mojeksiazki blog
Spis moli
księga gości


2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Alter ego czyli ja gdzie indziej
mojeksiazki-nowe.blogspot

Książkoblogi
Brulionbeel
Komisarz
Bryka
Magamara
Nieco
Buksy
Chihro

Antykwariat
Blog Kwadrygi
Kwadryga

Kacper czyta: Zwiadowcy tom 10

Czytam: "Tajny dziennik" Białoszewski

Rewelacja wydawnicza: Stacy Schiff "Vera Nabokova"
* Dziennikarz:Czy mógłby pan powiedzieć jak ważna była w pana pracy rola żony.Nabokov:Nie.Nie mógłbym

poczta: mojeksiazki małpa gazeta.pl

Kupiłem: "Dziennik"Pilch

Już na półce
Davis"Miles. Autobiografia"
Bart"Don Juan raz jeszcze"
Dostojewski"Zbrodnia i kara"
Grechuta"Będziesz się uśmiechać"
Bukowski"Hollywood"
Krajewski"Festung Breslau"
Pound"Poezje wybrane"
Wagenbach"Franz Kafka"
Sandauer"Proza"
Nabokov"Splendor"
Simenon"Maigret"
Witkacy"Listy do żony"
Bukowski"Zapiski starego świntucha"
Oe"Zerwać pąki, zabić dzieci"
Rimbaud"Wiersze"
Lem"Szpital przemienienia"
Łoziński"Reisefieber"
Rylski"Warunek"
Schiff"Vera Nabokova"
Nabokov"Lolita"
Gasset"Szkice o miłości"
Marek Aureliusz"Rozmyślania"
Białoszewski"Obmapywanie Europy"
Witkiewicz"Listy do syna"
Marquez"Rzecz o mych smutnych dziwkach"
Achmatowa"Wiersze"
Auden"Ręka farbiarza"
Staff"Poezje"
Rylski"Człowiek w cieniu"
Witkacy"wistość tych rzeczy..."
Pearl"Klub Dantego"
Stasiuk"Jadąc do Babadag"
Auster"Nieczyste zagranie"
Masłowska"Paw królowej"
"Mount Everest.Dzieje zdobycia i podboju"
Mann"Czarodziejska góra"
Borowski"Kantowska filozofia religii"
Kopaliński"Słownik symboli"
Dante"Boska komedia"
Wojtyła"Poezje wybrane"
Cervantes"Don Kichote"
Poświatowska"Opowieść dla przyjaciela. Wiersze wybrane"
Sołżenicyn"Oddział chorych..."
Yeats"Poezje wybrane"
Bunin"Szalej i inne wiersze"
Hamsun "Głód"
Hesse"Wilk stepowy"
Reymont "Ziemia obiecana"
Szołochow "Cichy Don"
Canetti "Pochodnia w uchu"
France "Jokasta"
Hawkes "Gałązka limony"
Paz "Wciąż te same widzenia"
Seifert "Liryki"
Jelinek "Pianistka"
Czechow "Listy"
Kumaniecki "Cyceron i jego..."
Żuławski "Sygnały ze skalnych..."
Van Gogh "Listy do brata"
Broszkiewicz "Doktor Twardowski"
Micińska"Witakcy. Życie..."
Daniken "Oczy Sfinksa"
Carter "Odkrycie grobowca..."
Piątek "Przypadek Justyny"
Kazantzakis "Grek Zorba"
Siemion "Niskie Łąki"
Sienkiewicz "Ogniem i mieczem"
Miłosz "Widzenia nad Zatoką..."
Chin-Ning-Chu "Sztuka wojny..."
Kotarbiński "Szkice z historii filozofii i logiki"
Tatarkiewicz "O szczęściu"
Podgórzec "Okrutny talent"
Andielsko-francuski słownik obrazkowy
Hoesick "Legendowe postacie zakopiańskie"
Kuroń "Wiara i wina" " Gwiezdny czas"
Arystoteles "Metafizyka"
Dąbrowska "Dzienniki"
Eco "Wahadło Foucaulta"
Woroszylski "Życie Majakowskiego"
Strug "Zakopanoptikon, czyli..."
Lechoń "Dziennik"
Przyboś "Pisma zebrane"
Hrabal " Przerwy w zabudowie"
Schopenhauer "Aforyzmy o mądrości zycia"
Kronika filmu
Tołstoj "Anna Karenina"
Kurek "Pisma wybrane"
Kopaliński "Słownik przypomnień"
Pilch "Miasto utrapienia"
Brodski "Wiersze ostatnie"
Pawel "Franz Kafka. Koszmar rozumu"
Krejca "Rośliny skalne"
Terlecki "Gwiazda Piołun"
Weiss "O krowach,świniach, robakach..."
Rubinstein "Kuchnia Neli"
Andrzejewski "Zdnia na dzień"
Dostojewski "Idiota"
Hisroria filozofii
Coetzee "Hańba"
Sport 1975
Machiavelli "Historie florenckie"
David Carter "Motyle"
Yann Martel "Życie Pi"
Nabokov "Feralna trzynastka"
Mika Waltari "Egipcjanin Sinuhe"
Wańkowicz "Karafka LaFontainea"t.II
Łysiak "MW"
Józef Nyka "Tatry Polskie"
Durell "Kwartet Aleksandryjski"
Bataille "Historia oka i inne historie"
Józef Stalin "Krótki życiorys"
Orwell "Wiwat aspidistra"
Sartre "Intymność"
Tyrmand "DZIENNIK 1954"
Proust "W poszukiwaniu straconego czasu"
Twardowski "który stwarzasz jagody"
Wit Jaworski "Poezja filozofów"
Genet " Ceremonie żałobne"
Irving "Świat według Garpa"
Czechow "Opowiadania"
Gogol "Opowiadania"
Fordham "Jazz na CD"
Miciński "Utwory dramatyczne t.2"
Wilczkowski "Miejsce przy stole"
Diogenes Laertios "Żywoty i poglądy słynnych filozofów"
Hłasko "Palcie ryż każdego dnia"
Lenin "Dzieła wszystkie"
Bergman "Scenariusze"
Lem "Wysoki Zamek. Wiersze młodzieńcze"
Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"
Julio Cortazar "Niewpory"
Mętrak "Dziennik 1969 - 79"
Iwaszkiewiczowie "Listy 1922-1926"
Kundera "Walc pożegnalny"
Kundera "Życie jest gdzie indziej"
Czechowicz "Wiersze wybrane"
Kafka "Nowele i miniatury"
Rilke-Lou "Listy"
Iwaszkiewicz Najpiękniejsze opowiadania
Janouch "Rozmowy z Kafką"
Herbert "Barbarzyńca w ogrodzie"
Schulz "Listy, fragmenty..."
Joyce "Dublińczycy"
Burgin "Rozmowy z Borgesem"
Stendhal "Pustynia Parmeńska"
Kafka "Zamek"
Szymborska "Ludzie na moście"
Baka "Poezje"
Grochowiak "Poezje"
Schulz "Sklepy cynamonowe"
Miller "Zwrotnik Raka"
Białoszewski "Pmietnik z powstania..."
Nabokov "Zaproszenie na egzekucję"
Malinowski "Dziennik w ścisłym..."
Gombrowicz "Bakakaj"
Brodski "Pochwała nudy"
Błoński "Widzieć jasno..."
Milton "Raj utracony"
Herbert "Martwa natura..."
Suskind "Pachnidło"
Pasternak "Doktor Żywago"
Sztaba "Gra ze sztuką"
Chwistek "Pałace Boga"
Witkacy
Joyce "Portret artysty..."
Wolf "Orlando"
Piątek "Kilka nocy poza domem"
Kubiak "Mitologia Greków i Rzymian"
Botton "Jak Proust może zmienić ..."
Gretkowska "Silikon"
Marquez "Sto lat samotności"
Ciechanowicz "Rzym, ludzie i budowle"
Carroll "Dziecko na niebie"
Bogucka "Cienie w ogrodzie"
Nin "Henry i June"
Messner " Druga śmierć Malloryego"
Nabokov "Wykłady o Don Kichocie"

