Liczniki darmowe mojeksiazki blog
Spis moli
referer referrer referers referrers http_referer
księga gości


2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Książkoblogi
Brulionbeel
Komisarz
Bryka
Magamara
Nieco
Buksy
Chihro

Antykwariat
Blog Kwadrygi
Kwadryga

Kacper czyta: Zwiadowcy tom 5

Barnes "Papuga Flauberta"

Rewelacja wydawnicza: Stacy Schiff "Vera Nabokova"
* Dziennikarz:Czy mógłby pan powiedzieć jak ważna była w pana pracy rola żony.Nabokov:Nie.Nie mógłbym

poczta: mojeksiazki małpa gazeta.pl

A. Indrioason "Grobowa cisza"

Już na półce
Davis"Miles. Autobiografia"
Bart"Don Juan raz jeszcze"
Dostojewski"Zbrodnia i kara"
Grechuta"Będziesz się uśmiechać"
Bukowski"Hollywood"
Krajewski"Festung Breslau"
Pound"Poezje wybrane"
Wagenbach"Franz Kafka"
Sandauer"Proza"
Nabokov"Splendor"
Simenon"Maigret"
Witkacy"Listy do żony"
Bukowski"Zapiski starego świntucha"
Oe"Zerwać pąki, zabić dzieci"
Rimbaud"Wiersze"
Lem"Szpital przemienienia"
Łoziński"Reisefieber"
Rylski"Warunek"
Schiff"Vera Nabokova"
Nabokov"Lolita"
Gasset"Szkice o miłości"
Marek Aureliusz"Rozmyślania"
Białoszewski"Obmapywanie Europy"
Witkiewicz"Listy do syna"
Marquez"Rzecz o mych smutnych dziwkach"
Achmatowa"Wiersze"
Auden"Ręka farbiarza"
Staff"Poezje"
Rylski"Człowiek w cieniu"
Witkacy"wistość tych rzeczy..."
Pearl"Klub Dantego"
Stasiuk"Jadąc do Babadag"
Auster"Nieczyste zagranie"
Masłowska"Paw królowej"
"Mount Everest.Dzieje zdobycia i podboju"
Mann"Czarodziejska góra"
Borowski"Kantowska filozofia religii"
Kopaliński"Słownik symboli"
Dante"Boska komedia"
Wojtyła"Poezje wybrane"
Cervantes"Don Kichote"
Poświatowska"Opowieść dla przyjaciela. Wiersze wybrane"
Sołżenicyn"Oddział chorych..."
Yeats"Poezje wybrane"
Bunin"Szalej i inne wiersze"
Hamsun "Głód"
Hesse"Wilk stepowy"
Reymont "Ziemia obiecana"
Szołochow "Cichy Don"
Canetti "Pochodnia w uchu"
France "Jokasta"
Hawkes "Gałązka limony"
Paz "Wciąż te same widzenia"
Seifert "Liryki"
Jelinek "Pianistka"
Czechow "Listy"
Kumaniecki "Cyceron i jego..."
Żuławski "Sygnały ze skalnych..."
Van Gogh "Listy do brata"
Broszkiewicz "Doktor Twardowski"
Micińska"Witakcy. Życie..."
Daniken "Oczy Sfinksa"
Carter "Odkrycie grobowca..."
Piątek "Przypadek Justyny"
Kazantzakis "Grek Zorba"
Siemion "Niskie Łąki"
Sienkiewicz "Ogniem i mieczem"
Miłosz "Widzenia nad Zatoką..."
Chin-Ning-Chu "Sztuka wojny..."
Kotarbiński "Szkice z historii filozofii i logiki"
Tatarkiewicz "O szczęściu"
Podgórzec "Okrutny talent"
Andielsko-francuski słownik obrazkowy
Hoesick "Legendowe postacie zakopiańskie"
Kuroń "Wiara i wina" " Gwiezdny czas"
Arystoteles "Metafizyka"
Dąbrowska "Dzienniki"
Eco "Wahadło Foucaulta"
Woroszylski "Życie Majakowskiego"
Strug "Zakopanoptikon, czyli..."
Lechoń "Dziennik"
Przyboś "Pisma zebrane"
Hrabal " Przerwy w zabudowie"
Schopenhauer "Aforyzmy o mądrości zycia"
Kronika filmu
Tołstoj "Anna Karenina"
Kurek "Pisma wybrane"
Kopaliński "Słownik przypomnień"
Pilch "Miasto utrapienia"
Brodski "Wiersze ostatnie"
Pawel "Franz Kafka. Koszmar rozumu"
Krejca "Rośliny skalne"
Terlecki "Gwiazda Piołun"
Weiss "O krowach,świniach, robakach..."
Rubinstein "Kuchnia Neli"
Andrzejewski "Zdnia na dzień"
Dostojewski "Idiota"
Hisroria filozofii
Coetzee "Hańba"
Sport 1975
Machiavelli "Historie florenckie"
David Carter "Motyle"
Yann Martel "Życie Pi"
Nabokov "Feralna trzynastka"
Mika Waltari "Egipcjanin Sinuhe"
Wańkowicz "Karafka LaFontainea"t.II
Łysiak "MW"
Józef Nyka "Tatry Polskie"
Durell "Kwartet Aleksandryjski"
Bataille "Historia oka i inne historie"
Józef Stalin "Krótki życiorys"
Orwell "Wiwat aspidistra"
Sartre "Intymność"
Tyrmand "DZIENNIK 1954"
Proust "W poszukiwaniu straconego czasu"
Twardowski "który stwarzasz jagody"
Wit Jaworski "Poezja filozofów"
Genet " Ceremonie żałobne"
Irving "Świat według Garpa"
Czechow "Opowiadania"
Gogol "Opowiadania"
Fordham "Jazz na CD"
Miciński "Utwory dramatyczne t.2"
Wilczkowski "Miejsce przy stole"
Diogenes Laertios "Żywoty i poglądy słynnych filozofów"
Hłasko "Palcie ryż każdego dnia"
Lenin "Dzieła wszystkie"
Bergman "Scenariusze"
Lem "Wysoki Zamek. Wiersze młodzieńcze"
Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"
Julio Cortazar "Niewpory"
Mętrak "Dziennik 1969 - 79"
Iwaszkiewiczowie "Listy 1922-1926"
Kundera "Walc pożegnalny"
Kundera "Życie jest gdzie indziej"
Czechowicz "Wiersze wybrane"
Kafka "Nowele i miniatury"
Rilke-Lou "Listy"
Iwaszkiewicz Najpiękniejsze opowiadania
Janouch "Rozmowy z Kafką"
Herbert "Barbarzyńca w ogrodzie"
Schulz "Listy, fragmenty..."
Joyce "Dublińczycy"
Burgin "Rozmowy z Borgesem"
Stendhal "Pustynia Parmeńska"
Kafka "Zamek"
Szymborska "Ludzie na moście"
Baka "Poezje"
Grochowiak "Poezje"
Schulz "Sklepy cynamonowe"
Miller "Zwrotnik Raka"
Białoszewski "Pmietnik z powstania..."
Nabokov "Zaproszenie na egzekucję"
Malinowski "Dziennik w ścisłym..."
Gombrowicz "Bakakaj"
Brodski "Pochwała nudy"
Błoński "Widzieć jasno..."
Milton "Raj utracony"
Herbert "Martwa natura..."
Suskind "Pachnidło"
Pasternak "Doktor Żywago"
Sztaba "Gra ze sztuką"
Chwistek "Pałace Boga"
Witkacy
Joyce "Portret artysty..."
Wolf "Orlando"
Piątek "Kilka nocy poza domem"
Kubiak "Mitologia Greków i Rzymian"
Botton "Jak Proust może zmienić ..."
Gretkowska "Silikon"
Marquez "Sto lat samotności"
Ciechanowicz "Rzym, ludzie i budowle"
Carroll "Dziecko na niebie"
Bogucka "Cienie w ogrodzie"
Nin "Henry i June"
Messner " Druga śmierć Malloryego"
Nabokov "Wykłady o Don Kichocie"

