanie po wizycie u swojego niemoralnie prowadzącego się syna, przyszłego króla Edwarda VII. Oszalała z rozpaczy królowa zamknęła się w pałacu i odsunęła nawet od swoich obowiązków, tak że któregoś dnia, ktoś wywiesił na bramie pałacu Buckingham tabliczkę, że rezydencja jest do wynajęcia, gdyż właściciel  wycofał się z interesu.

Książka pełna jest podanych lekko ciekawostek z życia miasta, choć te najciekawsze zapewne nie są czymś nowym dla rodowitego Brytyjczyka, który zapewne wie, skąd wzięła się nazwa słynnej Royal Albert Hall i czyj pomnik stoi przed pałacem Buckingham, wie doskonale ile kochanek miał król Edward VII, i która z nich została dopuszczona do łoża śmierci króla, albo z czym, oprócz szlafroka męża, została pochowana Wiktoria.

Jeśli już przebrniemy przez tę część królewską, dostajemy się do fragmentów opisujących techniczny postęp, który miasto wywindował do miana światowej metropolii.  A więc metro: w 1853 roku parlament uchwalił ustawę o budowie pierwszej na świecie kolei podziemnej; a więc kanalizacja: w połowie wieku XIX, odór zanieczyszczonej Tamizy był tak wielki, że parlament musiał przerywać obrady, a kiedy po zderzeniu dwóch statków, większość ludzi zginęła, bo zatruła się wodą, postanowiono Londyn skanalizować.

Ciekawostki i życiorysy wypełniają dalszą część książki – nie brakuje informacji o Polakach, którzy w swoim życiu zahaczyli o to miasto: Norwid, Chopin, Conrad, Skłodowska i wielu, wielu innych, mają też swoje miejsce w życiu Londynu.

Autorka wprowadza nas we wszystkie niemal aspekty życia miasta – dostajemy solidną porcję obyczajowości, także tej ciemnej strony metropolii, z Kubą Rozpruwaczem na czele. Nie zabraknie również tytułowego Sherlocka Holmesa i perypetii Conan Doyle’a z uśmierconym już słynnym detektywem.

Książkę można zabrać na wycieczkę do Londynu, choć jej wielkość, zapewne znacznie powiększy wagę naszego bagażu podręcznego, w jakiejś taniej linii lotniczej. Wrzućmy ją jednak do bagażu głównego, ponieważ czytanie jej na miejscu, zrekompensuje z pewnością konieczność dźwigania jej w czasie spacerów po mieście.

Żyd hermafrodyta i wisielec w najnowszym kryminale Wrońskiego.

Z Marcinem Wrońskim znam się od dawna, rzecz jasna nie osobiście, nie na wyciągnięcie ręki, choć takie też było spotkanie, ale przecież co to za znajomość, kiedy jeden pamięta uścisk a  drugi od uścisków dłoni ma już odciski; tak więc Marcina Wrońskiego znam, bo przeczytałem wszystkie kryminały z komisarzem Maciejewskim, i nie tylko przeczytałem, ale i postawiłem na półce. Komisarz Maciejewski bliższy mi jest znacznie bardziej, niż terytorialnie zadomowiony obok, Eberhard Mock, którego rychłe pojawienie się w nowej odsłonie, zapowiada kwiecistym stylem sam autor. Maciejewski wywodzi się z Mocka i tu trzeba przyznać pierwszeństwo Markowi Krajewskiemu, w kreowaniu postaci charakterystycznej, no ale jakby  tak analizować, kto się czym i kim inspirował, to możemy dojść w naszych dywagacjach, aż do komisarza Maigreta.

W najnowszej książce Wrońskiego „Portret wisielca”, otrzymujemy po raz kolejny historię przedwojenną, usadowioną w realiach tak przekonywujących, jakby autor zgłębiając dzieje swojego miasta, poznał już wszystkie jego zakamarki. Poruszamy się po Lublinie z lat trzydziestych ubiegłego wieku, podążając śladem komisarza Zygi, który chcąc rozwikłać przyczyny samobójczych śmierci dwóch młodzieńców, biega od jesziwy do KUL-u. Dzięki temu wkraczamy w rzeczywistość stosunków religijnych, ale i narodowych, tego całego zagmatwania przedwojennego, gdzie panuje rasizm, antysemityzm i nacjonalizm.

20160827_124457_resized

Jeden trup w żydowskiej szkole a drugi w katolickiej – Maciejewskiemu coś w tym wszystkim śmierdzi, zwłaszcza że zarówno utopiony jak i powieszony mieli ze sobą do czynienia. W swój charakterystyczny sposób Wroński wrzuca nas w świat zaginiony, jak zawsze sprawnie i z klasą, bo każdy dialog aż skrzy się od dowcipu i dwuznaczności. Sama intryga jest lekko na wyrost skrojona, łatwo dać się wyprowadzić na manowce, sedno sprawy leży nie wiadomo gdzie i sam przyznam, że pod koniec się pogubiłem, nie dlatego, że nie zgadłem kto zabił i czy w ogóle zabił, ale raczej szukałem motywów. A one niby są na wierzchu jak złamany nos Maciejewskiego, ale z drugiej strony ciężko je uzasadnić.

Nie wiem, czy  bohaterowie Wrońskiego, oczywiście ci drugiego planu, są postaciami historycznymi, czy rektor Kuszyński rzeczywiście rządził uczelnią, a cadyk Ajzer istniał naprawdę i był tak bezwzględnym wyzyskiwaczem. Proponuję przeczytać z uwagą co sam autor o tym pisze na końcu kryminału, wyjaśniając swoje podejście do opisywanych wydarzeń. Wspomina tam Wroński o rektorze Józefie Kruszyńskim, więc podobieństwo nazwisk jest zapewne nieprzypadkowe.

Tak więc mamy tu raczej konflikt społeczny, narodowy, polityczny – zawirowanie ideologiczne, a do tego jeszcze próby splątania Kabały z Biblią. Tradycyjnie u Wrońskiego najlepiej wypadają historie opowiedziane niejako przy okazji głównego konfliktu, kiedy to pokazuje się nam świat zaginiony, świat zamordowany, który do wojny stanowił o kolorycie życia w przedwojennym Lublinie, gdzie Cwajgowa wynajmowała pokoje a prostytutki usługiwały zapracowanym studentom jesziwy przez dziurę w płocie. Do tego wspaniały motyw przodownika Fałniewicza, który jeśli tylko pojawia się na stronach książki, śmierdzi mu z ust odorem nie do zniesienia – kuracja, jakiej się podjął polega na piciu specjalnego wywaru, a w jakim celu zamęcza otoczenie to już drogi czytelnik przeczyta pod koniec, ale dla domyślnych nie jest to żadna zagadka.