antykwariat
antykwariat

literatura net
zabawa
port z książkami





BLOG



















mojeksiazki



Pilch w Chilli Zet.

 

              Często słucham Chilli Zet, z przeróżnych powodów, nie do końca uzasadnionych, w czasach, kiedy nie potrzebuje się już „gadania” w radio, kiedy potrzebuje się muzyki, do tego „swojej” muzyki, doskonale wpasowanej w oczekiwania, bo takie już mamy konsumpcyjne czasy, nie to co kiedyś, kiedy Trójka była jedyną opcją i łykało się stamtąd wszystko, od jazzu po muzykę poważną (zastanawiałem się niedawno gdzie jest Dariusz Michalski, właściciel najbujniejszej czupryny wśród prowadzących audycje w Trójce i wczoraj „wypłynął’ mi przez przypadek w Jedynce, puszczając zapomniane hity z Eurowizji, ale on zawsze puszczał muzykę nie dla emocji ale dla statystyki), więc, że powrócę do wątku głównego, więc w Chilli Zet dziś prowadzący, bo tam prowadzący nie starają się przeszkadzać, bardziej przeszkadzają reklamy coraz częstsze, głównie japońskich samochodów, jakby ich potencjalni właściciele, byli szczególnie wrażliwi na muzykę nieinwazyjną, serwowaną przez stację, otóż – czy ta dzisiejsza skłonność do dygresji Wam przeszkadza, czy nie, bo nie wiem?; a czy wiecie, że pierwszym, polskim utworem dygresyjnym był Beniowski? Ja sam nie wiem skąd to wiem, ale wiem) – prowadzący dziś zauważył, a sądzę, że nie przemyślał do końca swojej uwagi, nie zagłębił się w otchłań, a jedynie prześlizgnął po zwojach odpowiedzialnych za sumienność, rozwagę i spryt, tenże prowadzący stwierdził, lekko się krygując, że bardzo lubi Pilcha, ale Dziennik ostatnio wydany jest słaby, a właściwie użył słowa: „trudny”. I tym się chłopak zdemaskował, bo dając mu jeszcze cień szansy mogłem usprawiedliwić jego wyszukany i zjedzony na licznych lekturach gust tym, że po prostu subiektywnie Pilch nie trafia w jego, powiedzmy karme, to stwierdzenie, że Pilch jest trudny plasuje go w obszarze ignorantów i wioskowych głupków.

            Jerzy Pilch drodzy słuchacze i ci mamroczący sobie coś pod nosem i ci mówiący na koniec rozmowy „kocham cię”, a także następni czytający w błogim skupieniu, chciałbym tu powiedzieć wyraźnie, ze Jerzy Pilch jest logiczny, zwięzły i dowcipnie sarkastyczny czy to pisze o piłce nożnej, poezji, historii czy mordowaniu innowierców. Jest wyrazisty, sprawny językowo, logicznie doprowadza do puent, jasno pokazuje jak jedzie, dokąd zmierza i nawet o zgrozo, kogo lubi a kogo nie szanuje. Chociaż jest kulturalny i szarmancki w opiniach, najwyżej lekko złośliwy ale nie krzywdzący, chociaż w tekście o zagubionym Filipku, nogę mu podłożyć chciał. Tak więc z nieskrywaną przyjemnością Pilcha się czyta, bo Pilch dotąd książkami swymi nie zachwycił mnie, zwróćcie uwagę, że użyłem słowa „dotąd”.

