![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
mojeksiazki Stanisław Karolewski „W piaskownicy światów. Epos wrocławski” cena sugerowana 29,00 (sugerowana - zauważyliście ten trick coraz częstszy?) Nie kupiłem tylko dostałem pocztą, nawet z dedykacją, gdyż autor postanowił promować się, wysyłając swoją książkę do autorów blogów o książkach. To niewygodna dla mnie sytuacja, bo książka jest niedobra, a powinienem coś o niej napisać, stąd zastanawiałem się czy nie lepiej w ogóle ją przemilczeć. Nie sztuką jest jednak skatować książkę, autora i pomysł – a naprawdę jest nad czym się znęcać (od bazgrołów na tylnej okładce, których nie da się odczytać i nie wiemy kto jest ich autorem, poprzez konstrukcję, zmiany czcionki, posłowie, jakiś słowniczek na końcu, zdjęcia kobiet), sztuką jest wybaczyć debiutantowi, a raczej zapytać go, po co pisał. Bo zawsze się po coś pisze – w związku z tą notką, chciałem się nawet posłużyć autorytetami, pół godziny szukałem książeczki Sabato „Pisarz i jego zmory” a drugie pół Audena – chciałem coś mądrego a jednocześnie pokrzepiającego znaleźć, ale okrucieństwo mojej opinii o tej książce zrównoważyć może jedynie przekonanie, ze sam podejmując próby literackie, wypisywałem takie brednie, że odczytując je później, skręcałem się ze wstydu. Zadając sobie pytanie po co się pisze, można znaleźć kilkaset przyczyn, mądrzejszych i naiwnych (Auden pisze: widok własnego pisma jest dla każdego niemal równie przyjemny jak zapach własnych wiatrów), ale tak naprawdę pisze się żeby zrobić coś niekonwencjonalnego, żeby zaimponować sobie i przyjaciołom, żeby mieć wreszcie cos własnego. W tym przypadku jest to książka, którą będzie czytał autor oraz jego przyjaciele – to oni odkryją w niej to wszystko, co dla mnie pozostaje tylko mętnym ciągiem akapitów z niezrozumiałymi dygresjami. Szukałem tam jakiejś historii, szukałem Wrocławia – znalazłem chaos. A jednak książka została wydana, autor zabawił się w wydawcę, zrealizował swoje marzenie, okazał się konsekwentnym, stracił pieniądze a zyskał coś niepowtarzalnego, zyskał status literata (jakże mu zazdroszczę). W trakcie przeglądania i usiłowania odnalezienia sensu powieściowego, natknąłem się na coś, co mnie rozśmieszyło i choć jedno zdanie nie czyni książki, zwłaszcza że jest w końcowym słowniku, to jednak pozwala wierzyć w autora, zwłaszcza w to, że mu się dowcip jeszcze wyostrzy. Zaczyna się tak: „Most Warszawski – najdłuższy most w mieście, na którym kończy się Europa, a zaczyna Psie Pole i droga na Warszawę.” Więcej nie napiszę ale życzę sukcesów. No i wpadnę do antykwariatu pogrzebać anonimowo w książkach. 2009-11-15 16:16:16 skomentuj (3) Jacek Pałkiewicz ![]() „Angkor” Wydawnictwo Zysk i S-ka, przeleżała trochę na półkach księgarskich, zanim ją kupiłem. Wcześniejsze El Dorado kupiłem i czytałem z mieszanymi uczuciami – autor zaserwował zbyt dużą dawkę megalomanii, co niektórym nie przeszkadza, zwłaszcza oglądającym programy Cejrowskiego, ale dla mnie wysuwanie się autora na plan pierwszy i serwowanie pseudo przygód podpartych mętnym bohaterstwem brzmi zbyt sztucznie. Angkor obronił się sam, bo tutaj niesamowitość miejsca oraz pomysł, by właściwie to pokazać a nie opisać, okazało się strzałem w dziesiątkę – tę książkę należało tak właśnie wydać. I już od okładki oglądamy miejsca magiczne – Pałkiewicz opisuje po kolei świątynie, czasem wplata swoje heroiczne momenty w gąszcz zdjęć, ale możemy go usprawiedliwić, bo każdy chciałby z karabinem i wśród pól minowych zwiedzać Kambodżę a potem napisać jak dzielnie udało się uniknąć niebezpieczeństw. Trochę się czepiam, bo jeśli nie jest się literatem chciałoby się choć zostać herosem – Pałkiewicz jest wyrazisty, szkoda tylko, że usiłuje też być na pierwszym planie. A teraz już same dobre rzeczy – dla wybierającego się lub wracającego z Angkoru jest to doskonały przewodnik po ruinach – jeśli tam będziecie, ale nie jeden dzień, ale co najmniej dwa, to w końcu te wszystkie świątynie zaczną się plątać w pamięci – oprócz rzecz jasna głównych – cała masa małych, zagubionych świątyń, to esencja tego miejsca i tak naprawdę prawdziwy klimat królestwa Khmerów czuję się właśnie tam. Do końca wahałem się czy wziąć ze sobą książkę – jednak zwyciężyła obawa, że przeholuję z wagą plecaka i to był jednak błąd; dawno zrezygnowałem z czczenia książki jako świętości, w której nawet zaginanie rogów jest grzechem śmiertelnym – w tym przypadku mając ją ze sobą mógłbym na bieżąco identyfikować miejsce, przeczytać to, co nie dopowiedział przewodnik, no i pisać w niej własne uwagi. Takie egzemplarze to najcenniejsze pamiątki – popisane, podarte, poplamione, ale ileż w nich emocji. W samym Angkorze zrobiłem około 600 zdjęć i teraz z przyjemnością odnajduję w książce miejsca gdzie byłem – teraz ja wpadłem w megalomański ton, więc powiem tylko, że to bardzo dobrze wydana, szalenie pomocna i w jasny sposób wyjaśniająca historię, tę najdawniejszą i tę tragiczną, niedawną Angkoru, a Pałkiewicz sprawił prezent nie tylko sobie, ale i tym wszystkim, którzy już tam byli. Bo jeśli się wahacie, czy tam pojechać, jeśli myślicie, że odkładanie tej wyprawy na później ma sens, to ta książka pomoże podjąć decyzję – tam trzeba szybko pojechać, bo nie dość, że wciąż się tam kradnie co cenniejsze posągi, nie dość, że przyjeżdża tam coraz więcej turystów, co czyni zwiedzanie uciążliwą przepychanką, to jeszcze trwają prace nad rekonstrukcjami co bardziej zniszczonych świątyń, a to już jest szkodliwa ingerencja – naprawdę najlepsze klimaty panują w miejscach, gdzie przyroda rządzi tym światem, gdzie można się zgubić w plątaninie kamieni i drzew, gdzie tylko słońce i cień, magiczne reliefy apsar i cisza wywołująca duchy. Kupcie sobie – to tylko 29,90. 