Przyjemność obcowania z ósmą już powieścią z Maciejewskim jako głównodowodzącym jest jak zawsze dogłębna. W kreowaniu scenek rodzajowych, dialogach, dowcipach, Marcin Wroński doszedł do perfekcji. Trochę gmatwa się przy wyjaśnianiu intrygi, jakby zakończenie rozpływało się, bo wyobrażamy sobie, że zaraz zagadka śmierci zostanie wyjaśniona, a tymczasem sprawy komplikują się, bo my nie śledzimy tylko afery samobójców, ale wplątano nas w rozgrywki na kilku płaszczyznach: policyjnej, narodowościowej, religijnej, obyczajowej i politycznej. Ten tygiel daje nam wspaniały sos, którym autor przyprawia mięso, a tam same smaczne kawałki, łącznie z hermafrodytą, którego to wątek dwupłciowości autor zarzucił, odstępując od drążenia tematu, może i słusznie, a może nie, bo o ile temat wydawałby się smaczny, to jednak odbiór mógłby razić przeciętnego czytelnika, niczym ohydny zapach, wydobywający się z ust przodownika Fałniewicza.

Książkę, lub audiobook, a nawet Ebook dostaniecie tutaj

A po kolejne pozycje Marcina Wrońskiego zapraszam do Taniej Książki

Oona i Salinger

Beigbeder jest z pewnością w gronie kilku pisarzy, których książki będę kupował w ciemno, niezależnie od tego co piszą krytycy, blogerzy od durnych stosików, czy inni mądrale. Większość z tych wyjątkowych autorów, odznacza się  specyficznym stylem, mieszanką egotyzmu, ironii oraz sarkastycznego podejścia do świata. Na pewno do tej grupy nie zaliczę Salingera.

Oona i Salinger” jest wyznaniem miłości. Napisana dla Lary Micheli, którą Beigbeder poślubił w 2014 roku, a której podobieństwo do tytułowej Oony O’Neill jest uderzające, miesza współczesność, z odległą o siedemdziesiąt lat historyjką romansu młodego Salingera z nieletnią celebrytką. Zamiast czytania od początku, sugeruję rozpocząć przygodę z Ooną i Salingerem, od rozdziału ostatniego, kiedy to podstarzały lowelas, czyli brodaty Frederic, poznaje młodziutką Larę ( cóż za piękne imię, wyjęte z Doktora Żywago, niczym błyszczące, czerwone jabłko z koszyka Czerwonego Kapturka). W życiu zdarzają się niezmiernie rzadko, a niektórym niestety wcale, takie chwile olśnienia, kiedy splot okoliczności, sytuacje, timing, zapachy, muzyka, towarzystwo, pogoda – wszystko to zgrywa się razem w magiczną chwilę, która może trwać sekundę, a jeśli przeniesie się płynnie w kilka godzin, czasem jeden dzień (nigdy dłużej), to zostaje w pamięci do samego końca. Tak właśnie B. poznał Larę a Salinger Oonę.

20160813_130159_resized

Autor wymyślił okoliczności romansu, wymyślił listy pisane przez oboje, choć one istnieją w archiwach Chaplinów (Oona została żoną Charliego i urodziła mu ośmioro dzieci). Te autentyczne listy i tak nie mogłyby zostać wydrukowane, gdyż istnieje całkowity zakaz publikacji czegokolwiek, co ma związek z Salingerem – oczywiście oprócz tego, co ukazało się za jego życia, ale B. nie dostał zgody nawet na zapoznanie się z nimi. Więc je sobie wymyślił i skonstruował przewrotną książkę, gdzie fakty mieszają się z fikcją (co ma już swoją nazwę: faction; albo posiłkując się Trumanem Capote i jego „Z zimną krwią” można coś takiego nazwać: non-fiction).

Romans pięknej, nieletniej Oony i dryblasa Jerrego nie trwał długo. Salinger zafascynowany jej urodą i wdziękiem, umawiał się z nią na randki, które Frederic opisuje sugestywnie, łącznie z nieskonsumowanymi nocami. Ta historia krótkiego romansu, błysku, który na oboje miał jakiś wpływ, choć na Salingera zapewne większy, co niektórzy znajdują w „Buszującym w zbożu”, więc ta historia rozlewa się potem na opisywaną przez B. wojenną udrękę Jerrego, która ukształtowała go ostatecznie, ale przecież i okaleczyła. Francuz Beigbeder raczy nas faktami i opisami z lądowania w Normandii, nie szczędzi szczegółów, ale Oona jest już w rękach starego Chaplina – ożeni się z nią kiedy tylko dziewczynka ukończy osiemnaście lat.

Beigbeder potrafi mnie rozśmieszyć, potrafi też celnie uderzyć. Lubię jego dygresje oraz liczne smaczki, kiedy np. pisze: „nagle zacząłem się wysławiać jak Patrick Modiano”, albo „Amerykanie zawsze krzyczą, zwłaszcza gdy im dolać wody do burbona z lodem”, a o dyrektorze Stork Clubu, gdzie balowała piętnastoletnia Oona wspomina, że „był snobem jak bidet w hotelu Waldorf Astoria”. Jednocześnie ten snob i znawca literatury potrafi drwić z siebie, bywa autoironiczny i sarkastyczny. Ten zblazowany koneser, rozprawia się ze współczesnością, której chce dorównać i którą tak pogardza, pisząc o „baranach, które nie chcą być baranami, lecz mimo wszystko skubią trawę, śniąc, że nie należą do stada, krótko mówiąc klienci Freuda, Buddy, Fashion TV i Facebooka.”

Właściwie najbardziej fascynujące są w tej książce początek i koniec: na początku pojawia się Truman Capote a na końcu Lara. Dostajemy też garść ciekawostek, zawsze łakomi plotek i sensacyjek, kto z kim i gdzie; a więc proszę, wybrałem tę, gdzie występuję mój ulubiony malarz oraz piosenkarz: „W następnym roku malarz Balthus zaprosił Oonę do Rossiniere, by przedstawić jej Davida Bowiego, który nagrywał płytę w Montreux.”

B. jako klasyczny amant, uwodziciel a przy tym inteligentny przyjaciel Houellebecqa, napisał książkę o miłości niespełnionej, która zainspirowała miłość jego życia. Czyli generalnie zawsze chodzi o miłość, o czym niektórzy zapominają i w ten sposób zaprzepaszczają swoje życie. Oona była dla Salingera niespełnionym marzeniem, choć znając jego charakter, gdyby się z nią ożenił, nie byłoby pretekstu do napisania ani tej książki, ani nawet „Buszującego w zbożu”. Więc może niespełniona miłość jest lepsza?