           Przedsięwziąłem dziś (przeczytałem dziś, że używanie słów niskofrekwencyjnych, czyli rzadko używanych i skomplikowanych, to forma autoprezentacji i kreowania się na osobę bystrą i niekonwencjonalną) nieudaną próbę odnalezienia w swoich zbiorach jedynej książki Pilcha, którą posiadam co pokazuje wyraźnie, że nie tylko nie wiem co mam, ale jeszcze do tego nie pamiętam gdzie to mam, czyli już ze mną nienajlepiej jest, że wyprzedawać się powinienem na allegro. A tak na marginesie to bardziej podoba mi się pomarańczowa twarda okładka Dziennika niż obwoluta. Mogę tę obwolutę oddać w dobre ręce i nie będą to ręce prowadzącego z Chilli Zet; ten niech sobie nimi popuka w głowę.


 
2012-05-27 13:58:55 skomentuj (0)


Rzeki Hadesu.
  
 


        Sobota z Markiem Krajewskim. Wreszcie warsztat nadążył za historią, opowieść dorównała stylowi. Bardzo dobrze się czyta, bardzo dobrze wciąga. Można się czepiać uproszczeniu w rozwiązaniu zagadki, ale właśnie najtrudniej jest doprowadzić do finału w sposób na tyle zaskakujący, żeby czytelnik wcześniej umiejętnie pogubiony, zrozumiał na koniec logiczność narracji. Ale to potrafią tylko najwięksi z wielkich, a kompletnie nie potrafi np. Mankell. 
       
       Krajewskiemu przeszkadza trochę maniera i poza, stylizacja na kogoś kim chciałby być, jako autor – trochę to sztuczne ale dozwolone, bo przecież powinniśmy być tacy jak w snach a nie tylko przeraźliwie normalni, zwłaszcza przy śniadaniu. Właściwie to mało co mnie raziło, przebiegałem gładko przez strony, niecierpliwiłem się właściwie, smakowałem szczegóły, zwłaszcza, że akcja wrocławska rozgrywała się w pobliżu mojego domu, więc spokojnie pójdę na Piastenstasse 25 obejrzeć kamienicę z dwoma orłami. A z podręcznika profesora Kulczyńskiego uczyłem się w czasach, kiedy Wrocław jeszcze pachniał dawnym Breslau, ale wówczas nikt nie przypuszczał, że warto się w tym rozsmakowywać, jak Popielski w zimnej wódce.

       Grzebanie w otchłaniach ludzkich przywar, zwłaszcza tych lubieżnych, w przypadku Krajewskiego pozwala nadać im jakiegoś posmaku niezwykłości i oryginalności – zbrodnia jest tu ohydna ale nie karczemnie głupia. A stróże prawa naznaczeni własnymi grzechami zdają się być stworzeni tylko po to, żeby lepiej zrozumieć degeneratów, którymi sami mogliby się z łatwością stać.


 
2012-05-20 12:46:54 skomentuj (0)


Żydzi.

     

          Z Internetem jest dobrze o tyle, o ile da się go szybko wykorzystać do własnych celów, czyli zdobyć informację o specjalnej promocji zakupu książek po obniżonej cenie. Warto mieć więc na facebooku księgarnie bądź wydawnictwa – ostatnio można było kupić najnowszy kryminał Krajewskiego za pół ceny (niestety wliczając koszt dostawy zyskałem ledwo 5 zł), Finneganów tren też mam za 80 zł a w księgarniach oferują go za 100 zł; a zupełnie machinalnie (jakie ładne słowo, nieużywane, a warto) kupiłem Krakowski Kazimierz i Podgórze też za jakąś „psią” kwotę, w dodatku wysyłkę miałem za darmo.      
        Od Bezdroży kupiłem, myśląc, że formatem podobnym będzie do łatwych w użyciu przewodników, a tu mamy albumowy rozmiar i kredowy papier. Może to i lepiej. W Krakowie trudno jest zabłądzić, ale zawsze jest ten sam problem, żeby trafić na Kazimierz, oczywiście z Rynku i oczywiście idąc na wyczucie. A taksówka zawiezie na Plac Nowy zamiast na Szeroką. Snucie się po Kazimierzu bez przewodnika to jedynie ekstrawagancja. Stąd Bezdrożowy zakup książki pani Legutko. I czytam o historii tego miejsca, o tym, że miało być to miasto alternatywą dla Krakowa, że założyciel liczył, że właśnie tutaj powstanie słynny uniwersytet, że tutaj będzie lepiej niż w sąsiednim Krakowie. Ciekawe jest zresztą dlaczego do tego nie doszło – pewnie ten słynny genius loci się wmieszał …
       A Żydzi w Kazimierzu pojawili się w XII wieku. Ciekawostką jest, że królowa Jadwiga miała znaczne długi u żydowskiego bankiera Lewko – do czego królowej były potrzebne pieniądze? Tego się już nie dowiemy. Rozdział „Spacery” wykorzystam z pewnością w terminie, który nie zależy ode mnie do końca.

  

       Poranki spędzam teraz z Franzem. Starzeje się w listach do przyjaciół a im starszy tym obfitszy. Ta książka, za którą zapłaciłem o 10 zł więcej, niż mogłem, bo nie wykorzystałem ceny promocyjnej w jednym EMPIK-u, stwierdzając w duchu, że nie chcę jej mieć mimo wszystko, otóż ta książka, jej fioletowość, przejrzystość i nie nachalność przypisów, budzi we mnie całkiem inne uczucia niż dotychczasowa percepcja Kafki, bo albo pamiętam metafizyczną kosmiczność Zamku, czytanego w liceum, albo pomroczność Dzienników, co ciekawe czytanych na skałach Morza Czarnego, kiedy to smarowaliśmy się wszyscy jadalna oliwą, a kartki z rozpaczliwymi fragmentami pokrywały żółte, tłuste plamy. I łapię się na tym, że najbardziej lubię przewrotną ironię i dowcip Kafki, który uwielbiał kpić z siebie, oraz te zdania złożone wielokrotnie, gdzie na końcu nagle czyni się zupełnie naturalny i oczekiwany zwrot, wskazujący, że autor napisał początek zdania po to, żeby w końcówce kompletnie się zdyskredytować.