2009-10-04 20:51:26 skomentuj (0) Ryszard Kapuściński „Imperium” wydane w Bibliotece Gazety Wyborczej”, na brązowo, w twardej okładce, co dobrze świadczy o cenie 19,90. Ile powinno się zabrać książek w podróż? Ile da się przeczytać przez trzy tygodnie jeżdżenia po kraju o długości 1500 km, ile można czytać podczas 10-cio godzinnego lotu, a ile w nocnym autokarze, kiedy mała lampka pozwala ledwo odróżniać litery? Otóż napisze, że dużo. Popełniłem znowu błąd i zabrałem tylko dwie książki – wiedziony raczej pesymistyczną perspektywą dopłaty do nadbagażu, stwierdziłem, że resztę uzupełnię studiowaniem przewodników. Ale przewodniki okazują się zawsze rozczarowaniem, piszą w nich nie to co chcielibyśmy przeczytać, ale to, co dawno już wiemy. Zdecydowałem się wziąć (wziąć? Tak się pisze?) Mankella, który już jest moim ulubionym pisarzem kryminałów oraz coś Kapuścińskiego. Niestety w ostatniej chwili postanowiłem, że będzie to Imperium a nie Podróże z Herodotem – wydawało mi się, że właściwie przeczytane w Gazecie Wyborczej Podróże, będą tylko przypomnieniem, więc postawiłem na Rosję. Wallandera skończyłem z przyjemnością po tygodniu a Kapuścińskiego musiałem smakować, co zresztą wyszło mu na dobre. Niestety to się czyta zbyt szybko i z zainteresowaniem, stąd długie chwile, które spędzałem na zastanawianiu się czy czytać dalej, czy tez oglądać krajobrazy. Kapuścińskiego nigdy za bardzo nie ceniłem, choć tak naprawdę nie znałem do końca jego metody – teraz widzę że był sprawnym reporterem i potrafił dotrzeć do sedna albo prawie do sedna. Jego Rosja jest właśnie taka jaką sobie zawsze wyobrażałem – mocarstwo, które istnieje dzięki milionom udręczonych ludzi oraz mieszanką etniczną, którą chciałoby się poznać, ale jakoś nie ma się na to cierpliwości i odwagi. I właściwie autor nie musiał się zbytnio wysilać, żeby dotrzeć do sedna tego kraju, bo przecież wystarczy tam pojechać, żeby się książka sama napisała. No dobrze, potrzebna jest metoda i tutaj Kapuściński wykazał się względną maestrią – a jednak może warto byłoby jeszcze mocniej podrążyć, skupić się bardziej i uderzyć mocniej. A może nie – może tak jest lepiej? To za duży kraj, za duży problem, za dużo wątków – czepiam się niepotrzebnie, bo autor nie zawiódł, bo to się czyta dobrze, bo jak jesteś taki mądry to sam napisz lepiej.W książce, którą bierze się w podróż siłą rzeczy znajdujemy wiele dodatków, włożonych tam dla wygodny, dla świętego spokoju lub z premedytacja na pamiątkę. I co tam teraz znajduje? Specjalną kartkę, dzięki której zawieziono nas do Sapa Summit Hotel, wydruk zapłaconych w Internecie biletów lotniczych, Train Ticket Ha Noi – Lao Cai, opis wycieczki do Cat Cat & Sin Chai Village, bilet autobusowy Phnom Penh Sorya Transport Company. A tak naprawdę to z książki na koniec zostają wrażenia i smaki, bo książkę kojarzy się jakże często z miejscem, w którym ją się czytało – pamiętam krajobrazy za oknem, teren delty, niskie słońce popołudniowe, gdzieniegdzie samotna palmę, domy na palach i błotniste pola ryżowe – przestrzeń, która tonie w pomarańczowej poświacie a gdzieś tam w tle, w moim mózgu, rozwalają Świątynię Chrystusa Zbawiciela. 2009-09-06 14:56:06 skomentuj (2) Książek trzy „Ada albo żar” z radosną wskazówką dla niewiadomo kogo: „pierwszy polski przekład”, tradycyjnie Engelkingowy, to książka zdegenerowana szczegółem, dla miłośników wszystkich tych aluzji i odniesień, dygresji i przeszkadzań w naturalnym biegu akcji. Denerwująca, ekstatyczna, mętna, nie pojęta do końca ale narkotyczna. Kolejny Mankell w „Białej lwicy” oprowadza nas po życiu swojego komisarza, po drodze zmuszając do wycieczki afrykańskiej – niestety, te odniesienia do historii apartchajdu odrywają od najważniejszego – od przyjemności obcowania z życiem Wallandera. Pamuk w „Nazywam się czerwień” zanurza nas w świecie tradycji i dusznej atmosferze kultury islamu. Trzy książki: przeczytana, niedoczytana i porzucona; dwie w twardej oprawie i jedna „miękka”, wszystkie jakby moje choć jedna nie do końca. Grube – Ada ma 850 stron, Pamuk prawie 600, Mankell prawie 500. Czytam ostatnio jedynie z doskoku, ale wciąż nie odmawiam sobie kupowania książek, bo to kupowanie jest nawet przyjemniejsze od samego czytania – jeśli przeczytało się już prawie wszystko (nie piszę tu o zestawieniach typu: 1000 książek, które musisz przeczytać – najbardziej idiotyczne wydawnictwo jakie znam), jeśli upodobań nie da się już zmienić, jeśli w gąszczu nowości nie można wyłowić nic wartościowego, to chyba lepiej nie czytać, albo po prostu czytać to, co się już przeczytało. A najlepiej nie czytać – to jest dopiero piękna perspektywa – jestem bliski jej realizacji, tak jak to już zrobiłem z muzyką – nie słucham niczego aktywnie, jeśli już, to jedynie jako wypełniacza – stosy płyt czekają lepszych czasów, stosy książek pokrywają się kurzem. Patrzę na trzy książki z przyjemnością posiadacza rzeczy, posiadacza światów w nich zawartych, ale odkładam je z radością, bo wiem, że Pamuk jest bagażem wspomnień, Mankell kolekcją, Nabokov jest Nabokovem. Pamuk miał być kroniką, wypełniony śladami wziętymi z życia, przesycony dowodami na energię życia, zawiera w sobie historię, niedokończoną, rozmytą, umarłą, ale nie zastrzeloną jednym pociągnięciem palca – kiedy zakwitły czereśnie wszyscy wiedzieli, ze nie ma odwrotu. I kiedyś powinienem ją oddać zabierając „Śnieg”, ale nie wierzę już w ten scenariusz – sam czytam teraz, że w piątek 24 października o g.15:45 przeczytałem pierwsze zdanie, a 20 grudnia dotarłem do czerwonych ust i potem już nie było nic. W książce mnóstwo notatek, wklejonych biletów, wycinków i pamiątek, z którymi czasem trudno się rozstać. Książka, której nigdy nie dokończę, nie dowiem się kto zabił, bo po cóż mi ta wiedza – morderca z miłości zawsze powinien zostać rozgrzeszony. Okładka „Ady” jest nieprzekonywująca - Nabokov nigdy nie będzie pomarańczowy, nigdy nie ugrzęźnie w jednym odcieniu, kolorze – on, podobnie jak motyle, które kochał, mieni się jak rosyjska jesień. Smakowanie Nabokova wywołuje