antykwariat
antykwariat

literatura net
zabawa
port z książkami





BLOG



















mojeksiazki



James Joyce

         Finnegans Wake ukaże się po polsku. Niektórzy oblizują wargi z niecierpliwością, ale powiem im: hola, hola. Kiedyś szczytem snobizmu było mówienie od niechcenia, że Ulissesa się przeczytało, co zaręczam Wam, nie było, nie jest wcale, wyczynem skomplikowanym czy nawet uciążliwym. Ulisses to dobra przygoda i nie trzeba nawet znać niuansów irlandzkiej historii, żeby sobie posmakować.
       Joyca lubię, bo jest przewrotnie fascynujący literacko, jest jak Kafka, bo uderza w struny głęboko ukryte samym mechanizmem zdań. To jak spotkanie kobiety, o której zaraz powiesz, że jest stworzona dla ciebie, że ci się wszystko zazębia, ten rytm, forma, klimat, przestrzeń – jednym słowem puzzle trafiają w odpowiednie miejsca.  Portret artysty z czasów młodości to książka, którą trzeba przeczytać mając 18 lat. Mój zniszczony egzemplarz kupiłem zapewne w jakimś antykwariacie w latach 80-tych, ale byłem już po pierwszej lekturze licealnej i zapamiętałem, że jest smaczna, prosta i podnosi na duchu.

       Finneganów tren to polski tytuł. Joyce wymyślając go, oparł się na irlandzkiej balladzie pijackiej, opowiadającej o biesiadnikach, którzy opłakując zmarłego kolegę, oblewają go przez przypadek whisky i w ten sposób przywracają do życia. Finneganów „tren” tożsamy jest więc z tymi Kochanowskiego. Zapragnąłem mieć tę książkę zwyczajnym odruchem snobistycznym, zdając sobie sprawę z karkołomności jej zrozumienia. No ale to silniejsze ode mnie, więc rozpocząłem poszukiwania, żeby sobie książkę zagwarantować, może jeszcze przed oficjalnym jej ukazaniem się pod koniec lutego. Jedynie wydawnictwo HA!ART (żadne tam EMPIK-i) oferuje ją w cenie o 20 zł niższej niż cena oficjalna, ale wliczając koszt przesyłki wychodzi 85 zł – no chyba żebym sobie książkę sam odebrał w Krakowie, ale od ostatniej wizyty w tym mieście właśnie mijają trzy miesiące a perspektywy są mętne.

    
      
       
Kiedyś zrozumiałem, że książki chcę posiadać nie tylko ze względu na ich treść, ale równie intensywnie pociąga mnie ich wygląd, kształt, zapach, miejsce na półce – usadowienie się w świadomości posiadacza – bo wiem gdzie stoi, co ma w środku (czasem tylko mniej więcej), a także, że coś przywołuje, zwłaszcza jeśli mogę w niej znaleźć stary bilet do kina. Nie sądzę, żebym wydobył z Trenu Finneganów coś więcej poza zdziwionym zauroczeniem, chwilą prawdy, że nie jestem w stanie tego pochłonąć, ale czystą radość będę miał z racji posiadania, tej dziwnej książki, wydanej zresztą ze starannością jakiej żądał Joyce, z określoną matematycznie i geograficznie ilością stron, czcionką i okładką. Ostatnie dzieło pisarza, napisane po rocznej przerwie, którą sobie zrobił po napisaniu Ulissesa, to zagadka literacka, językowy eksperyment, a lektura, to zabawa z szyfrem. Właściwie jak się tak zastanowić, to po co to czytać? Błyskotliwe rozmowy rozradowanych biesiadników obfitują często w doraźne skojarzenia, sami tworzymy nowe słowa, porównania, kaleczymy język żeby cos wyrazić oryginalnie albo żeby pokazać, jacy to jesteśmy zabawni. Joyce uczynił z tego piramidę i napisał dzieło, które tak naprawdę jest nieprzetłumaczalne. Jak piszą niektórzy recenzenci: „Joyce zakodował całość na zasadzie  heterogenicznego manuskryptu, wręcz rozsadzanego odśrodkowymi treściami. Od kreacji powieściowych bohaterów: HCE i jego rodziny, ważniejsze wydają się poetyckie inklinacje tekstu”. Mówi się, że Finnegans nawiązuje do filozofii głębi Junga, do nieświadomości zbiorowej, do tego, że ludzie posiadają jakąś wspólną jaźń, którą ta proza ma wyrazić.

      
Książka ukazuje się w ciekawych czasach dyskusji o prawach i wolności w Internecie, w 70 lat po śmierci autora, kiedy to wygasają prawa do jego dzieł i każdy może sobie wykorzystać te prozę do czego mu się żywnie podoba. A wcześniej z Joycem nie było tak łatwo, bo jego prawowity spadkobierca, Stephen J. Joyce, robił wszystko, żeby utrudnić ciąganie tej spuścizny po deskach teatralnych, tekstach piosenek czy innych plugawych formach wyrazu. Tak więc odwoływano premiery sceniczne a Kate Bush czekała ponoć 20 lat na możliwość skorzystania z monologu Molly Bloom (Flower of Mountain). Ale z dniem 1 stycznia 2012 roku tama puściła i również nasz wydawca to wykorzystuje nie musząc mieć zgody i nie płacąc już za możliwość wydania przekładu, bo Joyce stał się własnością publiczną. Podobnie jak Wirginia Woolf, Paderewski, Cwietajewa, Zegadłowicz czy inni wielcy zmarli w 1941.
      
       
Podobno należy czytać Finneganów Tren na głos. Są jacyś chętni? 


2012-01-28 14:32:18 skomentuj (0)


Rzeźnia w Weronie.

       Dzisiejszy Duży Format, który jak zwykle ukradłem, przywrócił mojej pamięci motywy myślowe z niedzielnego wybiegania czternastokilometrowego, kiedy to dźgała mnie drażniąco myśl, że nikt już Dzienników Gombrowicza nie czyta. Nikt, poza rzecz jasna studentami filologii naszej, ich nauczycielami, oraz przypadkowymi oszołomami, którzy chcą dzieło zaliczyć. Kiedy wybrzmiały mi w uszach fragmenty Mrożka, który pod koniec lat 70-tych zaczął być lekko interesujący, bo np. kupił sobie sportowy samochód, myśli gombrowiczowskie uderzać mnie zaczęły intensywniej. Skonstatowałem wreszcie, że muszę się jednak mylić w swej ocenie, że dryfuje ma myśl na mielizny, że się nie znam na literackim życiu w Polszcze.

           A tu w DF „fajny” wywiad z pisarzem Jurewiczem Aleksandrem, taki podsumowujący, bo na trochę ponad jednej stronie musiał zmieścić całe swoje życie w dodatku z anegdotami. Kartoflany nos i papieros obowiązkowo z długim popiołem na końcu, zdania typu: pisarz musi być sam a Grochola to paraliteratura. To taka wersja nie do końca spełnionego Pilcha (gdzie ja czytałem ten stylowy reportaż z wizyty u Pilcha młodej dziennikarki?), a ja się zawsze zastanawiam, czy w tej swojej sytuacji życiowej on jest szczęśliwy. No takie życie wydaje mi się jakieś smutne, bo tej goryczy porównania nakładów z Grocholą wspomnianą, nie zrekompensuje świadomość, że to on jest dobry.