2012-05-13 17:33:58 skomentuj (0)


Bowlesy.

       Denerwujące jest to, że dziś można kupić wszystko. W przypadku sprzedaży mogą wystąpić przejściowe problemy, ale udało mi się pozbyć, za grosze, robiąc więcej miejsca na półkach, więc udało mi się wyprowadzić z domu Zbrodnie i karę po rosyjsku albo Grahama Greena. Więc w związku z tym, ze każdy kaprys jest do spełnienia, wymyśliłem sobie zakup wszelkich możliwych Bowlesów, czyli zarówno Jane jak i Paula (albo jak kto woli Porta i Kit).
     Czytanie na przemian ich opowiadań daje możliwość zrozumienia jak bardzo byli podobni w opisywaniu rzeczywistości a jak różni w jej rozumieniu. Jane, ekscentryczna i bardziej chropowata w swej prozie, a przecież zadziwiająco błyskotliwa, czego z kolei brak u Paula, który napisał więcej złych zdań a może i opowiadań. Ale to Jane wydaje się być ciekawsza; nękana fobiami – bała się ognia, gór, wody, wind, rekinów i tysiąca innych rzeczy, do tego utykała na jedną nogę. Małżeństwo ich związało, choć oboje deklarowali homoseksualizm – to Paul cierpliwie znosił dziwactwa żony, jak to mówił; był zachwycony jej cudownie eliptycznym widzeniem świata. Sama Jane nazywała się : „kulawą lesbą, żydówą”. 
     
Dużo podróżowali co widać w opowiadaniach – sławę Paulowi przyniosła już pierwsza książka, sfilmowana przez Bertolucciego, ale to Jane kilka lat wcześniej napisała powieść Dwie poważne damy.
     Czytam opowiadania Jane i wydaje się, że ta proza zawieszona jest w jakimś metafizycznym interwale; nieodparcie przychodzi mi na myśl Alice Munro: doskonała, wyrachowana w technice, schludnie przebiegająca przez te swoje równo odmierzone 40 – 60 stron, podczas gdy Jane biegnie nieśpiesznie jakimiś zakolami i nigdy nie wiadomo co wydarzy się za chwilę. Jej opowiadania są pełne niepokojącego rozedrgania, mówi się o nich „chorobliwe”, czy neurotyczne, a nawet „bezużyteczne” (w tym przypadku krytyk przerósł własną błyskotliwość).
     Czytając „Gwatemalską idyllę” wiem, że słowo idylla jest ironiczne, ale pokazany kawałek rzeczywistości wwierca się swoją uciążliwością, postaci są naznaczone jakąś skazą, czy jest to dziecko kupujące jaszczurkę, żeby ją potem wydać na pewną śmierć, czy jej matka, która oddaje się przybyłemu nieznajomemu w tragicznym zdeterminowaniu.
     
  


        Oboje mają swoje biografie, niestety nie przetłumaczone na polski, a do tego Paul napisał autobiografię, pod tytułem: Without stopping, choć złośliwie nazywa się ją Without telling. Być może ktoś przetłumaczy kolejne 4 powieści Paula Bowlesa, być może warto przeczytać autobiografię w oryginale – nie wiem. Opowiadanie Echo z miejsca sięga po Jane, jakbym widział ją stojącą za piszącym Paulem -  kobiety zachowują się dziwnie, nie znamy motywów, przeszłości, historii. Drażniące stosunki matki z córką, nienawiść, rozczarowanie i to obecne wszędzie u Paula wyobcowanie, to przeświadczenie, że człowiek zawsze jest sam a do tego nieodparty brak nadziei.
      
A co z tego wszystkiego znalazło się potem w „Pod osłoną nieba” Bertolucciego? Jego Kit jest neurotyczna ale nie porównujmy jej z Portem, którego zabija niemożność uchwycenia szczęścia – to Kit w końcu stanęła na nogi, podczas gdy jej mąż został na pustynnym cmentarzu.

2012-05-05 16:23:31 skomentuj (0)


Dureń

          Dzisiaj w księgarni patrzę: Listy Kafki. Podniecenie, ożywienie. Przeglądam. Nagle myśl: łee, jakieś popłuczyny, niedorobione, nieważne, odpadki. Nie kupuję, choć cena 20% obniżona (no ale i tak prawie 50 zł).  
         Dalej rzuca się na mnie Pilch i Dzienniki. Super. Przecież to mistrzostwo, te felietony czytane z niecierpliwością, dowcipne, okrutne, bardzo dobrze odbierane. Biorę do ręki, przeglądam, zniechęcam się nagle, odkładam…

          
A już w domu myślę o sobie: dureń, dureń; jutro pójdziesz i kupisz. Dureń. 
          
          
A mało nie kupiłem beznadziejnego czytnika e-booków za 299 zł.




2012-04-19 18:42:10 skomentuj (1)


Dary losu.

          Aż wszedłem na krzesełko żeby się przyjrzeć. Wysunąłem kilka dobrze już umiejscowionych w firmamencie, zdmuchnąłem kurz, który jeszcze nie lepki, ale nieodłącznie z książkami związany, wreszcie odruchowo położyłem na stole. Do was jeszcze wrócę, do was przypadkowych, zapomnianych, odkrytych w momencie, kiedy się zbliży nos do półki z uwagą, a nie jedynie powierzchownie, kilka razy dziennie, omiecie spojrzeniem.
       