irytacje – kiedy odnajdziemy już coś, co nas wciąga i fascynuje, autor skręca gwałtownie, rozpada się struktura, czytamy wariacje na temat jakiegoś francuskiego słowa, albo zajmujemy się przedmiotem, który dawno już przestał być użyteczny. Nabokov z nami gra, a nawet pogrywa, traktuje nas jak idiotów, którzy nigdy go nie złapią w siatkę, jest jak rzadki motyl, którego widzimy, ale nigdy nie dogonimy. Oczywiście wolę wczesnego, rosyjskiego Nabokova, ale jeśli chce mi pokazać jak mało dorosłem do jego świata, to proszę bardzo – będę się po tym ślizgał – zawsze coś mi po tym zostanie. Pisanie o trzech książkach na raz jest zadaniem karkołomnym, pisanie o nich to tylko niedokładny przelot balonem nad piramidami egipskimi. Ada zostaje przy mnie, sięgam po nią przed snem, smakuję bez konieczności brnięcia w ciąg dalszy. Mankell już na półce, obok podobnych wydanych przez WAB, Pamuk nie wiadomo gdzie, nie ma miejsca ani na półce ani nigdzie indziej, jest bezdomny i samotny – przekładam go z miejsca na miejsce, wciąż mi przeszkadza i uwiera, jak wspomnienia, których nie da się wymazać. 2009-07-05 14:42:23 skomentuj (4) Eustachy Rylski „Po śniadaniu” w twardej oprawie i z obwolutą, na której … impresja? Dlaczego lubię Rylskiego? W literaturze liczą się błyskotliwe zdania. Proust pisał tak błyskotliwie, że nie mógł zdań skończyć, Mann z kolei doprowadził swą błyskotliwość do takiej doskonałości, że nie da się ona interpretować, gdyż jest skończona, z kolei Nabokov był błyskotliwy subiektywnie, cokolwiek to znaczy. Błyskotliwość Rylskiego jest taka: Co łączy tę siódemkę? Gdybym powiedział, że nic – niezasłużenie bym sobie naurągał, gdybym powiedział, że wszystko – nie obroniłbym własnej przesady. Stanę więc w pół drogi między nic a wszystko i przyznam, że łączy ją nie byle jaki czytelnik, za jakiego się uważam. To początek książki, w której autor chce podzielić się z nami swoimi fascynacjami literackimi, a właściwie chce nam powiedzieć, co decyduje, że szczególnie umiłowaliśmy jakąś książkę. Zawsze jest jakieś dotknięcie w zachwycie, zawsze jakaś iskra, jak między palcami u Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, coś co sprawia, że zapadamy się w autorze na dobre i złe. Rylski wybrał siódemkę, wśród której Błok, Iwaszkiewicz, Turgieniew wyraźnie ciągną tam, gdzie autor czuje się najlepiej, czyli wśród wschodnich stepów, do tego Camus, Hemingway i Capote, a na koniec jakby z innej bajki Malraux. Ostatnio chodzę za książkami co mnie cieszy, ale i buduje niezdrową fascynację – wiadomo, że to co wymarzone zdaje się lepsze od tego co wpada samo do reki. Wiem co chcę kupić, resztę przeglądam i czekam. O wielu zapominam, ale wciąż pojawiają się nowe książki, dlatego szukam w sobie instynktu, który każe mi na razie nie kupować najnowszej pozycji Tomasza Piątka, bo jakoś przestałem mu ufać, ale być może jeszcze do niego wrócę. Więc chodziłem za Rylskim, bo jak zwykle nie było go tam gdzie powinien być, na szczęście nie była to historia poszukiwania Świetlickiego. To dobra pozycja do pociągu, choć kto dziś jeździ pociągami? Szybko się czyta, choć zwracam uwagę na skupienie się, zwłaszcza, że liczą się tu smaczki i jeśli chcecie się prześlizgnąć przez jakiś rozdział, to wyda Wam się on płaski i przegadany, a jeśli uchwycicie Rylskiego za połę płaszcza, to pociągnie Was za sobą i wiele wyjaśni. A nie łatwo za nim nadążyć, bo kluczy i wymaga koncentracji. W rozdziale Arina Timofiejewna pokazuje, że literatura jest sprawą mocno subiektywną i że miłością nie można się dzielić, że pewne rzeczy należy zostawiać tylko dla siebie. Kiedy ktoś zabiera nam pielęgnowaną tajemnicę, ukochaną moc wrażenia, tracimy to wszystko raz na zawsze, ubożejemy. Kiedyś tak zabrano mi Nabokova, bo myślałem, że tylko ja się nim zachwycam, Rylskiemu zabrano kobietę, którą nie chciał się dzielić, bo sam ja znalazł i ukrył w duszy. Książka, którą się czyta wielokrotnie, nie dlatego, że taka błyskotliwa, ale dlatego, że pozwala smakować kilka wybranych pozycji wraz z kimś, kto powie nam więcej niż sami tam znajdziemy, choć powinniśmy szukać własnych fascynacji, a jeśli ktoś się chce z nami podzielić swoimi, to niech, na boga, uczyni to w stylu Rylskiego. 2009-05-10 13:21:54 skomentuj (2) Kaziemierz Nowak „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936”, już czwarte wydanie książki, która w ostatnich 2 latach zrobiła furorę wśród rosnącej z każdym dniem rzeszy polskich podróżników. Na okładce, miękkiej, bo wydanie, które kupiłem w EMPiK-u, nosi dopisek do plecaka, brodaty, łysawy Kaziu, ze swoim rowerem, przemierza pustynne piaski. Czytając te relacje, zebrane z mozołem przez wydawcę, towarzyszy mi i jak sądzę nie jestem w tym osamotniony, uczucie podziwu przemieszanego z przerażeniem. Jak temu niepozornemu i skromnemu człowiekowi przyszło do głowy, żeby zmierzyć się z Afryką, mając do dyspozycji rower oraz nieomal żadne środki finansowe? Dzisiaj pomyślenie o takim przedsięwzięciu, choć możliwe i realizowane przez naśladowców także w Polsce, wywołuje gest łapania się za głowę w niemym geście, skazującym śmiałka na śmieszność – wtedy musiało być stokrotnie gorzej. Polowałem na tę książkę, bo nakłady się szybko wyczerpywały, a czytając ją co chwila łapałem się na myśli, że nasz odważny Kazik nie dość, że miał ogromne szczęście, to jeszcze charakter przekraczający siłę herosów dzisiejszych odkrywców. W kilku miejscach jego życie wisiało na włosku, chorował na malarię i nie tylko, tracił wzrok, siły i pieniądze, ale to, co przeżył, samotnie kontemplując urok świata, dawało mu dowód, że warto poświęcać wiele, żeby przeżyć jeszcze więcej. Ta relacja, tak mocno okrojona i niepełna, byłaby dziś, gdyby Kazia przywrócić do życia i kazać mu powtórzyć swój wyczyn, co z pewnością natychmiast by uczynił, sensacją na miarę tych wszystkich Kolosów czy Travellerów, człowiek uzyskałby sławę i pieniądze – a tak