Tajemnice Kaplicy Sykstyńskiej

Dzięki wydawnictwu Rebis, zostałem właścicielem grubego tomu, którego już sam skomplikowany tytuł: „Tajemnice Kaplicy Sykstyńskiej. Utajone przesłanie Michała Anioła w sercu Watykanu”, może wywołać dreszcze zaciekawienia. Książka, oprócz twardej oprawy, posiada oryginalną obwolutę, gdzie przedstawiono malowidło dla tych, którzy chcieliby się przyjrzeć szczegółom namalowanym przez Michała Anioła. A jest co oglądać – ci wszyscy, którzy mieli okazję zwiedzić wnętrze kaplicy pamiętają, jak frustrująca jest to wizyta. Przytłoczeni malowidłem, stajemy na środku pomieszczenia w tłumie turystów, zadzierając głowę do góry i przemierzając wzrokiem kolejne sceny, bez zastanowienia, bez pomysłu, a do tego bez koniecznej wiedzy. Gdyby zresztą wpuszczono nas tam w pojedynkę, również czulibyśmy się zagubieni, próbując rozszyfrować sens namalowanych scen.

Dlatego kupujemy albumy i książki, które w spokoju pozwalają nam kontemplować dzieło i zachwycać się szczegółami. W przypadku książki Benjamina Blecha i Roya Dolinera, otrzymujemy znacznie więcej, niż tylko możliwość podziwiania szczegółów – od pierwszych stron zostajemy uwikłani w tajemnicę. Jestem pewny, że książka zyska sobie ogromną rzeszę sympatyków – prezentowane w niej prawdy i stwierdzenia, spokojnie można zaliczyć do spiskowych teorii dziejów, choć wszystko jest tam doskonale udokumentowane, wyjaśnione i udowodnione.

20160806_192633_resized

Jak wiadomo, freski w Kaplicy Sykstyńskiej, autorstwa Michała Anioła, przez lata pokryte kurzem i brudem, zdawały się być specjalnie tak rozmazane i niewyraźne, jakoby intencją malarza było pokazanie malowideł, odzwierciedlających jego ponury charakter. Dopiero po renowacji, pod koniec XX wieku, okazało się, jak kolorowe i nasycone są to przedstawienia, przywracając dyskusję nad tym, dlaczego Michał Anioł namalował sceny ze Starego Testamentu, choć Juliusz II, wcale o tym nie myślał.

Czytanie tej książki to fascynująca opowieść o szczegółach, o których nie mieliśmy pojęcia zwiedzając kaplicę, to opowieść udokumentowana faktami i przykładami, wywołującymi nierzadko uśmiech zdziwienia i niedowierzania, a jednak nie mamy argumentów, które by mogły z tymi teoriami polemizować. Proponuję poddać się wywodom autorów i wyruszyć w tę fascynującą podróż.

Autorzy wiodą nas przez historię, a my czujemy się jak ślepcy prowadzeni przez przewodników. Zaczynamy od zbudowania kaplicy i od razu zostajemy przytłoczeni niezbitymi dowodami na to, że nowa Kaplica Palatyńska, miała zastąpić starożytną Świątynię żydowską w Nowym Jeruzalem, jakim stał się Rzym. Jej wymiary to dokładnie tyle, ile miał hechal, czyli sanktuarium Pierwszej Świątyni króla Salomona, zbudowanej w roku 930 p.n.e. I dalej w podobnym stylu, jakby autorzy chcieli udowodnić, że za wszystkim jak zawsze, stoją Żydzi. I nawet kontrowersyjne teorie, jak ta, mówiąca o tym, że genialny artysta tylko wtedy tworzy największe działa, kiedy posługuje się utajonym znaczeniem, wysnuwane przez autorów, nie przesłaniają sensacyjności prawd zawartych w książce.

Rozdział „Kody w sztuce” wprowadza nas w dywagacje na temat sztuki, ukrywającej znaczenia, o jakiej nie śnili nawet sami autorzy swoich dzieł. Ale to jest przywilej badacza – znaleźć ukryte prawdy nawet tam, gdzie się tego nikt nie spodziewa. Malarze odrodzenia bardzo często nie mieli prawa podpisywania swoich dzieł, więc rozpowszechnił się zwyczaj „podpisywania” obrazu własną twarzą, umiejscowioną w malowanej postaci. A jak „podpisywał” swoje obrazy Leonardo da Vinci i jaki ma to związek z pomnikiem Lincolna w Waszyngtonie? Przeczytajcie sami – wszystko jest udowodnione i udokumentowane.

Teorie autorów, nierzadko zaskakujące, ale zawsze rzetelnie dokumentowane i naukowo wyjaśniane, mogą nas prowokować do zastanawiania się nad tym, czy warto w to wszystko wierzyć, czy warto poddać się sugestiom. Osobiście traktowałem opisywane w książce przykłady z pewnym zmrużeniem oka, ale lubiłem tez poddać się teoriom spiskowym, co zawsze, a zwłaszcza w okresie wakacyjnym, dobrze robi na szare komórki i odświeża lekko spojrzenie na sztukę, świat, religię itp.

Ta książka to świetnie napisana lektura dla pasjonatów sztuki, z której dowiedziałem się tyle ciekawych rzeczy, że przysłoniły mi one wyraźną funkcję sensacyjną, którą autorzy postanowili zaszokować świat, a przecież od tych  faktów nie zniknęło piękno i niepowtarzalność Kaplicy Sykstyńskiej i uwiecznionych w niej malowideł Michała Anioła.

Książka od wydawnictwa Rebis i można ją kupić tutaj

Pirania na kolacje

Książka ma podtytuł „1405 dni w podróży dookoła świata” i ten szmat dni został upchnięty na 430 stronach, licząc również spis treści. Zdolni matematycy mogą sobie przeliczyć, że na jedną stronę opowieści, wypadają trzy dni podróży, ale skaczemy z autorką chaotycznie, czasem zatrzymując się dłużej w jakimś rejonie świata, czasem zbywając niektóre miejsca kilkoma zdaniami, więc nie ma co przeliczać i wyciągać średnią.