Bo dziś o darach, darach losu czy też od losu, a może darach przeznaczenia. Książki-prezenty, książki otrzymane, książki, których tytuły należy umiejętnie wyjawiać, żeby się spełniły, żeby sprawiły radość dającemu, bo przecież obdarowany i tak te książki by sobie w końcu kupił – paradoksalnie najbardziej trafione prezenty to książki, która zamierzaliśmy sobie kupić, ale albo nie zdążyliśmy, albo o nich zapomnieliśmy. Tak więc cieszymy się razem z obdarowującym, cieszymy jego szczęściem i że jeszcze nas rozumie i zna nasze marzenia.



        I niech mi nikt nie mówi, że Grochowa Stasiuka nie da się przeczytać „na raz”. Ledwo się położyłem, a już byłem po trzech pierwszych fragmentach, o babce, Augustynie i suce. To jeszcze Grochów tytułowy, niby najdłuższy, ale da się to zrobić przed dzisiejszym meczem. Stasiuk ten inny lekko, już nie „bałkański” ale stasiukowaty po staremu, choć trochę rozczarowujący, bo chciałoby się Stasiuka historię czytać, a nie tę esejowatość jego gęstą, od lat powtarzaną w kółko, tę samą modłą, (można napisać „modłą” żeby nie używać zwrotu wyświechtanego „na tę samą modłę”?) piękną stylowo, ale już przewałkowaną i znużoną sama sobą, bo od Babadag mało co się zmieniło.
      
Boję się lekko Mankella najnowszego, bo po trzech książkach Nesbo, nic nie będzie już takie samo w skandynawskiej literaturze kryminalnej. Jak zwykle Mankell zirytuje mnie czymś nieokreślonym, ale i tak doczytam do końca, zwłaszcza, że jakoby pożegnałem się już ze schorowanym Wallanderem, ale na scenę wkracza jego córka, w towarzystwie nowego policjanta, poznanego w „Powrocie nauczyciela tańca”.
     
Czytając biografię Bukowskiego wciąż miałem przeczucie jakiegoś żalu do świata, że ten facet potrafiący pisać, w gruncie rzeczy miał obrzydliwe życie – właśnie nie nieszczęśliwe ale tragicznie obrzydliwe. Dzieciństwo, chorobliwy trądzik i ojciec sadysta zrobili z niego faceta, przy którym kobiety, z którymi sypiał rzygały (i to nie do miednicy) po seksie. No ale kobiety generalnie zakochują się w swoich wyobrażeniach o mężczyznach, potem się lekko dziwią, a na koniec postanawiają wytrwać. Nie musze się trzymać na siłę tej teorii.
     
W zestawie prezentowym nie ma Bowlesa, ale jego odkładamy na oddzielną kupkę. Czy są jeszcze pozycje zapomniane i zagubione w chmurze dziejów? W związku z Bowlesem ukazało się coś ostatnio pod tym nazwiskiem, książka jego żony, którą poszukuję mało zdecydowanie, w ogóle jestem jakoś mało zdeterminowany  w poszukiwaniach …
    
      A wracając do odnalezionych nagle i przypadkowo książkach, tych z początku tekstu, ułożonych równo obok siebie, kuszących nawet bardziej niż nowości, to odkrywam wciąż to niesamowite wrażenie z obcowania z książkami Maxa Frisha. Autor moich nastoletnich zmagań, zawsze dawał jakąś nieodgadnioną wyższość literatury nad resztą zjawisk w moim życiu, bo zawsze widząc książki Frischa wyobrażałem sobie niespotykaną głębię zawartych tam treści. Ja nigdy Stillera nie przeczytałem, powiem więcej, przez lata za najważniejszą książkę w moim młodzieńczym życiu uważałem Montauka, którego za nic nie potrafiłem skończyć, pomimo licznych prób, co najmniej siedmiu. I do dziś Montauka nawet nie mam na własność. Czego nie można powiedzieć o Homo Faberze, którego przeczytałem, ale dopiero po obejrzeniu doskonałego filmu.
    
Sen o kobietach pięknych i takich sobie Becketta – szybko się poddałem. Czy ktoś przebrnął?
     Operacja Shylock Rotha – zatrzymałem się na stronie 130-tej. Roth spotyka swojego sobowtóra, który jest opętany jakąś ideą żydowskiego exodusu, mogłem jeszcze pociągnąć ale widać coś mnie oderwało.
     I na koniec porażka, w postaci Pałacu Ostrogskich Piątka, po której przestałem kupować jego książki, choć kiedyś lubiłem – nadal pisze i wydaje ale to pomyłka, boczna odnoga, łabędzi śpiew albo zwid narkotyczny.
Z radością za to znalazłem dwa tomy Wojny i pokoju, bo ostatniej niedzieli, biegnąc 42 km 195 metrów, przez cztery godziny słuchałem początku tego dzieła. W moim egzemplarzu z kolekcji Hachette, w twardej oprawie, przeczytałem w tomie pierwszym, że „tekst oparto na anonimowym przekładzie z XIX wieku.” Za to w Grochowie Stasiuka stoi: Książkę wydrukowano na papierze Alto 80g/m, vol.1,5,dystrybuowanym przez firmę PANTA.
    
Znowu patrzę przed siebie na książki moje. Z daleka wydają się jednolite, ale kiedy do nich podejdę przeistaczają się w egzemplarze i z każdym z nich chciałoby się pobyć na osobności. Dla większości to już tylko marzenie, dla kilku warto zrobić wyjątek.