możemy dziś jedynie wytrzeszczać oczy w niemym zdumieniu. Facet przejechał Afrykę w obie strony, oczywiście nie jedynie na rowerze, bo i konno, łodzią i na wielbłądzie, sypiał zazwyczaj w namiocie, bronił się przed zwierzyną ale i przed oniemiałymi tubylcami, którzy wielokrotnie nie wiedzieli jak się zachować widząc tego dziwaka. Czytałem książkę w Londynie, w ostatnie dni roku 2008, zwiedzałem te wszystkie British Muzea i zastanawiałem się, czy warto poświęcić życie dla takiej wyprawy – Nowak umarł zaraz po powrocie ze swojej 5-letniej wyprawy, wyniszczony przez choroby. Przez tyle lat mało kto o nim wiedział a teraz wyrósł na bohatera, namaszczonego przez samego Ryszarda Kapuścińskiego. W książce pamiątki po londyńskim sylwestrze – bilet z Stansted Airport do London Terminal za 18 funtów oraz kawałek gazety londyńskiej z ogłoszeniami. Literacko dużo tu zachwytu dla niezwykłej urody Czarnego Lądu, ale wciąż wraca mi myśl jak to wszystko mogłoby wyglądać dziś, jaką relację moglibyśmy otrzymać gdyby choć Nowak miał większe możliwości – sprzętowe i finansowe, ale przecież wtedy nie moglibyśmy go tak podziwiać. Jego wyczyn, jeden z największych w historii podróżowania może być tylko taki jakim go widzimy teraz, choć mam wrażenie, że gdybyśmy Pana Kazimierza wskrzesili do życia, mógłby nam opowiedzieć stokroć więcej, jak to naprawdę tam było, przed ponad 70-ciu laty. I byłoby to równie pasjonujące choć mielibyśmy do przeczytania nie jeden, ale pięć tomów. 2009-04-19 14:52:49 skomentuj (0) Krajewski/Czubaj „Róże cmentarne” wydawnictwo WAB. Książki Krajewskiego o Mocku mają srebrny czy też szary kolor okładek – mężczyźni podobno nie znają się na kolorach – a kolorem tandemu Krajewski/Czubaj, będzie kolor niebieski, może przez nawiązanie do miejsca, gdzie rozgrywa się akcja powieści, czyli nad naszym modrym Bałtykiem. Zresztą najnowsza informacja z rynku wydawniczego jest taka, że Krajewski zmienił wydawnictwo, ale kogo to obchodzi poza samym autorem oraz zbieraczami książek lubiącymi układać sobie na półkach serie wydawnicze czy tez w inny sposób mieć przyjemność w ustawianiu książek w konfiguracjach symetrycznych, kolorystycznych czy tez po prostu są pedantycznie przyzwyczajeni do ustalonych reguł, które padają na początku i każda zmiana wywołuje w nich torsje i skutkuje jakimś rozchwianiem wewnętrznym. Z rozpędu kupiłem tę książkę, choć po pierwszym tomie przygód Patera, miałem jedynie mdłości. A przecież zaryzykowałem powtórne spotkanie, a decyzję moją podbudowała historia z książkami Miłoszewskiego. Otóż na ostatnich Targach Dobrej Książki, kupiłem pierwszą powieść Miłoszewskiego „Domofon”, ponieważ zachwyciłem się drugą, o której tutaj pisałem dawno, ale z przyjemnością. A „Domofon” okazał się doświadczeniem strasznym, żeby nie napisać straszliwym. Sam się sobie dziwie, że to skończyłem, ale chyba dlatego, żeby mieć czyste sumienie. Widocznie bywa już tak, że zaczyna się swoja przygodę z literaturą w sposób haniebny, żeby nabierając praktyki dojść do wprawy i stać się lepszym. A może początkujący literaci powinni napisać od razu dwie książki i tę pierwszą potem spalić bez wahania? W „Różach cmentarnych” jest wreszcie coś, o co można się zaczepić, jest osobowość komisarza i atrakcyjne trupy. Oczywiście jest też wiele mętnej wody, której sam Krajewski unika w swoich powieściach, tuszując nieporadność, której coraz już mniej, przedwojennym sznytem i folklorem, rodem z miasta Breslau. Nie musiałem za wiele wkładać do środka żeby kiedyś znowu sięgnąć po książkę – wystarczył jedynie kawałek biletu lotniczego Cusco – Lima, na którym sympatyczny Indianin zapisał swój mailowy adres, z prośbą o przesłanie zdjęcia swoich wyrobów biżuteryjnych, sprzedawanych na rynku w Aqua Callientes. Mail wysłany wrócił, więc kontakt niejako się urwał, a fragmenty kolekcji rozrzucone są po wielu miejscach, nie wyłączając pewnej czarnej toyoty. Na okładce niebieskiej, kobieca twarz zanurzona w wodzie, jak się domyślamy morskiej. Kupiłem nie za 34,90, jak jest napisane na okładce, ale 30% taniej, bo na mojej ulicy zamknięto księgarnie i zrobiono wyprzedaż. Dlaczego nie opłacało się sprzedawać książek a opłaca zrobić w tym miejscu sklep z balonikami? Nie ogarniam tego szlifowanym w żelazie rozumem. 2009-03-01 14:30:56 skomentuj (5) Marcin Świetlicki „Jedenaście” Polskiej Kolekcji Kryminalnej Tom VIII, Wydawnictwa EMG, i spośród tejże kolekcji, aż trzy są Świetlickie Marciny, kolejno II, V, VIII. Czarna okładka z diabelską twarzą, a raczej jej karykaturą no i miłym mottem, wskazującym na diabelskość liczby 11, że niby to taka nadwyżka nad doskonałą dziesiątką. Już miałem do książki Świetlickiego stosunek agresywnie asertywny, tzn. umawiałem się z samym sobą, że będę do niej podchodził z obojętnością, że będę na nią obrażony i że jeśli minie jeszcze trochę czasu, a ja jej nie znajdę w księgarniach wrocławskich, to ze względu na niesamowite oczekiwania, oraz złośliwość księgarzy, nieudolność wydawnictwa i olewactwo autora, nie napiszę tutaj o niej ani słowa. Ale jakoś tak, po trzech miesiącach poszukiwań, kiedy wszyscy już odtrąbili, że autorowi się udało, że jest to książka dobra i w ogóle, schylając się w Empiku w okolicach litery Ś, znalazłem wyżej wymienioną. I jak się tak teraz zastanawiam, to przychodzi mi do głowy, w ten niedzielny, śnieżny dzień, że nie potrafię jednoznacznie napisać tak albo nie. Bo tak, bo się czyta inaczej i mroczniej niż inne i smaczki są, ale nie, bo rozmemłanie widzę w tym, niekonsekwencje i miazmaty. Dla wszystkich co ostatniego słowa nie znają napiszę, że to są wyziewy nieczyste, ale i demoralizujące. Bo Świetlicki demoralizuje czytelnika tym swoim łajzowatym bohaterem pijakiem, tą swoją inercją narracyjną, fałszowaniem rzeczywistości widzianej przez bohatera, jakąś sztuczną bohemowatością Krakowa. No ale czy nie ma takiego prawa? Czy autor-bohater nie może