       
I jeszcze raz zerkam nerwowo do DF, usiłując przeczytać artykuł wysnuty z nieopublikowanych listów Słonimskiego i znów powraca zgnębione pytanie: kogo to obchodzi? Z radością przeczyta się o Lisbeth Salander, ale jakże perwersyjną przyjemność posiadam wiedząc, że jeszcze można pisać o Słonimskim, że są Jurewicze, którzy pili wódkę z legendami i choć tak naprawdę nikt, spotkany na ulicy Kiełbasniczej w czwartkowe popołudnie, poza statystycznym błędem, nie odpowie na pytanie kim był Iredyński Ireneusz, to jednak przyjemność sprawia mi posiadanie 10 tomów Dzieł Gombrowicza i świadomość, że zawsze mogę po nie sięgnąć, co niestety nie da się powiedzieć o dzieciach rocznik 1997.



2012-01-12 20:31:21 skomentuj (2)


Nesbo.


 


       Jo Nesbo wygląda jak dopiero co wypuszczony z więzienia buntownik. Umysł analityczny, dokładny, pedantyczny z poczuciem humoru. 51 lat. Kręciłem się wokół tego Nesbo parę miesięcy, nie wierząc w skandynawski wybuch kryminalny, bo jeden Mankell w zupełności zapewniał rejonowi dobrą sławę. Na Targach Dobrej Książki jednak się skusiłem i za drugim podejściem kupiłem Czerwone Gardło, jak to sławią na okładce – norweski kryminał wszechczasów. Pan z wydawnictwa, Dolnośląskiego zresztą, wprowadził mnie klasycznie w błąd, bo wyraźnie mu powiedziałem, że chcę pierwszą część cyklu, a dostałem drugą, co świadczy jeszcze raz o tym, że wierzyć nie należy nikomu, nawet pewnym siebie fachowcom, a co dopiero kobietom.
       Kryminałów pana Nesbo jest na rynku osiem, więc podpowiem początkującym, że pierwszą z serii książek są Karaluchy, a potem tzw. Trylogia z Oslo czyli Czerwone Gardło, Trzeci klucz i Pentagram. Kto się przywiązuje do bohatera literackiego – ja! – ma okazję pobyć z Harrym Hole, wysokim, bezczelnym, dowcipnym i pijącym policjantem. Da się lubić bardziej niż Wallander, który czasem przypominał zrzędzącą, zmęczoną życiem kurwę. Nie sądziłem, że to napiszę, ale Nesbo jest lepszy od Mankella, przynajmniej po przeczytaniu tego „kryminału wszech czasów” (a czy tego nie pisze się czasem razem?). Myliły mi się w końcu nazwiska, gmatwały losy, nie znosiłem fragmentów wracających do wojny, lekko irytowały niekonsekwencje w postępowaniu inteligentnych bądź co bądź bohaterów (np. kiedy policjantka odkrywając zdrajcę i wiedząc, że tenże domyśli się, że ona wie, beztrosko daje się zatłuc w ciemnej uliczce).  Dramatyczniej byłoby inaczej skończyć, bo finał się rozłazi a zapowiadał się hollywoodzko – Hole wpada do Radissona, ojciec pięknej kochanki Hola (tak, tak, to on – zawsze zdradzam kto zabił), w oknie z cennym karabinem i tutaj już kilka wariantów do wyboru. Ale podobno Martin Scorsese przymierza się do ekranizacji jednego z kryminałów Nesbo i znając Amerykę, zrobi się z tego klasyczny film sensacyjny, choć wolałbym żeby kręcił to np. Michael Mann.
       Robię już miejsce na półce -  jak przelecę po nomen omen – Gorączce Michniewicza (niestety zbyt wykreowana, słabsza od Samsary) wezmę się za Karaluchy a potem już z górki.

     
Nie mogę sobie poradzić z Dziennikiem Mrożka – dotarłem w bieganio-słuchaniu do roku 1976-ego i mam dosyć. To tylko marudzenie twórcy, odpadki, śmieci myślowe – bez tego Mrożek byłby pomnikowy, z dziennikiem jest żałosny. Będę słuchał do końca, nie poddam się, wybiegam i wypocę kolejne lata, byle szybciej… bo ja jestem proszę Pani taki, ze jak coś zacznę, to mierzi mnie nie skończyć, że jak coś już, to też dalej.

 

 
2012-01-07 22:47:14 skomentuj (1)


Kocha, lubi, szanuje ...
  

   

           Dawno już nikt się mnie nie pytał, co mi się śniło – sny są najbardziej intymną rzeczą osobistą, nie dlatego, że można według nich sklasyfikować pragnienia i dążenia śniącego, ale przez to, że do ich opowiedzenia potrzeba skupienia się na opowiadającym. Nie wiem czemu, ale wybrana spośród świątecznych zamierzeń książka Alice MunroKocha, lubi, szanuje …” zdaje mi się zanurzona w jakiejś sennej konwencji. To tylko subiektywne wrażenie i nie szukajcie w niej onirycznych wizji. Spójrzcie raczej na tę przerażającą dłoń na okładce.
          Opowiadania nigdy nie należały do moich ulubionych form literackich – przywiązuję się do bohaterów, którzy w tych krótkich odsłonach swojego życia zaczynają do mnie przemawiać by nagle zniknąć w czeluści umysłu autora. Ich los się jedynie odsłania na moment, zbyt krótki, żeby wybić mnie z rzeczywistości. Mistrzem opowiadań zdaje się być Nabokov, ale przecież od lat leży u mnie tom „Kęs życia” czekając chyba lepszych czasów albo podróży tak dalekiej, żeby bez wyrzutów sumienia zgodzić się na dodatkowe obciążenie bagażu.
        
Czytam Munro żeby smakować dobrą literaturę, a także żeby podziwiać zagadkowość losów – choć bohaterki to kobiety, to jednak nie traktuję tych opowiadań jako feministycznej odskoczni od czytanych ostatnio kryminałów, w których kobiety albo są ozdobnikami w walce dobra ze złem, albo giną szybko zastrzelone, jakby autor bał się, że będą chciały przemówić.
         
Nie śnią mi się książki i nie podobałby mi się sen, w którym pojawiam się jako bohater wtłoczony do życia kanadyjskiej prowincji (czego nie mogę powiedzieć o sennym koszmarze, w którym tropię testament Konstantyna w powojennym Krakowie). Próbując uchwycić rewelacyjność Munro musiałbym przyznać, że jest to przede wszystkim doskonały warsztat (bo jak mamy warsztat to reszta jest jedynie szczęściem wyboru tematu) oraz metafizyka losu – to dosyć banalne, ale każdy ma swoją historię, która choćby zahacza o metafizyczność i piszący próbując uchwycić tę magię, wygrywa albo bełkocze. A Ty masz swoją magiczną historię, zaklętą choćby w widoku teatru Słowackiego, późnym wieczorem podczas palenia papierosa?


2011-12-29 18:52:37 skomentuj (1)


Idą święta.

          


             Ile jest tych świątecznych dni? Licząc od soboty to trzy, więc jakby weekend jedynie przedłużony, namiastka wolności czasowej, złudna przestrzeń czasu do wykorzystania. Żeby sobie poczytać w spokoju. Ale gdzie tam, nie łudźmy się zbytnio i nie afiszujmy możliwościami – będzie jak zwykle, czyli przypadkowe łapanie książki w każdej wolnej chwili.

             Już niestety bez zręcznych zdań Michaśki, bez tej powieści psudo-kryminalnej, której kawałki chciałoby się czasami cytować, wyodrębniać te passusy, wybuchać śmiechem wewnętrznym a nawet, o zgrozo, smakować:
Zostawiłem luja z psem. Psa z lujem. Luj i pies bawią się w nadchodzącym mroku. Baraszkują i liżą się. Nieopodal truchła przez mewy rozrywanego. To stężenie natury i dzikości było już dla mnie za mocne.Brzeg morza, dzikość mew, tysiące zdechłych ryb, żywych, zdychających, miliardy pustych muszelek, jakieś galaretowate meduzy mało ze świata kapujące, wodorosty z pęcherzami nieświeżego powietrza, cwane muszki fruwające nad tym, biedronki nietrzeźwe, a wszystko tysiącami, milionami. Po cholerę tyle tego płodzić, skoro to wszystko zdechłe leży, zanim jeszcze zdążyło na dobre pożyć?”