Zaglądam na bloga www.z2strony.pl już po przeczytaniu książki Magdy Bogusz, żeby się dowiedzieć jak wygląda powrót do „normalności” po kilkuletniej podróży. Niestety blog umarł, a odżył jedynie z okazji wydania książki. Zresztą trudno się dziwić że umarł, skoro autorzy wrócili i niejako zamknęli jakiś etap w swoim życiu – przecież nie będą opisywać zwyczajności, z którą każdy z nas obcuje bez sentymentów. Codzienność – to mnie zawsze interesowało w literaturze podróżniczej – wywrócenie jej do góry nogami i zmierzenie się z innością, chaotyczne łapanie własnych reakcji na nowe sytuacje. Ale o tym później …

Studio_20160806_123516_resized

Piranie na kolacje” to relacja z podróży młodego małżeństwa, którą rozpoczęli 14 lipca 2010 roku i zakończyli w Nepalu 26 maja 2014. Jako niepoprawny i pedantyczny maruda, zadałbym podróżnikom zaskakujące pytanie: „a dlaczego nie poczekaliście z powrotem jeszcze półtora miesiąca, żeby klasycznie i dokładnie zamknąć się w doskonałym cyklu okrągło rocznym”? Wiem, że to głupie pytanie, ale korci. Takich pytań nie zadaje się prawdziwym podróżnikom, którzy jak wiadomo, do końca nie wiedzą dokąd jadą, oraz nie wiedzą kiedy wrócą, jeśli kiedykolwiek wrócą. Turysta już pierwszego dnia od wyjazdu, myśli o tym jak wróci, a podróżnik nie zaprząta siebie głowy tym problemem.

Początek książki Magdy Bogusz jest jak każda podróż – ciężko odciąć się od świata pozostawionego, wciąż się tkwi w dawnej rzeczywistości i czuje zapachy własnej kuchni. Trzeba opisać okoliczności, motywy, kłopoty, pomysły, całą tę otoczkę, która daje kopniaka w nieznane. I dlatego rozpędzanie się przygody wydaje się takie nużące – już byśmy chcieli, żeby coś się działo. Tomasz w tej opowieści jest ideałem partnera nie tylko życiowego: zaradny, zdolny, mądry i w ogóle. Ona musi to opisać, skrzętnie skrywając wszelkie zgrzyty i nieporozumienia. I tutaj się rozczarowałem, bo sielanka partnerska mnie mierzi a konflikty ekscytują. Rozciągnięta w długim czasie drogi relacja małżonków wydaje się bardziej interesująca niż opisywanie kolejnych cudowności świata ujrzanego. Reporterskie zdania z kolejnych widzianych miejsc przemykają niczym słupki na autostradzie; czasem zatrzymujemy się na dłużej w Antigui, gdzie wierzą w komunizm, czasem przeżywamy burzę na oceanie. Posuwamy się uparcie do przodu, dookoła świata – Magda ma w sobie cały ogrom rzeczywistości – my tylko to, co udało jej się wydestylować i opisać, wyławiając smaczne kąski, ale nigdy nie dopuszczając nas do sedna życia, które jak pisał Milan Kundera, ”jest gdzie indziej”.

A więc skok przez ocean, autostop do Chicago, perypetie z samochodem, którym samodzielnie podróżowali przez trzy miesiące – ten amerykański sen przemyka nam przed oczami bardzo szybko, jakby oddalenie przygody amerykańskiej, od czasu jej opisywania, wyrzuciło z pamięci większość chwil tam przeżytych, a przecież niejeden uczyniłby tę podróż ze wschodu na zachód, źródłem zajmującej książki. W Meksyku siedzą trzy miesiące, w Gwatemali dwa miesiące uczą się hiszpańskiego – matko święta, ile to jest czasu, to jest już życie, to normalne funkcjonowanie w obcym terenie, który szybko staje się domem – siedząc w meksykańskim Tulum przez dwa tygodnie, wydawało mi się, że jestem zadomowiony i oswojony – gdybym tam został miesiąc dłużej, czułbym się jak u siebie w domu. A oni jadą dalej; Ameryka Południowa motorem – odważnie. Pacyfik przemierzony jachtostopem daje posmak czym jest podróż – niekończącym się pasmem zapachów, udręki, niewygody, kulinarnych eksperymentów, bólów brzucha nie mówiąc o głowie itd. itd. Osiem miesięcy pod żaglami to nie tylko oczarowanie – Bogusz sugestywnie opisuje co trzeba znieść, żeby się zachwycić. W Australii pracują żeby zarobić na ciąg dalszy – znowu monotonia ośmiomiesięcznej pracy, skondensowana na kilku stronach – a przecież tyle się tam działo, prawda Pani Magdo? Nie da się przecież wszystkiego opisać. Azja na rowerach i ta końcówka trochę napisana ku pamięci przyjaciela Tomasa ze Słowacji, który zaginął w Himalajach.

Na tylnej okładce wielkimi literami takie zdanie: „czy po tak długiej podróży „normalne” życie jest w ogóle możliwe?” Chciałoby się napisać, że po takiej podróży, nie ma już „normalnego” życia – jest życie napiętnowane przeszłością zostawioną w podróży i obrazami, które zostaną do końca życia. A przecież podróżuje się tylko po to, żeby w końcu wrócić, Bo ci, którzy nie wracają nigdy, przestają być podróżnikami. Stają się emigrantami.

Książka Magdy Bogusz to relacja z przygody życia, na którą pozwolą sobie nieliczni, ale przeczytać mogą wszyscy, bo pozwala posmakować świata, który kurczy się na naszych oczach i przedostanie się na drugi koniec globu, nie jest już nawet kosztowne. Wciągająca relacja może zainspirować głodnych wrażeń, ale przede wszystkim ofiaruje odległe krajobrazy tym wszystkim, którzy pozostaną w domu. Na zawsze.

Polscy podróżnicy.

W okresie wakacyjnym spada na mnie szereg książek o podróżach, jakby starając się przekonać, że nie Kafka, z tym zielonym tomem wszystkich zebranych opowiadań, nie Max Frisch, w wielkim tomie zachwalanego Dziennika, ale właśnie opisy peregrynacji rodaków to lektura na gorący lipiec. W przypadku grubego tomu wydanego przez Frondę pod szumnym tytułem: „Poza horyzont. Polscy podróżnicy” pary autorskiej: Joanny Łenyk-Barszcz oraz Przemysława Barszcza, dostajemy coś, co jest przemieszaniem życiorysów, książki przygodowo-awanturniczej z fabularyzowaną historią.

Zaczynamy chronologicznie od pradziejów, bo poznajemy historię Świętosławy „Sigrid”, córki Mieszka, oddanej władcy wikingów Erykowi, w celu obrony przed siłą państwa duńskiego. Po śmierci Eryka wydaje się za władcę Dani, zostawiając na tronie Szwecji syna. Autorzy barwnie kreślą losy córki Mieszka i Dobrawy, opisując jej starcie z mężem jako bunt dumnej kobiety i upartego króla. Świętosława postanawia wrócić do Gniezna do brata Bolesława. Dalej dostajemy opisy losów matki trzech królów: Szwecji, Dani i Anglii, rzecz jasna w takiej wersji mocno przygodowej, doskonałej dla fascynujących się historią młodzieńców. Bo to książka wybitnie dla nastolatków, rozbudzająca pragnienia przeżycia czegoś wymagającego odwagi, czegoś tak ekscytującego jak podróż w nieznane.