mieszać alkoholi dowolnie, wlewać w siebie te wszystkie świństwa bez żadnych oznak zatrucia? Tenże mistrz jest bierny, słaby, niesiony przez prądy, manipulowany przez autora, więc niestety nie możemy w żadnym stopniu się z nim utożsamiać, nie możemy nawet go polubić, nawet mu współczuć ani znienawidzić. Ten mistrz jest nam obojętny, bo nawet więcej nas obchodzi jego suka zamykana w mieszkaniu niż jego przygody knajpiane, zwłaszcza przesiadywanie w podkrakowskiej restauracji Stylowa. Udało mi się raz wysłuchać czytania młodego Stuhra, w radiowej Trójce, z tym jego krakowskim akcentem, i może to było dobre, było „stylowe”, ale czy wystarczająco zachęcające? Bo akcja mi się poplątała w końcu, ktoś zabił, ale kto? Za co? Dla kogo? Już nie pamiętam.A przecież lubię jakoś tę książkę, lubiłem ją czytać, wejść w ten klimat, bo ona go w odróżnieniu od wielu innych, właśnie posiada, lubiłem się z nią zaprzyjaźniać i z nią przebywać, a jak się skończyła, to żałowałem. A więc jak to jest? Plusy dodatnie czy plusy ujemne? Czytać nie czytać? No czytać. Wydać te 31 złotych byle gdzie i wstawić na półkę. Obok „Trzynaście”, bo ja „Dwanaście” nie mam, nawet nie pamiętam czy czytałem, bo tak właśnie z tymi „-naście” jest. Niby są a ich nie ma, niby przeczytane a nie zapamiętane, niby tak, a jednak nie. A przecież tak, bo mają w sobie tyle literackiej beztroski, że wybaczam resztę, która mierzi. Mniej mierzi niż intryguje więc chwalić powinienem. Co uczyniłem. 2009-02-22 17:33:20 skomentuj (1) Andrzej Bart „Fabryka muchołapek” WAB, twarda oprawa, stąd cena prawie 40 zł, a na okładce tejże twardej, w niepokojących pomarańczach i czerniach chyba sam autor kroczy po fabrycznych płytach łódzkich, odbity jak w szarej kałuży, podwójny jak własna proza dziwaczna, nie mająca odpowiedników, nieklasyfikowana i zaskakująca jak temat książki, która opisuje nam fikcyjny proces Chaima Rumkowskiego, żydowskiego przywódcy łódzkiego getta. O książce Barta wielu pisało, zwłaszcza, że to postać trochę kultowa w naszej prozie, ale pisano jakoś nieśmiało, wyłącznie chwalono, podkreślając wagę podjętego tematu, ale cóż to za recenzja, która skupia się jedynie na temacie – język, panowie, jakby powiedział Nabokov, język pokażcie. A język i styl jest … bartowy. A to znaczy, że mamy fajerwerki i lśniące wygibasy stylistyczne – żebyśmy się dobrze zrozumieli, to najlepsze co w prozie Barta odnajduję, chociaż jest tam także kilka innych frykasów, ale właśnie tych wspaniałych zwrotów poszukiwałem czytając, mając za nic całą tę naciąganą akcję, z przesłuchiwaniem świadków, głównie martwych, z dodatkowo wplecionym wątkiem romansowym, nie z tego świata oczywiście. Uff. A więc te lekkie zdania, ten trzepot motyli jest intrygujący: No bo otwórzmy stronę 13 – tą: „ … zobaczyli otwartą furtkę, oszczędni Holendrzy wzięli by ją za wejście do parlamentu. Przeszli przez nią i znaleźli się w ogrodzie przylegającym do wewnętrznego dziedzińca pałacu, bardzo bogatego w style – nie było chyba epoki, z której projektujący go artysta, nie czerpałby ze śmiałością człowieka dobrze opłacanego. Na tarasie strzeżonym przez dwa kamienne lwy, z których jednemu ze starości odpadła głowa, grał kwartet smyczkowy. Dla znających się na muzyce był to Scarlatti, wszystko wskazuje na jego II kwartet, dla niewprawnego ucha brzmiało to tylko melodyjnie. Sądząc po wychudzeniu trzech mężczyzn i jednej kobiety, muzycy nie zarabiali dużo, jednak właściciel nie musiał być kutwą, bo odpadające gdzieniegdzie tynki zdradzały, że przestał być człowiekiem nadmiernie bogatym.” I tak jedziemy sobie raz bardziej błyskotliwie raz mniej. Zawiodłem się jednak, bo przecież jeśli widząc to nazwisko, kupuję bez wahania nie patrząc nawet na cenę, to jednak chciałbym przeżyć coś wyjątkowego – Bart o ile językowo nie przekroczył sam siebie, to i fabularnie oblał egzamin, jeśli tak go potraktujemy. Bo chciałbym smakować a jedynie polizałem. Powkładałem tam jednak trochę karteczek z podróży: bilety do Compania de Jesus w Cusco pomarańczowy, do Museo San Francisco z modlitwą na odwrocie zaczynającą się od słów: Senor, hacel de mi un instrumento de Paz, Que alli donde haya odio, ponga yo Amor, i bilet do Cusco z La Paz. Czy to coś da? I komu da? I co znaczy? Autor tradycyjnie zaprasza nas do napisania do siebie maila, a także pokazuje swoje okulary na odwrocie twardej okładki. Tamże recenzent Wyborczej pisze o jego awersji do popularności – osobiście podoba mi się, że go nie ma w popularnych tygodnikach i miesięcznikach, ani nie wypowiada się mądrze w telewizji. A może nie podoba mi się? 2009-02-14 22:19:11 skomentuj (2) Tomasz Łysiak „Bliznobrody”. Nie lękajcie się o wy, których przyzwyczaiłem do lektur zgoła, czy tez snadnie, innych. Tfu, a jednak język potrafi wciągnąć i nie jest to bagno pospolite ale raczej nazwijmy je – swoiste. Dostałem z wydawnictwa Picaresque egzemplarz książki z prośbą o ewentualną notkę na blogu, a ponieważ podoba mi się ten pomysł, bo jakoś to mnie dowartościowuje, wskoczyłem w świat historycznego fantazy. Druga książka z cyklu „Kroniki szalbierskie” wraca do bohaterów debiutu autora i rozglądając się trochę po Internecie przeczytałem co i jak wydarzyło się wcześniej. Konwencja, w której gdzieś tam jest sukces Sapkowskiego, wciągnęła tłumy miłośników tej wtórnej rzeczywistości, wtórnej co nie znaczy gorszej, może raczej wynikającej ze specyficznego języka jak i opisywanych losów. Bo są to losy XIII wiecznego państwa polskiego a historycznie łatwiej jest wykreować coś oryginalnego sięgając tak daleko wstecz, kiedy nie było kryzysów gospodarczych oraz telewizji. Syn Waldemara Łysiaka odnajduje się doskonale w różnych miejscach, bo i w radiu i w filmie a i przystojny jest też, więc pisząc drugą książkę ugruntował swój sukces, a ponieważ talentu mu nie brak, można spokojnie oczekiwać na kolejne tomy. Prawie 500 stron, wciągająca akcja, dynamiczne