           
No „biedronki nietrzeźwe” mnie dobiły. Z tego wszystkiego napisałem do autora na facebooku, (gdyż zadżumiony lekturą Drwala, kliknąłem ikonkę Lubię to, przy jego nazwisku), bo przecież na końcu książki, dziękując, wymienił „wszystkich fanów i fanki i całego facebooka”, więc napisałem Mu, że we fragmencie opowiadania luja o chowaniu psa Ogona, bohaterowie kupili do wódki fantę a potem pili colę, więc jak to? Ciekawa się też tamże, czyli na „fejsie” wywiązała dyskusja na temat znaczenia słowa luj i kimże luj tak naprawdę jest.

          
Wracając do świątecznych postanowień, analizując stertę (bo nie napiszę „kupkę”) do przeczytania, z pewnością posmakuję Lovercrafta by Houellebecq (czy jest ktoś w Polszcze, kto potrafi napisać to nazwisko bez zastanowienia?), obejrzę wczesne filmy Melvilla i sprawdzę czy aromat Nesbo na mnie zadziała. Zaplatana w zestaw Klątwa Konstantyna już przeczytana, z pewnym rozdrażnieniem pod koniec, lekko przegadana, jakby redaktor nie potrafił doradzić autorom, że warto co nieco przyciąć.
           
      
2011-12-18 13:31:10 skomentuj (0)


Fiszki.


         Niedawno w pewnym dużym sklepie, gdzie obecnie wszyscy kupują książki, młoda dziewczyna, niezbyt atrakcyjna, w sumie nawet nie rzucająca się w oczy, przeciętna, raczej niska, no powiedzmy 165 cm, o ciemnych włosach i w granatowej kurtce, przechylając się w kierunku sprzedawcy, w geście zaciekawienia, jakby wierzyła, że za długą ladą odkryje sekret i zmieni swoje życie, więc przechylając się tak melancholijnie, zwróciła moja uwagę na kupowane przez siebie rzeczy, wśród których zauważyłem „Angielski dla wiecznie początkujących”, czy jakoś tak podobnie. Przez małą chwilę pomyślałem, że to coś również dla mnie, ale przecież jak to, tyle lat się uczę i wciąż początkujący ? Ach nie! Umiem odmienić „to be” (żadne tam „krew w piach” i „co ty tato, weś tato), nie zgubie się na obcym lotnisku, zamówię parówki w Helsinkach, wymienię pieniądze w Adis Abebie czy dojadę na lotnisko w Bangkoku.

Więc czego mi brak, czego? Słówek mi brak czasem, języka w gębie zapominam, kiedy mam wyrazić myśl jakąś niebanalną, refleksję rzucić od niechcenia, podtrzymać konwersację. W Wietnamie każdy przewodnik ma za towarzysza młodego chłopaka, który chodzi za nim jak cień i się uczy. Uczy się mówić po angielsku. I kiedy już jest po całym dniu zwiedzania, kiedy leniwie płyniemy po Mekongu zgrabną łódką, a fale pozwalają odprężyć się po całym dniu, dosiadają się do turystów obaj, przewodnik i jego uczeń, żeby pokonwersować – o wszystkim: pogodzie, życiu i dniu codziennym. Zastanawiałem się zawsze, czy wynika to z ich towarzyskości, ciekawości świata a może chęci nawiązania bliższych relacji. Otóż nie – oni chcą rozmawiać, żeby szlifować swój angielski, poznawać nowe słówka i uczyć się, wciąż się doskonalić, bo właśnie nauka języka polega na umiejętności rozmawiania.
 
„1000 najważniejszych słów i zdań” czyli karteczki po angielsku, to kolejny sposób na kontakt z językiem. Jak to ugryźć i jak wykorzystać? Stawiam pudełko pod ręką, obok programu TV, pilotów oraz aktualnie czytanego "Drwala" i wykorzystując pauzę, chwile zastanowienia, ten moment przed podjęciem decyzji co dalej zrobić ze swoim życiem, biorę do ręki małą karteczkę, najpierw czytam słowo i zdanie po polsku a potem usiłuję je przetłumaczyć. I systematycznie przekładam karteczki, wracam do tych już znanych, utrwalam albo gubię, rozsypuję i tasuję, zostawiam na stole, podkreślam i rysuję po nich.

Czy to jest dobra metoda A czy dobrą metodą jest słuchanie w samochodzie Pawlikowskiej, jak powtarza banalne zdania, albo spotykanie się z Pauliną dwa razy w tygodniu na godzinną próbę nauczenia się gramatyki?


2011-12-10 14:52:21 skomentuj (0)


Lubicie fizykę?
           


 Jerzy Przystawa " Odkryj smak fizyki"  Z fizyką zawsze był problem. Z podręcznikami jeszcze większy. Przypominam sobie całe to nieporozumienie z nauką tego przedmiotu, kiedy mój syn przynosi ocenę dopuszczającą na semestr, a ja muszę przechodzić jeszcze raz przez kartkowanie kolejnych tematów w jego podręczniku, doszukując się metody, przynoszącej sukces w pojmowaniu tego czego oczekuje nauczyciel. Czy fizyka musi być zawsze przedmiotem, który dla humanistów jest serią nikomu nie przydatnych reguł, podanych w oderwaniu od rzeczywistości, choć tę rzeczywistość wyjaśniających? Zamieńcie bezużyteczne podręczniki na rozmowę z niebanalnym nauczycielem albo przeczytajcie co napisał, jeśli nie możecie go posłuchać.  

Mam książkę,  przeznaczoną dla studentów wydziałów humanistycznych, którzy chcą wiedzieć więcej. Okładka nie zachęca – wydawca powinien wiedzieć, że pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, że banalna ręka unosząca czerwone sukno, nie zainteresuje nikogo, zwłaszcza średnio rozgarniętego humanistę. Ale jak już weźmiemy ją do ręki robi się coraz lepiej – lubię takie formaty, czcionkę, podział na rozdziały, marginesy, rodzaj papieru. Najchętniej czytałbym tę książkę razem ze swoim synem, powoli i systematycznie, bardziej skupiając się na ludziach, którzy tam się pojawiają niż na opisywanych zagadnieniach – one jakby same się przydarzą, same utrwalą, bo przecież istotne jest, żeby zrozumieć a nie tylko żeby zapamiętać. Bo jak pisze sam autor, młodzi ludzie zgłaszają się na studia bardzo często pod wpływem fascynacji wcześniej przeczytaną książką – tak było z autorem tej książki, kiedy w wieku 13 lat trafił na „Fizyka stwarza nową epokę” Arkadiusza Piekary.  I czytamy, w podręczniku fizyki, o liceum w Oławie i pasji wywołanej lekturą. I może właśnie tak powinno się uczyć tego przedmiotu, od samego początku, w gimnazjum, mówić o pasjach, ludziach a nie rozwiązywać zadania – zostawmy matematyce logikę, niech fizyka będzie przygodą a nie stresem.

Mój syn wziął książkę, która ma w tytule słowo fizyka, z pewną niechęcią, ale wobec władzy autorytarnej oraz kiepską pozycją wyjściową związaną z oceną semestralną, nie miał wyboru. Przeglądamy tytuły rozdziałów i co chwilą coś nas wciąga: „ Zagadkowe występowanie pierwiastków” – patrzymy na zdjęcie Einsteina i księdza Lemaitrea, wiara i nauka, sprzeczność? „Ile energii zużywa cała Polska w ciągu jednego roku?” „Gdzie jest antymateria?” „Poltergeist – złośliwy duch domowy” – czy wiecie, że atom to pustka? Gdyby jądro miało średnicę 1 cm to w tej pustce najbliższy elektron znajdowałby się w odległości 1 km. 
 