2012-04-17 21:18:23 skomentuj (0)


Maciej Bennewicz

         W tę niedzielę, zegary pokazują raz 18:20; a drugi znowu 19:20, Borussia Dortmund gromi FC Koln 6:1, a muzycznie króluje Lana Del Rey. Maciej Bennewicz pewnie jest dobry w tym co robi. Coach – to brzmi dumnie, a potem jeszcze dodajmy „założyciel, dyrektor programowy i wykładowca w Norman Bennett (czemu przez dwa t?) Academy”. I dalej walimy w obwolutę: European Mentoring & Coaching Council, miłośnik kotów i realizmu magicznego. Matko święta Panie Macieju…

       
W EMPIK-u spotkać się z własna książką to jest coś, ale przecież nie z próżności powstała ta książka, pewnie jest próbą zmierzenia się z literaturą prawdziwą, bo napisać podręcznik coachingu to nie to samo co opisać losy. Najlepiej wychodzi nam opisywanie własnych historii, ale jakoś nie wierzę tutaj w wątki autobiograficzne, choć autor się zastrzega, że podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe, co może świadczyć o tym, że coś tam uszczknął z życia. Jestem obowiązkowy i książkę przeczytałem do końca, choć przyznam się, że od pewnego momentu nie wiedziałem już o co w niej tak naprawdę chodzi, oprócz tego, że bohater wplatany w poszukiwanie tytułowego don Hułana ostatecznie uświadamia sobie własne problemy.



       Nie zamierzam kopać autora, że napisał złą książkę – pewnie znajdzie swoich czytelników, a może zdecyduje się na kolejną książkę. W tym przypadku mamy problem debiutu, czyli: niedoskonałości warsztatu, dłużyzny, dygresje, wspomnienia, posklejane na siłę losy i tak naprawdę ślimaczącą się akcję. To miała być książka psychologiczna, a może lepiej żeby była … kryminałem? Bo warsztat można poprawić, pomysł wygrzebać a promocję zrobić na facebooku. A jeszcze lepiej wydać ją w sieci i tam sprzedawać. 

       
Autor mógł zdobyć się na komfort napisania historii – widocznie miał dużo silnej woli, samozaparcia oraz przede wszystkim czasu. Spróbujcie napisać coś sami – ile czasu wam to zajmie? Ile razy zwątpicie w swój talent – no chyba że jesteście Markiem Hłasko. Na końcu czytam polecane książki autora: Coaching Tao, Prawda jest hipnozą, Coaching czyli przebudzenie neuronów. Coaching – modne dziś słowo, wciąż się o nie potykam, uczę się i praktykuję, być może to doskonały sposób na zarabianie pieniędzy, ale wciąż jestem wobec niego nieufny. I tak samo jest z tą książką, kiedy się „przebiega” przez strony w poszukiwaniu literatury a odnajduje jedynie zdania. I pewnie są wielcy coachowie, a bezdyskusyjnie są też wielcy pisarze.


2012-03-29 20:43:25 skomentuj (1)


Beigbeder 29,99

 

       W Polsce kosztowała 29,99, a we Francji ukazała się pod tytułem 99 franc, potem już 14,99 euro, a w Anglii 9,99 funtów. Z tego prostego zestawienia wynika, że tylko my nie przepłaciliśmy. Czyżby? Zamarzyłem sobie mieć tę książkę, nawet nie pamiętam już z jakiego powodu – pewnie ktoś mnie delikatnie naprowadził. Pamiętam jak leżała bezradnie w taniej księgarni i kosztowała jeszcze mniej.

       Kiedy jej zapragnąłem, pojawiła się na allegro i szybko licytowana osiągała cenę przekraczająca zdrowy rozsądek. Możecie ją kupić za 150 zł, choć mnie się udało za 36 zł. Nie jest warta więcej niż ma w tytule, nie doceniają jej nawet panie z wydawnictwa Noir Sur Blanc, które na moje pytanie czy nie warto by Biegbedera wznowić odpisały:
 
„nie planujemy dodruku tej pozycji. To nie pierwszy nasz tytuł, który jest tak wysoko ceniony na aukcjach, ale to wcale nie oznacza zapotrzebowania na dodruk. wystarczy 100 osób zainteresowanych tytułem, żeby wywindować jego cenę. Żeby zrobić dodruk powinno ich 1500-2000 - a księgarzy czytelnicy o tę książkę nie pytają, nie ma więc na nią większego zapotrzebowania. Możemy się zastanowić nad produkcją e-booka.”
        
Okazuje się, że autor dosyć ciekawie układa sobie życie i z pewnością musi być osobowością kontrowersyjną dla typowego Francuza, bo już dla typowego Polaka byłby nie do zniesienia. Otóż:
- rzeczywiście pracował 10 lat w reklamie, stąd z łatwością opisał ten światek i go sponiewierał
- w czasie wyborów pracował dla kandydata komunistów choć jest bogatym przedstawicielem mieszczaństwa
- aresztowany za wciąganie kokainy z maski samochodu kiedy miał 42 lata
- był prezenterem telewizyjnym oraz pracował dla wydawnictwa Flammarion.

       29,99 czyta się łatwo i szybko. Powieść rozpędza się, ale w połowie rozłazi. Bohater zaczyna jęczeć i wkurzać a wszystko co robi jest tylko pozą, bo tak naprawdę nie wierzę mu wcale. Garść faktów na temat reklamy – ale wszyscy je doskonale znamy, trochę sloganów, kilka prawd, opisy mechanizmów, reklama jako czart, jej perfidia i władza. Powiedzmy, że autor to uporządkował i wybebeszył, ale my to wszystko wiemy.

      Ale.

      Nakręcono film na jej podstawie i można go w całości, w odcinkach obejrzeć na you tube. Wybrałem ostatnie 30 minut filmu i kompletnie nie odpowiadają treści książki – kolejna manipulacja, do tego z dwoma, alternatywnymi zakończeniami. Nie zdradzę różnić, kto zechce niech porówna. Na koniec przygody z Beigbederem (czy wszyscy interesujący Francuzi muszą mieć skomplikowane nazwiska jak Houellebecq?), powiedzmy, że wydał książkę Francuska powieść, za którą dostał najważniejszą, francuską nagrodę literacką, podobno jest bardzo proustowska, wydało ją to samo wydawnictwo co 29,99, ale nie chce mi się jej kupować – poczekam, aż zdrożeje na allegro.


2012-03-08 22:01:27 skomentuj (0)


Macie to?
 