Jak wspomniałem to gruby tom, bogato ilustrowany, a kolejne rozdziały mówią o poszukiwaniu korzeni średniowiecznego rycerza Jaksy Gryfita – to opowieść jakby przeniesiona z „Sherlocka”. A dalej: kim są strażnicy Grobu Bożego, gdzie jest zamek w Miechowie i jaką rolę w tej historii odgrywają krakowskie norbetanki? Poznajemy losy tajnego wysłannika papieskiego, Benedykta Polaka, który w dramatycznych okolicznościach dotarł do Mongolii – na długo przed wyprawą Marco Polo. A Żyd z Poznania – Kasper – człowiek dwóch kontynentów, szpieg indyjskiego sułtana, chrześniak Vasco Da Gamy i odkrywca Brazylii. Śledzimy podróż jezuity Michała Boyma przebiegającą przez 4 kontynenty i 3 oceany. Szczególnie interesowali go Kafrowie, a celem było Makau w Chinach.

Krzysztof Arciszewski, najwybitniejszy artylerzysta swej epoki, admirał i zdobywca Pernambuco, jako pierwszy Polak badał zaginione plemiona indiańskie. Być może był pierwszym nurkiem na świecie, który w stroju własnego pomysłu kilka godzin spędził pod wodą. Znany z nazwiska i słynnego poematu dygresyjnego Słowackiego Maurycy Beniowski, zjednoczył pod swoim berłem wszystkie plemiona Madagaskaru. Chcąc przejąć jego pamiętnik, opisujący Północny Pacyfik, szpiedzy wielkich mocarstw dopuszczali się morderstw i podpaleń. A łowca orchidei – Józef Warszewicz – odkrył nieznane w Europie gatunki i rodzaje roślin.

Na koniec polski przyrodnik Benedykt Dybowski, który z głębokim żalem rozstawał się z Syberią, na którą został zesłany. Książkę zamyka  podróż dookoła świata, na którą  wyruszył jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów – Julian Fałat. Czytamy z wypiekami o tych losach, a na koniec historii o Fałacie, zupełnie już współczesna afera z odzyskaniem dwóch jego obrazów, wystawionych na aukcji w USA.

Ten tom ciężko zabrać w podróż, ale spokojnie można wrzucić do walizki nastolatka, której przecież nie będzie nosił, zanim rzecz jasna nie sprawi sobie prawdziwie profesjonalnego plecaka.

Motyle Nabokova

 Własnym zdaniem,  to oczywiście książka dla snobów i miłośników twórczości autora „Lolity”. Proponuję rozpocząć podróż od pięciu pism lepidopterologicznych, które moszczą się na samym końcu książki i noszą wielce perwersyjne tytuły, takie jak: „Samica Lycaeides sublivens Nab” lub też „Zbieranie motyli w Wyoming, 1952”. Nabokov w latach czterdziestych przez kilka lat pracował na Harvardzie jako entomolog w Muzeum Zoologii Porównawczej, ale prawdziwe początki fascynacji motylami sięgają jego dzieciństwa w rajskiej Rosji przedrewolucyjnej, kiedy to matka pomogła przyszłemu pisarzowi oporządzić pierwszego pazia i pierwszego zawisaka, a kolekcja przyszpilonych motyli ojca, wzbudzała w nim niejasną tęsknotę. Kilka atlasów motyli, które stoją u mnie na najniższej półce, między innymi lekko przykurzona Encyklopedia „Motyle” Paula Smarta, to efekt młodzieńczej i bezwarunkowej miłości do prozy Nabokova, podobnie jak popularne kiedyś kolekcje zasuszonych owadów, w kolorowych i egzotycznych barwach wiszące w  ramkach na ścianie.

Poetycko opisane motyle zyskują zupełnie inną rangę i czyta się naukową prozę Nabokova jak liryczny poemat z dziwnego świata entomologii. Czerwony motyl na okładce daje złudzenie, że oto dostaniemy coś w stylu grubej księgi pod tytułem „Motyle Nabokova”, w której Boyd, Pyle oraz syn Dmitrij Nabokov, zgromadzili wszystko to, co autor „Ady” zdołał napisać o motylach przez całe swoje życie, od fragmentów listów, po kawałki z wszystkich swoich książek, w których przecież aż roi się od błyskających skrzydeł.

A jednak to nie jest książka o motylach Nabokova. Dostajemy zbiór polemiczny, w formie odpowiedzi Nabokova na liczne artykuły czy wywiady, które o nim publikowano. I jest to naprawdę smaczne danie zwłaszcza dla fanatyków twórczości Rosjanina – zebrane wywiady pozwalają odszukać wszystkie te bufoniaste, ale przecież jakże typowe dla Nabokova stwierdzenia, którymi tak łatwo się zachwycamy. Jednocześnie forma tych wywiadów wymusza pewną sztuczność, ponieważ wiemy, co autor nam niezwłocznie zdradza, że bardzo rzadko można było go nakłonić do odpowiedzi na pytania zadawane bezpośrednio – cyzelowane wypowiedzi były wcześniej spisane i przekazywane redakcjom lub dziennikarzom. Czyta się to ze smakiem dostrzegając ironię, dowcip i samouwielbienie mistrza prozy.

Nabokov na pytanie dlaczego nie ma własnego domu, odpowiada, że trudno jest odtworzyć warunki dzieciństwa – nigdy nic nie dorówna wspomnieniom, więc po co kłopotać się namiastkami. Na pytanie dziennikarza Playboya czy wierzy w Boga odpowiada błyskotliwie, w swoim stylu i polecam to sobie zanotować, żeby kiedyś błysnąć w towarzystwie i wywołać zdumienie jakiejś blond piękności: „Żeby być całkowicie szczerym, powiem coś, czego jeszcze nigdy nie mówiłem, i co, mam nadzieję, wzbudza trzeźwiący dreszczyk, a mianowicie że wiem więcej, niźli potrafię wyrazić słowami, a ta odrobina, którą potrafię wyrazić, nie byłaby wyrażona, gdybym nie wiedział więcej.”