Książka jeszcze ciepła, bo autor w Post Scriptum przytacza wynik eksperymentu OPERA, który jakoby wykazał, że neutrina mogą  poruszać się szybciej od światła, co obaliłoby całą teorię względności, bo nic od światła poruszać się szybciej nie może. Sami sobie możemy dopisać finał tej „afery” z wyścigiem cząsteczek – profesor Przystawa z pewnością niedługo będzie potrafił nam to wyjaśnić. A teraz mój syn czyta o problemie kota Schrodingera, który jednocześnie jest żywy i martwy a potem będzie mnie pytał o zasadę nieoznaczoności Heisenberga. Bo czyż to nie jest piękne, czyż nie zawiera w sobie więcej tajemnicy niż to, czy Albertyna zdradzała bohatera Prousta, czyż to zdanie, które przytoczę na koniec, nie jest równie fascynujące jak wyobrażenie, co będziemy robili w roku 2013? Bo posłuchajcie: „Im dokładniej określimy położenie, tym mniej dokładnie znamy pęd w tym momencie, i na odwrót” Strasznie podoba mi się to: „i na odwrót” – jakże jest to literackie…


2011-12-03 13:20:23 skomentuj (4)


Siekiera Michała.



Michaśka, jak to mówią w pewnych kręgach, rozwala. W GW trwają spekulacje, kto z dzisiejszych, względnie młodych literatów, może zawalczyć o Nobla w 2040 roku. Dzisiaj, po nadgryzieniu Drwala, wpadłem w przesadny zachwyt, ale Drodzy Państwo, a nawet nie ujmując innym autorom blogów, Szanowni, Michał Witkowski jest moim faworytem do nagrody Nike. Jak on ładnie „jedzie” ze swoją prozą, jakby Masłowską posiadł a gazety codzienne wertował, jakby literaturą polską się nażarł a światową mu się odbiło.

Dosyć tych wykoncypowanych porównań – czytam początek, czytam dalej ciut, wciąż mam usta otwarte – nie spodziewałem się, że ta gejowska proza może być tak erudycyjna, taka klasyczna można rzec, zwarta, dowcipna i wypchana czymś, co czasem ma się na końcu języka, tylko nie wiadomo jak to wypluć. I zapewne autor wepchnął w ten świat literacki całego siebie, bo nie kryje, że jego bohater ma na imię Michał, że jest z mojego rodzinnego miasta, i że przefrunął do stolicy, gdzie chyba mu mniej dobrze. Jestem na początku, modląc się zagrzebany w niebiesko-białej pościeli, żeby tak trwało to uczucie, żebym nie wywinął się z tego klimatu, gdzie tajemniczy Robert-Drwal powoli rozsupłuje się z siebie pod czujnym okiem pisarza. (ach, ten piękny fragment, jak Michał – bohater łowił tych swoich samotników).

- To prawda, za szybko się wszystko zmienia – powiedziałem, z pewnym nawet przekonaniem, gdyż mimo wszystko nie kolidowało to jakoś specjalnie z moimi osobistymi poglądami, może dlatego, ze ich nie miałem. Czasami jednak myślałem, że aby być szczęśliwym, trzeba po prostu czytać wszystkie książki Zygmunta Baumana, starać się zrozumieć tak zwane nasze czasy i robić wszystko dokładnie na odwrót. Posiadać twardą tożsamość, nie spieszyć się, nie zmieniać. 

Listopadowo rozprężyłem się zakupowo i nabyłem kilka książek. Jak to napisał ostatnio Varga, jak się ma za sobą te wszystkie męki literatury Wielkiej, uznanej za klasyczną, jak się ma kanon przerobiony, przeżuty, wreszcie można odetchnąć i oddać się czytaniu kryminałów.
Klątwa Konstantyna autorstwa rudowłosej Małgorzaty z domu Fugiel oraz męża jej Michała Kuźmińskiego, potrafił mnie wciągnąć Krakowem, bo mnie teraz Krakowem można przyszpilić, łatwo dosięgnąć Krakowem mnie można, stąd Kraków roku 1945 i poszukiwania testamentu cesarza rzymskiego, z lekko naciąganą fabułą, ale jakże sprawnie napisaną, gdzie dowiaduję się, a jestem tym niezmiernie zainteresowany, że znana mi dobrze ulica Szpitalna, była przed wojną ulicą antykwariatów, gdzie szyldy głosiły własności: Susserów, Rapsów, Taffetów. A teraz ten Chrystus na krzyżu, wisi …

A organizacyjnie, to z przenosin chyba nici, bo mi gogolowskie, tfu: googlowskie pachołki, nowego mojego bloga zamknęły – bez konsultacji i podania przyczyn bloga mi na blogspocie zlikwidowały. To ja się ich pytam: dlaczego, a oni mi nic. To ja też im nic.

2011-11-27 17:41:50 skomentuj (2)


Książki nowe mam.

Wiedziałem, że dzisiaj premiera nowego numeru Książek - po sentymentalnym pierwszym, przyszedł niezły drugi, stąd trzeciego wyglądałem. Czy potraficie wymienić swoje „literackie” gazety, te wszystkie wydawnictwa, która najpierw zachwycają, a potem niszczeją pod jakąś publicystyką przemądrzałych socjologów? Najdłużej wciągały mnie Zeszyty Literackie, Brodskim głównie, aż przestałem rozumieć o czym się tam pisze i po co. Odra to czasy studenckie, przestała fascynować bo zmurszała jak Urszula Kozioł; Literatura Putramenta potrafiła wciągnąć, aż utrącił ją stan wojenny; było też Pismo Literacko-filozoficzne, bardzo ciekawa mieszanka, którą kupowałem z pasją i przechowuję do dziś (sprawdziłem na Allegro, numery „chodzą” tam po 18 zł).

Tygodnikiem, który lubiłem, było Życie Literackie, wielka płachta gazety, z czerwonym tytułem, pachnąca pięknie, którą uwielbiałem przeglądać (jak dziś pamiętam wieczór w Zakopanem gdzie w restauracji Morskie Oko, czytałem najnowszy numer nad szklanką herbaty). Pamiętam, że było jeszcze jedno pismo literackie, mówimy cały czas o latach 80-tych, trochę nowocześniej robione od Życia i z czarnym tytułem, być może Literatura? Literatura na świecie dawała i do dziś daje numery monograficzne – dzięki niej trafił do mnie Nabokov, Henry Miller, Cortazar. I pewnie jeszcze były inne … dziś są Książki, które polubiłem, zobaczymy na jak długo.
 

Z Książek wypisuję przewidywane zakupy najbliższe, do realizacji w trakcie Wrocławskich Promocji Nowych Książek:
- Powstanie i upadek Starożytnego Egiptu – Toby Wilkinson
- Drwal – wiadomo kogo
- Kocha, lubi, szanuje … Alice Munro
- Roland Barthes – Roland Barthes
- Dzienniki III – Iwaszkiewicz
- Puls – Julian Barnes
- K – Calasso
- Podróżować, pisać. O literaturze podróżniczej i współczesnych pisarzach włoskich – Joanna Ugniewska
- Barcelona. Spacerownik historyczny. 

Polecam doskonałe podsumowanie pisarstwa Murakamiego. Joanna Bator napisała dokładnie to, o czym wiem, odkąd sięgnąłem po pierwszą książkę Japończyka. Superpłaski – taki właśnie jest ten pisarz, co nie przeszkadza mi go podziwiać – bądź co bądź biega maratony poniżej 3 godzin. 