 

         „Nurze z nią! Wypalić ją z pracy, jak jałową owcę! I mówi tak: Dwulać Taju? To ja na taj: Angsto chętnie: i dalej prosić, żeby nie pomyślała niczego na opak, ale myślę, że ma nierówno pod guzikiem. Zjadłem trochę torfu i żadna ze mnie proszę miszę missy. Oczywiście wiem, pet uszku, jesteś uczony i czuły w sobie i tak lubisz warzywa, ty długi chłodny kocie ty! Proszę quaskawie zawrzeć zmiękną znaquomość! Cud dorszyk, wężyk i cyklista.” 

        
Pachnie niezwykle książka, waży się w ręku, się brązowieje! Urokliwie Joyce chichocze, śmichem-chichem, zawadiacko i wiosennie. Otworzyć byle gdzie i przeczytać kilka zdań. Śmiech wzbudza. Trzymać pod ręką minimum miesiąc – dobrze w pracy, w śniadaniowej przerwie zerknąć. Mieć. Mieć w widocznym miejscu, żeby widać było. I żeby sięgnąć było. Dobrze mieć. Nie przeczytać. Mieć.  



2012-03-01 22:15:00 skomentuj (3)


Mironów mam.

         O Matko Boska, ileż to ja mam tych Mironów. Nawet sobie nie zdawałem z tego sprawy. Wychodzi na to, że Miron moim ulubionym pisarzem był; jest. A przecież nie chciało mi się jeszcze szukać do zdjęcia mojego Mirona ulubionego, czyli Pamiętnika z Powstania Warszawskiego, która to książka uczyniła na mnie niezapomniane wrażenie, kiedyś tam. A Konstanciny to mam nawet dwa!! Pewnie wystawie na Allegro za 2 zl.
        
Przerzucam Tajny dziennik -  jak zwykle nie znoszę przypisów na dole strony, odrywają, denerwują, rozpraszają – przypisy drogi wydawco, powinno umieszczać się na końcu książki, że jak ktoś chce to sobie przeczyta później, albo teraz, tylko że potem, w sensie jak skończy wątek. No ale tu przypisy wyjaśniają z miejsca postaci, choć i tak się zapomni kto jest kim i trzeba i tak wracać żeby odróżnić Lu od Le.

 

            I właśnie sobie przypomniałem, że Chamowa nie skończyłem…
 

           
Sobolewski, w przypisie (sic!) pisze o kolokwializmach i leksykalnych czy fleksyjnych przejawach mowy potocznej, świadomych odstępstwach od słownikowej poprawności oraz o jakże pięknie nazwanej: interpunkcji intonacyjno-znaczeniowej. Otóż wypowiedzi zamykają się kropką kiedy maja charakter kategorycznego twierdzenia, a jeśli rozmówcy zawieszają głos ich kwestie nie są zakończone żadnym znakiem interpunkcyjnym




2012-02-22 18:51:59 skomentuj (3)


Nora Barnacle
  

  

        10 czerwca zaczepił ją na ulicy. Była pokojówką w tanim hoteliku. Umówili się na spotkanie ale nie przyszła. Napisał do niej krótki liścik zwracając uwagę na kolor jej włosów – były rudobrązowe. 16 czerwca 1904 roku poprowadził ją na pustkowie noszące nazwę Ringsend, gdzie nie tracąc czasu, rozpięła mu spodnie i zagłębiła w nie dłoń. Jeśli liczyła na zarobek musiała się zawieźć – to on był mistrzem wyłudzania. Zakochał się w niej na całe życie – Nora Barnacle (Pijawka) – jak mawiał jego ojciec: ona nigdy cię nie opuści. Dzień ich pierwszej randki to dzień, w którym toczy się akcja Ulissesa.

       
W ponurych latach 80-tych jedną z przyjemności było przemierzanie miasta szlakiem wybranych księgarń, żeby upolować nowości ukazujące się chaotycznie i bez jakichkolwiek zapowiedzi. Książka nie była wtedy klasycznym towarem, uzależnionym od popytu i podaży, ale cenną zdobyczą, która niejednokrotnie po zakupie trafiała do antykwariatu, już w innej cenie. „Listy” Joyca chciałem mieć niepomiernie. Dwa tomy w twardej oprawie z obwolutą kosztowały 1400 zł. Dziś z łatwością kupiłem je na allegro, za cenę „miękkiego” kryminału. Te dwa tomy łatwo się zestarzały, okładki już nie takie miękkie, papier pożółkły, obwoluty poszarpane. A jednak książki mają te wszystkie smaczki z poprzedniej epoki, stopkę redakcyjną z informacją, że nakład wyniósł 15 tyś. a druk ukończono w maju 1986r.     
       Ja te Listy wówczas przeczytałem, zapewne korzystając z biblioteki na ulicy Nowowiejskiej, ponieważ pamiętam niezwykłość związku prostej kobiety (niektórzy sugerowali ze była analfabetką) z genialnym pisarzem.  Nora fascynowała Joyca przez całe życie, nie znosił się z nią rozstawać, był fanatycznie zazdrosny a jej nieustająca gadatliwość inspirowała go. Podobno krótko po poznaniu Nory, przyszły pisarz zaczepił na ulicy inna kobietę, ale będąc krótkowidzem nie zauważył, że była w towarzystwie i skończyło się to dla niego siniakami i zwichniętą ręką. Jaki byłby Joyce bez Nory? Jaki byłby Ulisses?

      
Czekam na przesyłkę z Finnegans Wake. 