Oczywiście Nabokov tutaj również powtarza znane swoje awersje do pewnego rodzaju literatury, pisząc o Faulknerze jako twórcy kukurydzianych kronik, o Pasternaku, że jego „Doktor Żywago” jest paskudnie napisany, a Mann stworzył głupkowatą „Śmierć w Wenecji.” Wielkie książki kreowane przez dziennikarzy czy krytyków, przypominają mu czasem jakieś absurdalne złudzenie – jak gdyby ofiara hipnozy uprawiała miłość z krzesłem – to zapewne aluzja do wyśmiewanego na każdym kroku konowała Freuda.  Nabokov szacunkiem darzy niewielu: spotkanego osobiście Joycea, rzecz jasna Kafkę z jego „Przemianą” oraz pierwszą połowę „W poszukiwaniu straconego czasu”. Chwaląc Joycea nie waha się napisać o „Finneganów trenie”, że jest mętną i bezkształtną masa fałszywego folkloru. O aforyzmach mówi, że są przejawem sklerozy, a o dobrych książkach jako czymś subiektywnym i trudnym – sztuka powinna być trudna, także dla czytelnika.

W tych wywiadach, artykułach, sprostowaniach przebijają się czasem smakołyki, bezcenne dla fanatyków twórczości Nabokova, jak np. ten fragment, kiedy przedstawia on swoje drzewo rodowe i czytając o przodkach, natykamy się na kawałek, gdzie pojawia się gruby Bolek III, książę śląski, umiejscowiony w rodzinie pisarza.

Smaczki, właśnie takie bezlitosne smakołyki, wyzierające dla uważnego czytelnika z każdej strony, stanowią sól tej zbieraniny wywiadów i artykułów. Nabokov się powtarza, puszy i wymądrza, ale jakże to jest rozkoszne, jaki to jest miód dla wszelkiego rodzaju snobów literackich. Baron Charlus Prousta zdaje się być najlepszym partnerem tych wypowiedzi, ten proustowski wymysł rozumiałby pisarza w każdym calu.

Własnym zdaniem” to kompilacja lekko chaotyczna i raczej przeznaczona dla znawców twórczości Nabokova, a nie tylko tych, którzy słyszeli o „Lolicie”, przeczytali „Pnina”, a ugrzęźli w „Adzie”. Jeśli pierwsze zdanie Przedmowy wyda ci się skandaliczne („Myślę jak geniusz, pisze jak najlepszy stylista, ale mówię jak dziecko”) to nie masz czego szukać dalej; ale jeśli znasz „Maszeńkę” i „Zaproszenie na egzekucję” to poczujesz się tu jak u siebie w domu.

„Własnym zdaniem” można kupić na www.taniaksiazka.pl

TK_male (1)

„Vai lá cara” czyli dawaj ziomek.

Kiedy dostaję książkę podróżniczą do zrecenzowania, raczej nie odmawiam. Jednocześnie w księgarniach, przebierając w dziale z tego typu literaturą, choć kusi mnie czytanie o dalekich krajach, których jeszcze nie odwiedziłem, zazwyczaj odkładam ze smutkiem te wszystkie relacje z przemierzania motorem świata, rowerem Azji, czy piechotą Europy. Nawet czytając klasyków typu Paul Theroux, Colin Thubron czy choćby Terzani, staram się wybierać pozycje, które odnoszą się do miejsc, gdzie udało mi się przebywać. Nie daję się skusić literaturze uprawianej przez lansowanych usilnie celebrytów w rodzaju Cejrowskiego, Wojciechowskiej, czy o zgrozo Beaty Pawlikowskiej – ten typ powierzchownej relacji kompletnie mnie nie pociąga. Czytam o Iranie jeżdżąc po Teheranie metrem, oglądam Angkor Pałkiewicza, dopasowując fotografie do miejsc, w których paliłem papierosy.

Seria podróżnicza Muzy zaskakuje wyborem autorów – są to zazwyczaj debiutanci, młodzi, polscy bezkompromisowi podróżnicy, którzy wprowadzają nową jakość w opisywaniu miejsc, do których dotarli. „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” Tony Kososkiego (a właściwie Przemka) sprawiła, że z początkowego stanu niedowierzania, sceptycyzmu i znudzenia, przeistoczyłem się w namiętnego czytelnika. To kubeł zimnej wody, rozżarzona raca wrzucona w tłum, nagłe olśnienie i fascynacja. Tak bezkompromisowej historii drogi nie czytałem jeszcze nigdy, zwłaszcza, że napisał ją chłopak dwudziestotrzyletni, roześmiany dryblas z bródką, szczerzący zęby w rozbrajającym uśmiechu i niezmordowany gawędziarz.

okladka_Nie kady Brazylijczyk taczy samb_druk.indd

Zaczyna się dosyć konwencjonalnie, jak każda podróż, kiedy trzeba pozałatwiać tysiące spraw, zorganizować sobie życie na najbliższe tygodnie, coś zaplanować i coś postanowić. Przewracam kartki pewny, że odpadnę za następnym rogiem tej żmudnej opowieści, o tym, jak załapać się jako wolontariusz na mistrzostwa świata w piłce nożnej do Brazylii. Tony to facet, który potrafi załatwić wszystko, nie odpuszcza, drąży i prze do przodu, pomimo okoliczności. W końcu mamy go już w Rio, trochę relacjonuje mecze, które udało mu się obejrzeć, ale już widać, że to tylko pretekst, że Tony już się rozpędza, zaczyna się rozpasanie emocjonalne i książka wkracza w fazę rollercoastera. Kososki opisuje wszystko co widzi, co mu się zdarzyło, gdzie poszedł, gdzie spał, co przeżył. Narracja wpada w wir, z którego wyjdziecie z przetrąconą wolą, rozłożycie ręce z grymasem niedowierzania na twarzy, nie będziecie się mogli oderwać od tej przygody.

Po mistrzostwach Tony postanawia pojeździć po Ameryce Południowej, zrealizować swoje marzenia zobaczenia miejsca, o których usłyszał i zapamiętał, ale nie te miejsca stanowią o urodzie tego przekazu. Oczywiście pięknie się czyta o gościnności tubylców, o tym, że ludzie wcale nie są tacy źli i tego typu podobne komunały – to zawsze robi wrażenie na podróżujących, że ludzie zawsze cię ugoszczą i nie pozwolą, żebyś głodował. Z tym w książce Kososkiego mamy do czynienia na każdym kroku i miliony gestów poruszają nasze serca, jak zawsze.