Ze spraw organizacyjnych przenoszę się na http://mojeksiazki-nowe.blogspot.com/. Przez jakiś czas będę i tu i tu, aż w końcu wezmę torebkę i wyjdę – świat idzie do przodu, ale nie wszystkich ze sobą zabiera.


2011-11-22 22:10:19 skomentuj (0)


Szukam bloga.
 
„Literackie” blogi przeglądam. Ja nie wiem skąd oni biorą te książki. Pomijam już te, na których autor, silący się na krytyka, opowiedzieć usiłuje swój literacki świat poprzez książki, stanowiące pomieszanie fantasy z jakimś tandetnym science-fiction. Patrzę na okładki książek i od razu wiem, że w życiu bym tego do ręki nie wziął, nie wspominając nawet o czytaniu lub choćby przeglądaniu. Jeśli okładka jest pretensjonalna to jaka musi być treść książki? Oczywiście, że się czepiam. Jestem tendencyjny i niesprawiedliwy, co więcej, patrząc po ilości komentarzy na tych blogach i porównując je ze swoimi, dostrzegam, że „życie jest gdzie indziej”. 

Blog.pl proponuje ulepszenia, które doprowadzają mnie do rozpaczy. Szukam więc nowej „platformy”, chcę się przenieść dokądś, tylko nie wiem gdzie. Jeśli ktoś może polecić sprawdzoną i względnie prostą stronę, na której wpisuje się notatki łatwo i przyjemnie, wstawia zdjęcia bez konieczności skomplikowanych czynności, będę wdzięczny. 

Biegam z audiobookami. Biegałem już z Proustem, Houellebecqiem teraz biegam z Mrożkiem. Z jego „Dziennikiem”. I wiedziałem, ze tak będzie, ale przecież jak nie sprawdzę to się nie przekonam. Mrożek mówi, (głosem Gosztyły) zaraz na początku, że zniszczył ileś tam zeszytów młodzieńczych zapisków – szkoda, wielka szkoda. Wykreowany Dziennik jest nudny – jakby autor chciał być Gombrowiczem, jakby pisanie sprawiało mu ból, jakby się siłował sam ze sobą. Cała jesień z Mrożkiem, zmroki, pluchy i wiatr w oczy, pot na plecach i brwiach, ponure wieczory i przemykający piesi, rzednący nordicwalkingowcy i zakatarzeni rowerzyści, upiorna poświata latarń i czające się zza krzaków drzewa. Oto co mnie czeka w najbliższych dniach. I do tego ten Mrożek, jęczący i niezdecydowany w swoim pisaniu.  

Za to polubiłem Michniewicza. Z czystym sercem mogę polecić Samsarę. A w najbliższym czasie czeka mnie lektura, o którą nigdy bym siebie nie posądził: zabieram się za książkę o astronomii, potem grube tomisko o  fizyce a na deser przetestuję … naukę angielskiego przy pomocy małych karteczek. Ale zdziwienie samym sobą jest czymś najlepszym, co się może zdarzyć człowiekowi, nawet, jeśli przestał już się dziwić innym.


2011-11-20 20:14:49 skomentuj (5)


Nowości z aniołami.

 

Kto przeczytał jakąś książkę Magdaleny Tulli? Ja nie przeczytałem, choć tyle razy przeglądałem jej książki w księgarniach, także w tych tanich, gdzie można dostać je za grosze. Wywiad z autorką w Dużym Formacie październikowym. Wydane „Włoskie szpilki” to kolejna pozycja do przeglądania w księgarniach – i pewnie na tym się skończy. Ale wywiad pokazuje kobietę ciekawą, a jak przeczyta się  notatkę co dotąd zrobiła to widać, że ma już tzw. dorobek. I że nie można utrzymać się z literatury. Czasem biografie są ciekawsze od książek już napisanych, także te, o których się nie pisze.

Nie przeczytałem dotąd żadnej książki Michała Witkowskiego – świadomie i z premedytacją nie mam „Lubiewa”. Pozostałych, następnych też nie mam. Będę miał „Drwala”. Już teraz to wiem, przymierzam się i krążę – dojrzewam do zmierzenia się. Wreszcie wydaje mi się że Michał został pisarzem prawdziwym, że nie jest już sensacyjką, niezdrowym podnieceniem. Przytył i opłynął w dostatek, może sobie pozwolić na prawdziwą literaturę. Chyba ma talent, wciągnie mnie prozą albo odrzucę go jak Murakamiego.

Czasem zdarza nam się kupić książkę z przyjemnością podobną do jedzenia smacznego obiadu: „Miasto spadających aniołówJohna Berendta  jest oczekiwaniem na fascynację – coś takiego miałem czytając Kwartet aleksandryjski Durrella. Lubię, jak w książkę wkracza magia, albo niedopowiedzenie, albo niezwykłe skojarzenie: „Napis na tablicy umieszczonej przed kościołem Santa Maria Della Salute przed odrestaurowaniem jego marmurowych zdobień: UWAGA SPADAJĄCE ANIOŁY” .

Czego i wszystkim życzę.

2011-11-12 15:09:47 skomentuj (2)


Dlaczego czas, to coś wiecej niż pieniądz?

 

Jak często dane jest nam usłyszeć: „nie mam czasu”, gorzej, jeśli padnie: „nie mam dla Ciebie czasu” (to już jest wystarczający powód, żeby nie pytać więcej), czy też: „ jeśli znajdę chwilkę czasu…”. Powodów zasłaniania się „czasem” jest nieskończenie wiele, ale wytrawny degustator zawsze wie, jak interpretować obwinianie biednego „czasu” własnymi problemami.

Wydawnictwo Samo Sedno przysłało mi egzemplarz książki Mike’a ClaytonaZarządzanie czasem. Jak efektywnie planować i realizować zadania”. Mam określone zdanie na temat tego typu wydawnictw, wychodząc z założenia, jak wielu mi podobnych, że sam najlepiej wiem jak żyć i nikt nie będzie mi wciskał sztucznych prawd. Zresztą mamy świadomość, że tego typu poradniki niosą ze sobą wzorce i przykłady nijak mające się do naszej zwykłej codzienności, są zbyt wydumane, zbyt profesjonalnie mechaniczne oraz po prostu nudne. I jeśli wydawca dodatkowo umieszcza na okładce slogan: ”Dołącz do grona ludzi sukcesu”, to popełnia podstawowy błąd – trafi do tych, którzy wyobrażają sobie, że ta książka da im sukces, tymczasem tak naprawdę ta książka jest dla ludzi sukcesu, dla tych, którzy wiedzą jak to zrobić, a jedynie brak im jakiegoś małego trybika, żeby uświadomić sobie, że ten sukces odnieśli.

Jak w tego typu poradnikach, autor podchodzi do tematu klasycznie, czyli zachęca we wprowadzeniu prostym przykładem z własnego życia (jak to przestając się golić, można znaleźć tydzień), potem mamy krótkie streszczenie rozdziałów, a w końcu z pewnością siebie, informuje nas ,co nam da przeczytanie tej książki. I od razu dziękuje innym, jakby bał się, że podziękowania na końcu nie trafią do czytelnika, który być może zechce zaoszczędzić trochę czasu. Uwielbiamy anegdoty, przypowieści, prawdy objawione oraz zdania ładnie brzmiące, typu: „Jeśli chcesz, żeby cos zostało zrobione, poproś o to kogoś, kto jest zajęty - i tak właśnie jest z tą książką – czytając ją dostrzegamy jak pięknie możemy nasze życie uporządkować, a w praktyce okazuje się, że to praca mozolna i wymagająca tyle samo samozaparcia i siły woli, co przekonanie kogoś bardzo zajętego, żeby nam zrobił herbaty. (moim zdaniem należy użyć podstępu, ale to już temat na inny podręcznik).