opisy i pełna przygód konwencja pisarska – bez umiejętności literackich nie da się tego wszystkiego zrobić, a młody Łysiak z pewnością potrafi, podobno coraz lepiej potrafi, doskonalić swój warsztat. Czy to jest nisza literacka, czy raczej moda? Chciałbym, żeby to była jednak nisza, bo to co modne jak wiadomo przemija, a tutaj widzę dobra zabawę i jeśli sam nie czuję się wciągnięty zarówno w styl jak i temat, to przecież nie zabierajmy innym tego co nas nie porusza. Miękka oprawa, ale cena to prawie 40 zł, więc drogo. Na okładce brodaty mężczyzna w żelaznym hełmie a dalej nawet swoiste motto z Petrarki, że wszystko przemija a wszyscy biegniemy do śmierci co akurat dziwne nie jest a i odkrywcze również nie. Potem jest już lepiej, krew leje się gęsto, bohaterowie są wyraziści a opisy plastyczne. Wychodzi mi tu laurka bo i przyczepić się nie ma do czego – ci wszyscy, którzy kochają taką literaturę będą zachwyceni a reszta, którą to nudzi, nie przekona się nigdy. Więc co robić, czytać może a jeśli tak to po co, a jeśli nie to co czytać, skoro najnowsza powieść kryminalna Świetlickego nie potrafi jakoś dotrzeć do Wrocławia, nikt nie wie dlaczego, co się stało, gdzie to czytają i dlaczego nie chcą się podzielić. A książkę Łysiaka chętnie komuś sprezentuję, bo po co ma leżeć bezczynnie, zwłaszcza, że zimą kurzy mi się w mieszkaniu podwójnie, a sterta pozycji ostatnio zakupionych niecierpliwie wyciąga do mnie rączki. Więc „Bliznobrody” dla tego, kto mi powie jak nazywała się zamordowana w powieści „Trzynaście” panienka. Wystarczy nazwisko. Także wystarczy zostawić maila. 2009-01-04 15:44:47 skomentuj (4) Henning Mankell „Mężczyzna, który się uśmiechał”, no nie, znowu Mankell, ale co ja zrobię, że polubiłem? Zanosi się na tekst w stylu tych idiotek z „Lejdis”, które o ile są błyskotliwe, to przecież głupie. Każdy przecież ma swój własny świat i te światy czasami na siebie zachodzą, wówczas ja wykrzykuję „co za idiotki”, a one „kurwa, co za nuda”. Zresztą wszystko to pozy, moja poza, ich pozy, nasze pozy. Świat to jedna wielka poza – dobry tytuł na powieść z kluczem. Nie dałem 15 zł, bo już wziąłem się na sposób i kupuję te książki wówczas, kiedy trochę poleżą, więc zapłaciłem jedynie złotych 5. Co ciekawe wydaje to WAB, ale pod patronatem Polityki i to już piąta część kolekcji, składającej się głównie z Mankelli właśnie. Co decyduje o tym, że czytam te książki z przyjemnością? Na pewno nie jest to kryminalna intryga, bardzo często zbyt wydumana, a postępy w śledztwie wynikają raczej ze żmudnej pracy grupy policjantów – o wiele ciekawsze jest powiązanie tego wszystkiego z życiem naszego komisarza. Z kolejnych tomów dowiadujemy się stopniowo coraz więcej o jego życiu, w moim przypadku jest to raczej skakanie po jego losach, w zależności od tego, na który tom akurat trafię. Bohater jest typowym loserem, oczywiście w skali europejskiej, bo gdzież tam naszym europejskim do tych amerykańskich Marlowów czy innych – tam rzecz jasna wszystko nabierało takich podkolorowanych odcieni, błyskotliwe dialogi wymieniały się z pięknymi kobietami, które same oddawały się w ręce dzielnych, ale często bitych detektywów, by w końcu zostawić naszego amerykańskiego przyjaciela, który miał przecież wpisaną w kod genetyczny samotność i może jeszcze pijaństwo, zostawić, uciec, zdradzić czy zginąć, co było najlepsza opcją dramatyczną. Kobiety Wallandera są po prostu zwyczajne, tak jak i on jest raczej pospolity, porzucony przez żonę zdobywa się zazwyczaj w finale opowieści na jakieś dramatyczne uczynki, o czym autor pisze z jakąś taką niechęcią i widać, ze nie za bardzo stawia na bohaterstwo policjanta. Nie ukrywam, że dałem się wciągnąć w ten świat szwedzkiej policji, że z ochotą kolekcjonuję te kryminały, że warto mieć na półce już cztery Wallandery, a jest ich w sumie, z tego co wiem, chyba dziewięć. Nie był to tekst w stylu panienek z „Lejdis”, bo pisałem go na raty, z tygodniową przerwą, na rozmowę telefoniczną, która nie trwała aż tak długo, choć jeśli miałbym wybierać, to zamieniłbym to pisanie na rozmowę, choćby przez telefon. 2008-12-13 14:09:32 skomentuj (17) Tomasz Konatowski „Wilcza wyspa” Mroczna seria WAB. Po przeczytaniu całej klasyki literatury ma się ochotę jedynie na kryminały? Błędny wniosek. W księgarniach pojawiło się właśnie dziełko 1000 książek które powinieneś przeczytać i ja stamtąd z jakieś 900 nigdy nie miałem w reku, więc nie ma co wieszać buty na kołku tylko brać się ze resztę, ale… No właśnie, takie zestawienie nie dość, że obce bo amerykańskie chyba, to jeszcze subiektywnie niedoskonałe. Nie chce mi się (kochać misie chce) rozwijać tego tematu.Natomiast druga książka Konatkowskiego nie jest dobra. Do nietrafnych ocen recenzentów zdążyłem się już przyzwyczaić, więc nie znęcajmy się nad nimi i ich pracą wprzęgniętą w marketing wydawniczy. Kupiłem ją z prostej ciekawości i chęci wciągnięcia się w swojskie klimaty. Autor bardzo się starał i czasem jechał za daleko w tym swoim staraniu się, bo jeśli się przeszarżuje w błyskotliwości, to wychodzi z niej cała nadęta pustość, chęć zabłyśnięcia przesłania potrzebę a każdy dobry niuans literacki powinien być użyty ze szczególna uwagą i pewnym niedopowiedzeniem – tutaj jest to nachalna chęć pokazania jaki jestem oryginalnie zdolny i fajny. Książka na pewno dla Warszawiaków, powyciągane historie miejsc i zdarzeń, dla laika nużące, akcja się rwie, nazwiska się plączą, nie mogę zapamiętać kto jest kto, czytam żeby skończyć i wszystko wreszcie rozmywa się w jakimś sosie bez przypraw. Nie sięgnę po pierwszą książkę autora choć należy dać mu szansę i być może uczy się długo i mozolnie i wreszcie mu wyjdzie coś wartościowego. To nie jest dobra literatura, to jest jedynie jednorazówka z rodzaju „z braku laku”, lepiej jest poszukać na półce i przeczytać po raz ósmy Maigreta niż babrać się w tym sosie niespełnionych nadziei, że wreszcie