Ja byłem zafascynowany samym autorem, tym niesamowicie otwartym i żądnym wrażeń człowiekiem, który postanowił pchać się w niebezpieczne favele brazylijskie, przemierzać piechotą boliwijskie La Paz, gdzie sam czułem się nieswojo nawet w biały dzień, zatrzymywać stopa w miejscach, gdzie nikt inny nawet o tym nie myślał, bo takie to wydawało się absurdalne. Ile trzeba mieć w sobie żywotności i takiej kosmicznej siły przebicia, żeby znieść te wszystkie niewygody podróżowania praktycznie bez pieniędzy, spanie w lichym namiocie, w bajecznie tanich hotelikach czy u przygodnie spotkanych ludzi. Wszyscy, którzy jeżdżą po świecie wiedzą, że we wspomnieniach zatracają się te wszystkie niewygody, zmęczenie,  zniecierpliwienie, udręka upałów i chłodne noce, te chwile, kiedy się już nie chce jechać kolejną, dziesiąta godzinę zatłoczonym autobusem, choroby, ukąszenia owadów, o których nie śniło się entomologom, bóle brzucha, rozwolnienia, głód i pragnienie i milion kolejnych, nieliterackich sytuacji. A Tony pisze o wszystkim z takim entuzjazmem, że chce się to wszystko przeżyć, chce się tam z nim być, widzieć to wszystko tak zachłannie jak ten młody, zwariowany chłopak.

Wydawca pisze: „Przemieszczając się głównie autostopem (którego lokalna forma oznaczała jazdę na pace ze zwierzętami), Tony Kososki zgłębia między innymi realia życia górników w Potosí i typowej boliwijskiej rodziny. Jako przewodnik dociera na największe solnisko świata – Salar de Uyuni, później wyrusza do amazońskiej dżungli, gdzie przypadkiem spotyka szamana i eksperymentuje z ayahuascą. Następnie jedzie nad Jezioro Titicaca, aby przyjrzeć się Indianom żyjącym na wyspach z trzciny. Na trasie podróży nie mogło zabraknąć też Machu Picchu i Świętej Doliny Inków w Andach. Ostatni przystanek to położone w Amazonii Iquitos, do którego dociera łodzią jako członek załogi. Założeniem jego podróży było ograniczenie do minimum kosztów transportu i noclegu. Autor planował spędzić w Ameryce Południowej dwa miesiące, został szesnaście.

Autora znajdziecie oczywiście na facebooku oraz na blogu Vai lá cara. Obecnie realizuje swoje kolejne marzenie, czyli podróż do Stanów Zjednoczonych, żeby jak pisze: „zagrać za dolara w Las Vegas, zobaczyć Manhattan, spotkać się ze Snoop Dogiem no i dalej dookoła świata …”

Z pewnością będzie z tego kolejna, rewelacyjna książka.

Wojciech Kossak

Urodził się w Paryżu, w noc sylwestrową, kwadrans przed północą. Jego brat bliźniak już 1 stycznia. Podwójne urodziny wybawiły rodziców z kłopotu, ponieważ zgłosiło się dwóch ojców chrzestnych i któremuś należało odmówić – bliźniaki rozwiązały dylemat: Chłopiec urodzony 31 grudnia 1856 roku, to Wojciech Kossak, a jego chrzestnym został słynny francuski malarz batalista Horacy Vernet. Po nim również Wojciech otrzymał drugie imię.

Maja  i Jan Łozińscy to autorzy wielu książek opisujących historię polskiej obyczajowości XIX wieku i w okresie przedwojennym. Pisali już o naszej arystokracji (Życie codzienne arystokracji), ziemiaństwie (W ziemiańskim dworze). Są autorami przybliżającymi nam życie elit z przełomu wieków (Ułani, poeci, dżentelmeni), czy też bliższe nam dzieje  zaraz po drugiej wojnie (W powojennej Polsce).

Wojciech Kossak. Opowiesc biograficzna - Maja i Jan Lozinscy8

Materiały do swoich opowieści znajdują w pamiętnikach, wspomnieniach, relacjach, oraz w ówczesnej prasie i literaturze pięknej. To lektura lekka i popularna, przeznaczona dla szerokiej publiczności, a jednocześnie mocno osadzona w faktach. Taki właśnie charakter ma najnowsza książka o naszym wybitnym malarzu Wojciechu Kossaku.

Wojciech Kossak był nie tylko świetnym malarzem, ale również niezwykłą osobowością. Jego historia podana jest rzetelnie i ze smakiem, w sam raz dla czytelnika, który szuka w literaturze odprężenia, a jednocześnie chciałby się czegoś nauczyć.

Kossak należał całym sercem do akademickiej szkoły malarskiej, stąd oglądając impresjonistów zgadzał się z ówczesną opinią krytyków, którzy kpili z obrazów Moneta czy Degasa. Jemu też nie było łatwo – dużo wystawiał nie tylko w Paryżu czy Wiedniu, ale również w Krakowie, Monachium, Norymberdze czy we Lwowie.

Ożeniony z Marią Kisielnicką, ziemianką z łomżyńskiego, pozostał w tym związku do końca życia, pomimo licznych romansów i zawirowań uczuciowych. Jego córki to znana poetka Maria Pawlikowska Jasnorzewska oraz Magdalena Samozwaniec. W książce Łozińskich przeczytamy nie tylko jak powstawały jego najsłynniejsze obrazy, ale także o historiach obyczajowych, jak np. pojedynek z równie znanym Julianem Fałatem, z którym pracowali wspólnie nad panoramą z bitwy pod Berezyną. Fałat spoliczkował Kossaka a ten wyzwał go na pojedynek. Na podmiejskim Ursynowie strzelali się z pistoletów: Kossak chybił a Fałat w ogóle odmówił strzału. Takie to były pojedynki …

Wracając do malowanych panoram, jako mieszkaniec Wrocławia musiałem oglądać słynną Panoramę Racławicką, autorstwa właśnie Wojciecha Kossaka oraz Jana Styki. W książce poznajemy okoliczności powstania tej najsłynniejszej polskiej panoramy, a także szeregu innych, które Kossak planował w związku z ówczesną modą na takie przedsięwzięcia.

Najsłynniejszy romans Wojciecha, liczącego wówczas 52 lata, przytrafił mu się z młodszą o połowę Zofią Hoesickową, zamężną i piękną kobietą, która przez wiele lat opierała się zalotom Kossaka, żeby w końcu ulec przystojnemu malarzowi. Zmagania malarskie i romanse Wojciecha Kossaka ukazują nam człowieka pewnego siebie, swojej wartości i uroku – znał wszystkich najważniejszych ludzi i polityków w Polsce i nie tylko, przyjaźnił się z cesarzem, malował dygnitarzy i znanego z awersji do pozowania Piłsudskiego, którego namalował na słynnej hiszpance. A konie Kossak potrafił malować jak nikt inny, o czym wiemy z licznych reprodukcji, rozsianych po podręcznikach historii i nie tylko.