Wyobraźmy sobie, że mamy w życiu jakiś cel, (kto ma niech podniesie palec do góry) stawiamy sobie zadania, określamy przedział czasowy, np. 3 lata. Co zrobić, żeby się nie okazało, że po upływie tego czasu, stoimy nadal w tym samym punkcie co dziś, że tak naprawdę nie zrobiliśmy nic, że wyobrażaliśmy sobie, że cel sam nam z nieba spadnie, w nagrodę za cierpliwe czekanie. Autor dzieli nas na osoby z orientacją na przeszłość, teraźniejszość bądź przyszłość, do tego w każdej orientacji wyróżnia podejście negatywne lub pozytywne. Dla przykładu osoby zorientowane na przeszłość spędzają dużo czasu na rozpamiętywaniu tego co było, co ma wpływ na ich teraźniejszość, ale sposób rozpamiętywania przeszłości wpływa na aktualne wybory. Autor zaleca nam zrównoważone podejście do czasu, czyli wyciągnięcie pozytywów z wszystkich orientacji a zminimalizowaniu negatywnych elementów. Należy po prostu uzdrowić przeszłość – jak to zrobić? sięgnij kotku po książkę – następnie skup się na teraźniejszości ,a w końcu zdefiniuj wreszcie konkretnie cel i go zobacz.

W człowieku podobno toczy się walka miedzy dwoma wilkami – jeden jest złem, gniewem, zawiścią, poczuciem niższości a drugi jest dobrem, radością, spokojem, empatią, dobrą wolą. Który wilk wygra? Otóż ten, którego będziesz karmił.
Powróćmy do naszego celu – tego za 3 lata. O co w tym wszystkim chodzi? W celu chodzi generalnie o optymizm – nie o ślepą wiarę, że na koniec będzie dobrze, tylko o przeświadczenie, że wiem, czego chcę, że mam szanse i skorzystam z nich kiedy nadejdą. Bo jeśli do celu mam 3 lata, to po drodze mam jeszcze małe cele, które powinienem realizować równie skutecznie – nie da się zostawiać wszystkiego na sam koniec, potrzebne są małe kroczki, które przybliżają do finału – bez nich za 3 lata staniesz przed ścianą, która będzie zbyt trudna do przeskoczenia.

Rozdział o efektywnym wykonywaniu zadań dzieli ludzi na typy osobowości, porównując ich do słoni lub ośmiornic. Spójrz, czy nie jesteś tym, który: wie, że nie może się spóźniać, często się niecierpliwi, robi wiele rzeczy na raz, wyrabia się z pracą „na styk”, czuje się winny kiedy odpoczywa, wciąż się spieszy. I tutaj naprawdę dobre rady jak sobie z tym poradzić – to fragment dla gorliwych, którzy konsekwentnie wyciągną wnioski z własnego podejścia do pracy.
Przyjęcie na siebie zbyt wielu obowiązków wywołuje stres – ciągłe poirytowanie, bezsenność i skłonność do popełniania błędów, brak kontroli nad czasem. Zacytujmy autora, bo choć wszystko to wiemy, to jednak wiedzieć,  nie znaczy uświadamiać to sobie: „ W chwilach stresu myśli nas zwodzą, wszystko widzimy w czarnych barwach – należy zapanować nad tymi myślami, które mówią, jacy jesteśmy beznadziejni – skierować myśli tam, gdzie czujemy się mocni – zawsze jest cos pozytywnego, coś małego, czego można się przytrzymać”. I teraz zdanie najważniejsze: „Duża ilość stresu generowana jest przez fakt, ze przyjmujemy nastawienia, które w naszym odczuciu, powinniśmy mieć, zamiast tych, które nam po prostu odpowiadają”. Tak więc co zawsze powtarzam – myśl bardziej o sobie, a nie o tym co ludzie powiedzą.

Spędziłem przedpołudnie z tą książką i spokojnie mogę ją polecić tym, którzy walczą – walczą o siebie, chcą być jak Indiana Jones lub inny Steve Jobs. I nie ma w tym ironii, bo czasem uświadomienie sobie kilku prawd, które i tak obok krążą, jest cenniejsze od bolesnego kopa w dupę, kiedy za 3 lata staniemy przed sobą bezradni, nerwowo zasłaniając się sloganem: „potrzebujemy jeszcze więcej czasu…”


2011-11-05 14:17:11 skomentuj (0)


Potrójne przyjemności.

 

Przyjemności przychodzą potrójnie – czyż te trzy słowa na „p” nie brzmią zachęcająco? Najlepsze zakupy powinny obejmować przynajmniej (znów na „p”) trzy produkty, bo liczba 3 ma w sobie posmak świętości, Trójka jest radiem ulubionym i do trzech razy sztuka. Psychologicznie również daje nam to zadowolenie, bo jeśli zakupy są udane, to czuje się ten dreszczyk emocji, za co się najpierw wziąć – wybierać spośród dwóch to pestka, ale z trzech to niemal perwersja. (Nie zalecane w przypadku wyboru kobiety).

„Polityka” wydała Historię Arabów i od razu wiedziałem, że to kupię. Bo ładnie wydane, na błyszczącym papierze, bo jeżdżąc do krajów arabskich zawsze podobała mi się ta egzotyka, inność, bo wciąż tak mało wiem o cywilizacji, która dała nam tak wiele. No dobrze, poleciałem na zewnętrzny blichtr wydawnictwa, niech będzie, ale właśnie tę pozycję przejrzałem ze smakiem jako pierwszą. Oczywiście nie powinno się tego czytać „na raz”, nie zmuszać się do zaliczania kolejnych artykułów, raczej smakować niż studiować.

Wybór Samsary raczej spontaniczny, bo nie przepadam za tego rodzaju literaturą podróżniczą, gdzie więcej zdjęć i powierzchniowych ślizgań niż zapadających w pamięć przeżyć, w czym celują te wszystkie kolorowe książki polskich podróżników od Cejrowskiego po Pawlikowską. Zaryzykowałem, bo jeśli Michniewicz mnie „chwyci” to kupie jego drugą książkę. Jeszcze stoi na półce i czeka, nie wiadomo jak długo.

„Suka” to wydawało by się pokątna literatura erotyczna; wrażenie zaściankowości i taniej sensacji wzmaga jeszcze fakt, że autorka podpisała się pseudonimem Goodgirl, ale po lekturze pierwszych stron widziałem, że to dobrze przemyślana pozycja, bez tego żałosnego stylu Markiza de Sade, lub pretensjonalnych opisów – to raczej porządny przewodnik po BDSM, dla miłośników uporządkowanie, dla amatorów wycieczka w nieznane. No i jeszcze te socjologiczne porównania z jakże nam zawsze imponującą Ameryką, mitycznym krajem wolności i wyuzdania, a jednocześnie tak purytańsko zaściankowym – ten wątek akurat mnie nie przekonuje. Właściwie całą książkę można znaleźć na stronie internetowej autorki i tylko można się zastanawiać, czy Goodgirl obecna jest na tych stronach naprawdę czy też kompiluje swobodnie wątki swoje i cudze. Ale czy to tak naprawdę ma jakieś znaczenie, zwłaszcza kiedy kajdanki są zbyt mocno zaciśnięte na przegubach?


2011-10-30 12:23:46 skomentuj (0)


Książki trzy.

 

  Wreszcie Miłoszewskiemu udało się do końca uchwycić ten rytm, pozbyć się debiutanckiej tremy i wejść  w konwencję rasowego kryminału. Czytam „Ziarno prawdy” z niekłamaną przyjemnością, bo wreszcie wszystko tam jest wyważone, sceny krwiste (dosłownie) i ten szczegół, pozwalający najpierw „dosmakować” się okolicznościom, żeby w ostateczności pozbyć się ich z łatwością, przystającą doskonałym rzemieślnikom. Bo kiedy na początku śledzimy przygodę genealoga, zdaje nam się ona wprowadzeniem w dalsze losy bohatera, lecz nagle okazuje się, że zostawiamy go samopas, pozwalamy żyć mu własnym życiem, poza kartami książki, a autor macha na niego ze zniecierpliwieniem ręką, choć sugerował nam, opisując dokładnie, że będzie kimś w tej opowieści.