coś tu zacznie się dziać. Czerwona okładka z pałacem kultury, cena zawyżona bo prawie 40 zł i lepiej sobie kupić jakiś dobry film na dvd a będzie szybciej, przyjemniej i zawsze można komuś pożyczyć. W przypadku tej książki lepiej jest wcisnąć ją głęboko za szafę, choć rosnąca kolekcja wydawnicza WAB, nieźle prezentuje się na półce i może przyjdzie taki moment, że zerkający nieśmiale na kolekcje śmiertelny mój wróg każe sobie coś z tego wybrać, więc nie wahając się wcisnę mu raz na zawsze tę książkę z nadzieją, że ją przeczyta a jeszcze większą że nigdy nie odda. Bo tak naprawdę to jest potrzeba powrotu do Maszeńki tylko że ona mi się jakoś wymyka, wymyka mi się … 2008-11-11 13:36:49 skomentuj (0) Umberto Eco „O bibliotece” Świat książki wydał cieniutki tomik, przygotowany na podstawie odczytu wygłoszonego 10 marca 1981 roku, z okazji 25-lecia biblioteki w Mediolanie. Wcześniej chyba publikowało ten odczyt wydawnictwo Ossolineum. Popatrzcie na datę – 27 lat to w dziejach bibliotek i książek czas niewielki, ale czytając ten wykład widzimy, że czas posunął się trochę i odebrał aktualność wywodów autora. Twarda oprawa, duże litery Eco wskazują, że to nazwisko się sprzedaje. Przyjrzyjcie się tej okładce, na której jest biblioteka – niestety wydawca nie poinformował nas skąd pochodzi to zdjęcie, ale jak się przyjrzeć okładce, to dostrzegamy jej malarskość i jakąś sztuczność, co nadaje całości jednak bajkowego klimatu. Książeczkę dostałem w prezencie, właściwie ten prezent zrobiłem sobie sam, cena na okładce mówi 12zł, a widziałem ją w taniej książce za złotych 9. Wcześniej tradycyjnie podczytywałem ją w księgarni, głównie dla genialnego opisu doskonałej biblioteki, cytowanego na samym początku Borgesa. No i katalog zasad obowiązujących w bibliotece sprowadzający się do tego, że biblioteki są tworami samymi w sobie, dla siebie tylko przeznaczonymi, a obcy, wypożyczający, czytelnik, to intruzi, którym należy maksymalnie utrudnić życie. W sytuacji idealnej, jak pisze Eco, czytelnikowi nie powinno przysługiwać prawo wstępu do biblioteki, ale zakładając, że wtargnął, nadużywając w sposób małostkowy i mało sympatyczny swobód przyznanych mu w roku 1789, w żadnym razie nie powinno się go dopuścić do półek z książkami – poza pospiesznym przemknięciem przez bibliotekę podręczną. Biblioteka to rzeczywiście taki świat odrębny, a kobiety (widział ktoś mężczyzn?) tam pracujące charakteryzują się jakimiś nieludzkimi cechami, taką plątaniną wyższości z poczuciem krzywdy wynikającym z niskich dochodów i niemodnych ubrań. Personel powinien być według Eco dotknięty ułomnościami fizycznymi. Należy zniechęcać do wypożyczania. Po co dziś biblioteki? Oprócz wąskiej grupy zainteresowanych, oprócz bibliotek ze specjalnym księgozbiorem, oprócz wyjątkowych sytuacji, biblioteki możemy pozostawić samym sobie. Książki można dziś kserować, ściągać z Internetu lub kupić po prostu. A jednak jest jedna rzecz, dzięki której biblioteki będą budziły nasze pożądanie i wprowadzały w niezdrowy stan rozgorączkowania, jeśli oczywiście się w nich znajdziemy, przywiedzeni jakąś zużytą nostalgią do prehistorii. Otóż do biblioteki idzie się wcale nie po to, żeby pożyczyć tam określoną książkę, ale po to, żeby odkryć książki, o których się nie miało zielonego pojęcia, znaleźć na półce egzemplarz, o którym nawet nie śniliśmy w marzeniach. Osobiście mam dwie karty biblioteczne, ale mogę powiedzieć, że ta instytucja skończyła się dla mnie jakieś 20 lat temu. I w tamtych czasach było to miejsce magiczne, które jednak odeszło z tego świata niczym utracone dzieciństwo. 2008-10-05 13:44:20 skomentuj (9) Michel Houellebecq „Poszerzenie pola walki” WAB I wydanie w 2005 roku, po 11 latach od francuskiego. Wyciągnąłem właśnie lekko zakurzony egzemplarz (nie pytajcie skąd ten kurz), spośród sterty innych książek kupionych ostatnio, jakbym zapomniał, że przecież to czytam właśnie, ze jestem na 104 stronie. Podobnie ma się z Dziennikiem Palahniuka, a właściwie nie podobnie, bo do tego ostatniego nie mam zamiaru wrócić a do Houellebecqa owszem. Tak się dzieje ostatnio, że kupuję dużo, co nie skutkuje niestety zwiększeniem czasu przeznaczonego na czytanie – kupuję i odkładam, kupuję i po przeczytaniu kilku stron odkładam, zapominam, przyglądam się. Taki czas, wakacyjno-dziwaczny, taki czas (zauważyliście, że mam skłonność do powtórzeń?) rozchwiany, przez podróże, wrażenia, skupienia na czymś ważniejszym, cennym szczególnie, którego nie mogę zmarnować, zaprzepaścić jak wiele dotąd. Druga książka człowieka, który jakoś mi imponuje, może tym swoim nihilizmem? A jednocześnie przeraża, bo te prawdy są okrutne niestety jak się nad nimi zastanowić, tylko czy warto się rozdrapywać? Z jednej strony warto wiedzieć kim się jest a z drugiej ta wiedza prowadzi do nikąd. Bo nie ma recepty na życie, a Ci, którzy sądzą, że ją znają oszukują się mozolnie. To powieściowy debiut autora, który od razu przyniósł mu sławę i uznanie, co nie znaczy, że nikt wcześniej o tym nie pisał, choć na pewno pisał inaczej. I nie oczekujcie happy endów, nie oczekuj, kotku, że wszystko skończy się dobrze – na pewno nie. Życie jako śmiertelna choroba zawsze płata swoje figle i choćbyśmy robili nie wiadomo co, to i tak się w końcu spieprzy. Na okładce ilustracja do Metamorfoz Owidiusza Picassa – kobieta ma grubsze łydki od mężczyzny i tego się trzymajmy. Bohater ma generalnie wszystko w dupie i najlepiej jest mu jedynie z samym sobą. Obłędna krytyka współczesnego stylu życia nie jest mi obca, ale wyrazić ją w ten sposób to manifestacja, w którą nie do końca przychodzi mi wierzyć. Ten rozchełstany Francuz, którego nazwiska nikt nie potrafi napisać a co dopiero wymówić, gra na uczuciach pewnej grupy ludzi i trafia w sedno, skrajne sedno. Jeśli ja to wszystko wiem, i Ty to wiesz to po co to jeszcze wymawiać. Podobno większość ludzi nigdy i tak nie zastanowi się nad tym wszystkim, nie wyda tych 24,90 w EMPiK-u, ale to dzięki temu możemy sobie powiedzieć, że nasze życie jest jakoś pełniejsze, kiedy ten cały tragizm spadnie na nas niespodziewanie, przed zaśnięciem. Należy się jeszcze zapytać, dlaczego tak lubimy to czytać i się w tym babrać? Może to jakaś autodestrukcja, albo chęć zrozumienia swoich najgorszych instynktów? Zostawiam Wam te pytania bez odpowiedzi, bo mam ważniejsze sprawy na głowie. Prawda? 