Mając już po sześćdziesiątce wdał się w kolejny romans Z operową śpiewaczką, która zresztą wkrótce porzuciła go dla kogoś z zasobniejszym portfelem. Mając ponad osiemdziesiąt lat marzył o tym, żeby mieć …. siedemdziesiąt, kiedy to cieszył się jeszcze doskonałym zdrowiem. Nieustannie pracował, żeby zapewnić byt rodzinie, a popyt na jego obrazy powodował, że powstawało mnóstwo sztampowych obrazów na zamówienie, najczęściej bogatych ziemian, portretowanych na tle swoich dworków.

Nie zgodził się sportretować Hansa Franka, nie sprzedał niczego Niemcom. Jego los, jakże odmienny np. od losu Zofii Stryjeńskiej, pokazuje jednak nieustanne zmagania się z rzeczywistością, gdzie artysta postrzegany był jak wyrobnik.

Opowieść biograficzna o Kossaku, to kolejna pozycja w stylu Łozińskich czy Mariusza Urbanka, bardziej popularna niż książki o Kobro czy Stryjeńskiej. Dla wyjeżdżających, dojeżdżających, podróżujących to świetna alternatywa dla gazet codziennych.

Kafka sprzed dekady.

Jeśli miałbym wskazać pisarza, którego proza zrobiła na mnie największe wrażenie, to bez wahania wskazałbym na Franza Kafkę. Niemiecki Żyd mieszkający w Pradze, chudy, wiotki i przystojny, nieśmiały, grzeczny, skupiony. Zgromadziłem jego książki, dzienniki, listy już dawno – mam wszystko, wszystko również przeczytałem lata temu. Czasem tęsknię. Chciałbym odrzucić to wszystko co spływa do mnie szeroką falą nowości, te współczesne błahostki literackie, kryminały, biografie, reportaże i wrócić do zimnej prozy Franza. Mityczność tej mojej fascynacji jest też powrotem do młodości, kiedy czytało się wyłącznie klasykę, książki, które tkwią we mnie do dziś. Przeglądając blogi o książkach zastanawiam się nad gustami „recenzentów”, zanurzonych w powodzi rzeczy bezwartościowych, zachwycających się mdłymi romansami, bełkotem autorów, lichymi surogatami literackimi.

Szaloną myśl powrotu do prozy Kafki pomógł mi rozwinąć gruby, zielony tom zebranych „Opowieści i przypowieści”, który ukazał się niedawno nakładem PIW-u. Szukając najlepszej opcji zakupu tego zbioru, natrafiłem na niebieską okładkę biografii Franza i lekko skonsternowany, postanowiłem ją również zakupić. Już w drodze z księgarni, trzymając w rękach książkę Klausa Wagenbacha, poczułem dziwaczny niepokój. Książka wydawała mi się znajoma, odnajdywałem w pamięci ten kolor, kształt liter na okładce, znajome wnętrze z fotografiami. Oczywiście, że tak – miałem już tę pozycję w swoich zbiorach – ukazała się w 2006 roku. Wtedy zapewne ją jedynie szybko przerzuciłem, przeczytałem pobieżnie, po łebkach, bo można ją tak potraktować, gdyż jest skromna, łatwa w czytaniu, doskonała dla kogoś, kto dopiero Kafki chce się nauczyć, kto nie wgryzał się w Dzienniki, nie widział na oczy „Listów do Mileny”,  a o Listach do Felicji” tylko słyszał od starszego kolegi.

Napisałem dziesięć lat temu recenzję tej biografii i zachwycony nie byłem. Teraz jestem w stanie troszkę zmienić swoje zdanie, niewiele, ale jednak złagodniałem w ocenie – warto czasem takiego bryka przerzucić w leniwą niedzielę, zamiast ślizgać się po prozie w kolorowych okładkach, na których kwiaty, porcelanowe kobiety o pszenicznych włosach, albo klasyczne dworki ze zwisającym nad kominem napisem: miłość.

A poniżej recenzja sprzed dekady. Wydaje się, że to było wczoraj; czytałem wówczas Listy Witkacego do żony, „Splendor” Nabokova czy Simenona. (Fefone gdzie jesteś?)

„Franz Kafka” Wydawnictwo Nisza 2006 kosztowało 36 zł. Zapłaciłem za turkusową okładkę na której charakterystyczny napis literami z atramentu czarnego, w stylu słynnych rysunków Kafki. Jaki był pomysł na ta książkę to ja nie wiem, bo średnio fanatyczny miłośnik mógł to napisać bez większego wysiłku, więc może po prostu trzeba było podrzucić kolejną książkę dla wygłodzonych fanów. Czytałem gdzieś, że to biografia od dawna oczekiwana i już widzę, że to zwykły chwyt poniżej pasa wydawców, którym już nikt nie wierzy. Jaki trzeba mieć pomysł na Kafkę, w jaką atmosferę wejść żeby cokolwiek uchwycić? Powielić listę faktów potrafi średnio sprawny rzemieślnik, więc jeśli miała to być kolejna pozycja dla nowicjuszy to po co ja to kupowałem. Dzisiejszy odbiorca Kafki jeśli ma 20 lat, to już interpretuje zupełnie odmiennie to dzieło, zanurzony w świecie który przekręcił się o 180 stopni, tylko nie wiadomo w którą stronę. Znane fakty, pospolite zdjęcia, widokówki starej Pragi i ten turkusowy kolor w czarno-białej rzeczywistości świata Procesu. Bo Kafka jest na pewno czarny jak obcisły garnitur, który nosił, jak noce kiedy pisał, jak cisza, która przewraca każdego, kto chciałby prześlizgnąć się obok. Uroda tej książki nie musi być dysonansem, ale jeśli jej treść jest banalna to właśnie nałożenie się tych cech powoduje, że przestajemy ufać autorowi. I najgorsze co może spotkać czytelnika, czyli ostatnie 30 stron książki, gdzie niczym laurka opinie wielkich tego świata o Kafce, sprowadzające cały ten tomik do jakiejś czytanki dla przypadkowych gości. Więc po co panowie, po co nam to wrzuciliście do ogródka, po co w to upalne lato sprawiacie zawód nielicznym fanatykom?

Kupowanie książek to przyjemność z którą mało co można porównać – samo czytanie często rozczarowuje, denerwuje i potrafimy jak Żeromski odrzucić daleko w zboże Dostojewskiego. Kupowanie Kafki, kupowanie o Kafce, kupowanie obietnicy Kafki może zrekompensować to, co stanie się później, czego wszystkim serdecznie życzę.