Dokładnie dzień po zasmakowaniu w Miłoszewskim, pojawia się dawno oczekiwany Houellebecq, pan o nazwisku, które trudno wpisać w Google bez błędu i próbuje wyprzeć zgrabną prozę swoimi natrętnymi motywami, swoją charakterystyczną frazą, manierycznym stylem i tak pociągającą rzeczywistością – czytając Francuza ma się wrażenie, że moglibyśmy pisac tak samo i o tym samym, z łatwością, z jaką przychodzi nam codzienne jedzenie cornflaksów.

Żałosny Barnes ze swoja Papugą schodzi nagle na dalszy plan, już nie zabieram go w drodze z pokoju do kuchni, już nie leży w widocznym miejscu, już myślę o nim jak o obowiązku wypranym z przyjemności. Potrzebuję dwóch godzin spokoju, żeby uporządkować świat literacki w swoim domu a polegać to będzie na szybkim zrozumieniu Flauberta, leniwym smakowaniu Miłoszewskiego i perwersyjnym konflikcie z Houellbecqiem.
 
 
2011-10-15 13:51:17 skomentuj (0)


Noble

Jestem zdecydowanym zwolennikiem przyznawania nagród literackich. Każdy piszący powinien przynajmniej raz w życiu otrzymać nagrodę za swoja twórczość, najlepiej żeby to była nagroda pieniężna – spora nagroda. Wiadomo, że z pisania mogą wyżyć nieliczni, a iluż amatorów zniechęca się po swoich pierwszych krokach, a przecież z niejednego mógłby wyrosnąć na przykład taki Flaubert. Tomas Transtromer napisał nie więcej niż 300 wierszy a wczoraj zgarnął prawie 1,5 miliona dolarów.  W tym przypadku pieniądze akurat nie maja większego znaczenia – poeta ma 80 lat i koronuje nagrodą swoją twórczość, odwrotnie niż np. Kipiling, który zgarnął kasę w wieku 42 lat, choć nie wiemy, ile w roku 1907 płacono za ten zaszczyt.
Nie mam w swoich zbiorach żadnego tomiku poety, być może ze względu na niedocenianie przeze mnie tego rodzaju twórczości – jak nie przekonuje mnie świat kreowany przez Szymborską, tak samo nie widzę się w wierszach Szweda.

Dość mając wszystkich, którzy przychodzą ze słowami, ze słowami, ale nie mówiąc nic, wyjechałem na zaśnieżoną wyspę. Pustkowie nie zna słów. Niezapisane stronice ciągną się na wszystkie strony! Natrafiam na ślady sarnich kopytek w śniegu. Mowa, choć żadnych słów.”

Specjalnie napisałem to bez podziału na strofy, bo tego rodzaju poezja, wtłaczająca nam jedynie pewną myśl, lepiej brzmi jak proza poetycka. Ale to moja interpretacja. Jedna mała, nic nie znacząca myśl, podniesiona do potęgi zastanowienia się – tylko po co? Żeby uzasadnić coś, co tak naprawdę wiemy od kiedy skończyliśmy 30 lat? Poeta mówi, żebyśmy przystanęli, ale my i tak polecimy dalej – on zresztą również. O marności naszych związków z innymi, każdy lekko myślący wie doskonale i jak już w ten las pójdzie, to nie tylko uświadomi sobie ten fakt, ale jeszcze nazbiera jagód.

„Gdy śnieg zawiewa morze i skrzyp sosny
Pozostawia w powietrzu ślad głębszy niż płoza sań,
Do jakiego błękitu mogą oczy dojść? Jak głęboko bezgłośny
Może stać się beznamiętny tok zdań? …”

Chciałoby się dalej przepisywać i smakować, zwłaszcza kiedy sobie wyobrazimy jak czytałby to sam Brodski. On by to wyśpiewał właściwie, zawodził rosyjskością, pędził linijkami interpretacji.

Dalej nie rozumiem czemu Barnes napisał „Papugę Flauberta”. Próbuję się wtoczyć w te koleinę rozumowania, ale jak na razie całość wydaje mi się sporym naciągnięciem, naginaniem pomysłu do faktów albo raczej odwrotnie. Najciekawszy jest dotąd fragment o poznanym Amerykaninie, który kupił gdzieś listy Flauberta do pokojówki, a potem je spalił, bo ponoć sam pisarz tak postanowił. Oczywiście jest to fantazja Barnesa, tak jak wymyślona przez niego postać autora relacji, bo nie jest to sam Barnes. Czyżbym się mylił albo nieuważnie czytał? Powinienem się w to bardziej wgryźć, zwłaszcza, że czytanie tej książki idzie nadzwyczaj łatwo, tak jak łatwa jest nuda, która mnie ogarnia, kiedy po nią sięgam.

2011-10-08 14:13:10 skomentuj (0)


Kiedy czytać?!

  W dzisiejszych roztrzęsionych czasach, należy zadać sobie to dramatyczne pytanie. Spróbujmy więc zrobić  zestawienie czasów i miejsc, w których, i gdzie, przychodzi mi sięgnąć po książkę. Właśnie książkę a nie gazetę, magazyn, Internet czy audiobooka.

1.     Toaleta – niepodważalny numer jeden wśród najpopularniejszych miejsc.
2.     Łóżko – zaraz po przebudzeniu, tylko weekendowo lub w chorobie.
3.     Przy jedzeniu – niestety nie przy śniadaniu, najczęściej kolacyjnie, popołudniowo, kuchennie.
4.     W pociągu, autobusie, jeepie, samolocie - wakacyjnie jedynie, z nudów, dla zabicia czasu.
5.     Przed snem – zapomniana forma, kiedyś dominująca, najprzyjemniejsza, wysublimowana, odeszła z konieczności …
6.     Na leżąco, na tapczanie, sofie – skutecznie zastępowana przez trzymanie laptopa na kolanach. 

W zupełnie innym kontekście można wymienić najdziwniejsze miejsca, w których czytało się książkę:
- w czasie spaceru, marszu, idąc
- jadąc samochodem, w korkach, krótkimi „skokami”
- w wannie, odeszła wraz z wymyśleniem prysznica- na plaży, basenie
– wyjątkowo nudny sposób spędzania wolnego czasu
- na ławce w parku – kiedyś tak czytałem „Martwą naturę z wędzidłem” Herberta
- na lekcjach, wykładach, zebraniach itd. – konieczne nerwowe zerkanie i strach przed wykryciem
- w EMPIK-u, księgarni, antykwariacie – nigdy nie rozumiałem takich osób, ale może są wyjątkowo oszczędni.
- we dwoje, gdziekolwiek – no comments 

Z pewnością nie wymieniłem wszystkich miejsc, gdzie można czytać, albo gdzie usiłowano czytać. Dla mnie najlepszą formą było czytanie, które można nazwać długoterminowym, czyli takim, od którego nie można się oderwać, trwające minimum 3 godziny. Pamiętam, że „Dzienniki” Żeromskiego czytałem 6 godzin bez przerwy. Z przyjemnością. A teraz jakby brakowało czasu na coś, co kiedyś podobno się lubiło. A może tylko wówczas nie było nic innego do roboty? Bo teraz nic do roboty nie ma tylko głęboką nocą, kiedy to niektórzy wstają na półśnie, żeby zajrzeć do lodówki, a potem jedząc śledzie przerzucać kartki – szkoda, że jedynie Wysokich Obcasów.

2011-09-28 22:49:09 skomentuj (1)


{smscontact}