2008-08-09 15:56:53 skomentuj (3) Vladimir Nabokov „Maszeńka”- coś najlepszego co mogło się zdarzyć w literaturze i nie tylko. Nabokov napisał to opowiadanie mając 27 lat, na emigracji w Berlinie. Napisał ją po rosyjsku, publikował pod pseudonimem Sirin. Wróciłem w czerwcu do Maszeńki a właściwie to ona przyszła do mnie, albo lepiej po mnie. Czarna seria Współczesnej Prozy Światowej wydana przez PIW, kosztowała 36 tyś. złotych o czym świadczy pomarańczowa naklejka. Opowiadanie o bezużyteczności wspomnień. Uczucia są przecież ważne tu i teraz, a wspomnienia o nich tylko przytłumionym echem dawnych czasów. Maszeńka była pierwszą miłością Ganina, którą zagubił, przetracił trochę na własne życzenie, trochę przez zawirowania dziejowe. Wegetując w Berlinie dowiaduje się, że ona przyjeżdża do nieciekawego męża, który mieszka w tym samym pensjonacie co Ganin. Wracają wspomnienia i cos trzeba z tym zrobić. Tych kilka dni do przyjazdu Maszeńki, to czas przełomowy dla bohatera usiłującego się odnaleźć w życiu. Zabrać ją i zacząć nowe życie – takie to proste; ale czy warto? Czy istnieje jeszcze tamta Maszeńka, czy to co się wypaliło nie lepiej zostawić w spokoju? Ganin w ostatniej chwili rezygnuje – to co się zdarzyło już nie istnieje, uczucie umarło, pozostały wspomnienia. Można się zastanowić czy Ganin zrobił dobrze, ale to już jest jego problem – literacko on musiał odejść, żeby uzasadnić nabokovską teorię wyższości nostalgii nad rzeczywistością. Błaha historyjka, taki motyl uczuciowy, jednodniowy owad przesycony rosyjską duszą – to opowiadanie ma wszystko co najlepsze, wszystko co lubię w tym pisarstwie: głębokie pokłady uczuć, żyjące i czujące przedmioty, bohatera na zakręcie. Zabrałem książkę na koncert The Police, rzuciłem na siedzenie obok, brakowało mi jeszcze kilku stron do końca, być może chciałem je doczytać już na miejscu czekając… Dziwny ten czerwiec, kiedy wróciło The Police i wróciła Maszeńka. Taki rosyjski sentymentalizm, zdarzający się w życiu może kilka razy, na który należy zwracać szczególna uwagę, dmuchać na to i pielęgnować i nie zostawiać samemu sobie. I nie myśleć o tym co będzie – dochodzi się do pewnego punktu po którym już nie będzie Maszeńki, ale przecież ona jest teraz. Zostawiłem ją w samochodzie przez chwilę zwątpienia, ale przecież była tam ze mną. Przecież zawsze będzie, nawet jeśli miałby to być jedynie ten czerwiec. Uczucia są teraźniejszością a wspomnienia czymś jedynie metafizycznym, dlatego nie warto żyć dla wspomnień, warto żyć dla Maszeńki. 2008-06-28 12:13:14 skomentuj (1) Elias Canetti „Auto da fe” 22 tom wydawnictwa Dziennika serii Dzieła Najwybitniejszych Noblistów – a teraz proszę podnieść rączki kto czytał tę książkę. Jedna z najdziwniejszych rzeczy jaka dane mi było czytać – czytać, bo nie przeczytać. Można rzec, że jestem w trakcie, że książkę powoli posuwam, że z nią jestem regularnie umówiony, najczęściej przed snem, choć moja namiętność słabnie, że coś wygasło, że już jestem niechętny… W innych czasach taka książka została by dosyć szybko przetrawiona i zaliczona, odłożona do lamusa. Ale nie w dzisiejszych czasach, kiedy życie ci gna a trzeba przecież jeszcze zrobić pranie. Kupiłem pewnego zimowego wieczoru, wracając z pracy i obchodząc w dawnym nawyku kiosk z gazetami dostrzegłem książkę w dziwnej cenie 9 zł. To 10 zł taniej niż można było ją kupić w okresie, kiedy seria była wydawana. Przyjrzyjmy się twardej okładce: piękna architektura budynku w stylu wrocławskiego Dworca Świebodzkiego i niebieska naklejka z tytułem, a na grzbiecie zdjęcie autora, bułgarskiego Żyda zmarłego 14 lat temu, a nagrodzonego Noblem w roku wprowadzenia stanu wojennego. Die Blendung to niemiecki tytuł książki, która miała mieć początkowo tytuł „Kant płonie” o czym autor szczegółowo pisze w posłowiu i wyjaśnia różne szczególiki, które zawsze pociągają badacza. Bohaterem książki jest uczony sinolog profesor Kien, prowadzący dziwaczne życie wśród książek, które otacza niezwykłą czcią. Streszczanie akcji czy opisy bohatera są tutaj nie na miejscu, są jak opisywanie starożytnej Petry komuś, kto nawet nie wie gdzie ona leży. Dziwactwo profesora stawia go wciąż w absurdalnych sytuacjach, kiedy to życie ingeruje we jego hierarchiczny świat. Już na początku wydaje nam się że historia skoncentruje się na spotkaniu Kiena z chłopcem lubiącym czytać, ale nagle pojawia się równie dziwaczna gospodyni profesora, która po krótkim czasie staje się jego żoną, co jest tak absurdalne, że nie wiem czy mnie to nawet śmieszy. Równocześnie z Canettim słuchałem Doktora Faustusa Manna i nie da się ukryć, że o ile proza Manna jest doskonała, bez pęknięć i nadużyć, jest dopasowana jak kamienie w inkaskich budowlach, to styl Eliasa wiruje, błądzi, wpada na mielizny – może to i wina wieku obu autorów – to chyba pierwsza powieść Canettiego, ale nie da się ukryć, że nikt nie jest w stanie prześcignąć Manna w rysowaniu aury i postaci, podobnie jak nikt nie jest w stanie dorównać Tołstojowi, nawet jak się jest znerwicowanym Dostojewskim. Chciałbym niewątpliwie skończyć książkę, przetrawić ją, mieć ją w pełnym wymiarze, bo na to zasługuje, ale nie obiecuje, nie deklaruję, bo jeśli teraz ją odłożę, to już nie wrócę, no chyba że w drugim życiu, o ile nie narodzę się znów jako chiński wieśniak w malutkiej prowincji tybetańskiej a jedyną intelektualną rozrywką będzie wtedy dla mnie obserwacja goniących się psów. 2008-05-18 11:58:36 skomentuj (8) |