 
2012-02-19 12:48:35 skomentuj (0)


Plebiscyt Roku
 
2012-02-08 10:52:47 skomentuj (0)


Przemysław Rudź

 

               Nie mam „Krótkiej historii czasu”. Podobno średnia ilość stron, jaką zdołają przeczytać nabywcy tej książki wynosi 29, ale wszyscy chcą ją mieć, bo to jest trendy. Było, bo książka wyszła w latach 90-tych. Hawking świętował niedawno 70-lecie jako celebryta, dwukrotnie rozwiedziony, spełniony, a jednak czy jest ktoś, kto chce się z nim zamienić na życia?  Wielki fizyk, który rozwiązuje zagadki wszechświata a nie potrafi rozgryźć kobiet – tak powiedział. (rozgryzanie kobiet z definicji jest awykonalne – nawet kobiety nie są w stanie rozgryźć same siebie, są tajemnicą niezgłębioną, one dziwią się same sobie, postępują nieracjonalnie a jednak nadają temu wszystkiemu sens; kobiety są jak przyroda, po prostu są; stworzone, żeby obniżyć poziom metafizyki w życiu, paradoksalnie go windują niebezpiecznie i przesadnie).

             Zamiast „Krótkiej historii czasu” mam „Astronomię bez tajemnic” w podtytule „Poznaj fascynujący świat planet i gwiazd”. Wydawnictwo Samo Sedno. Zawsze irytują te dopiski do tytułów, typu: „50 porad jak schudnąć jedząc w nocy mandarynki” lub „przeczytaj, a twoje życie zmieni się radykalnie – już od jutra”. Najlepsze jest to, że to nie koniec tych dopisków wydawcy, bo czytelnik powinien od razu wiedzieć z czym ma do czynienia i na dole okładki jeszcze może sobie przeczytać: ”Zostań aktywnym obserwatorem nieba, poznaj zagadki kosmosu”. Na okładce rozżarzone słońce i krążące wokół planety. Początkowo ma się wrażenie, że jest zbyt podręcznikowo, bo w tekście wyodrębniono tzw. ciekawostki, ale zaraz za nimi są groźnie brzmiące polecenia: Zapamiętaj. Można by się skusić na czytanie jedynie ciekawostek bezczelnie omijając Zapamiętaj, ale jak już chcemy „zostać aktywnymi” to jedziemy po całości. Teoria podana jest przystępnie, no moi drodzy, bez przygotowania nie zbudujecie obserwatorium astronomicznego; czytamy kolejno o historii astronomii, układach optycznych, teleskopach, przyrządach i na koniec wreszcie, na deser, lekko zmęczeni, bo przecież od początku wyrywaliśmy się, żeby dorwać te wszystkie planety i gwiazdy w zasięg wzroku, wreszcie więc mamy „Odległy kosmiczny ocean”, a tam katalogi gwiazd, karły i olbrzymy, mgławice, galaktyki.

         
Na zimowym niebie zawsze potrafiłem odnaleźć Oriona, zwłaszcza pamiętam jak towarzyszył mi w czasach licealnych, kiedy to w oknie paliłem papierosy. Szukam więc opisu tego gwiazdozbioru: Orion był synem Posejdona, myśliwym, ale jednocześnie chamem i brutalem, dlatego Artemida nasłała na niego skorpiona, który go uśmiercił.  Obserwując Oriona trzeba zwrócić uwagę na ciemną mgławicę Koński Łeb czy też Mgławicę Płomień. A druga pod względem wielkości gwiazd Oriona nosi wdzięczną nazwę Betelgeza i do tego obraca się wokół własnej osi co zajmuje jej 17 lat. Kosmos tajemniczy jest niczym kobieta, według Hawkinga kobieta ma jednak nad nim przewagę. Kobieta może pokazać Ci nocą parę całujących się aniołów bez wyjaśnienia sensu tego czynu. Tak po prostu.


2012-02-04 14:50:07 skomentuj (1)


James Joyce

         Finnegans Wake ukaże się po polsku. Niektórzy oblizują wargi z niecierpliwością, ale powiem im: hola, hola. Kiedyś szczytem snobizmu było mówienie od niechcenia, że Ulissesa się przeczytało, co zaręczam Wam, nie było, nie jest wcale, wyczynem skomplikowanym czy nawet uciążliwym. Ulisses to dobra przygoda i nie trzeba nawet znać niuansów irlandzkiej historii, żeby sobie posmakować.
       Joyca lubię, bo jest przewrotnie fascynujący literacko, jest jak Kafka, bo uderza w struny głęboko ukryte samym mechanizmem zdań. To jak spotkanie kobiety, o której zaraz powiesz, że jest stworzona dla ciebie, że ci się wszystko zazębia, ten rytm, forma, klimat, przestrzeń – jednym słowem puzzle trafiają w odpowiednie miejsca.  Portret artysty z czasów młodości to książka, którą trzeba przeczytać mając 18 lat. Mój zniszczony egzemplarz kupiłem zapewne w jakimś antykwariacie w latach 80-tych, ale byłem już po pierwszej lekturze licealnej i zapamiętałem, że jest smaczna, prosta i podnosi na duchu.

       Finneganów tren to polski tytuł. Joyce wymyślając go, oparł się na irlandzkiej balladzie pijackiej, opowiadającej o biesiadnikach, którzy opłakując zmarłego kolegę, oblewają go przez przypadek whisky i w ten sposób przywracają do życia. Finneganów „tren” tożsamy jest więc z tymi Kochanowskiego. Zapragnąłem mieć tę książkę zwyczajnym odruchem snobistycznym, zdając sobie sprawę z karkołomności jej zrozumienia. No ale to silniejsze ode mnie, więc rozpocząłem poszukiwania, żeby sobie książkę zagwarantować, może jeszcze przed oficjalnym jej ukazaniem się pod koniec lutego. Jedynie wydawnictwo HA!ART (żadne tam EMPIK-i) oferuje ją w cenie o 20 zł niższej niż cena oficjalna, ale wliczając koszt przesyłki wychodzi 85 zł – no chyba żebym sobie książkę sam odebrał w Krakowie, ale od ostatniej wizyty w tym mieście właśnie mijają trzy miesiące a perspektywy są mętne.

    
      
       
Kiedyś zrozumiałem, że książki chcę posiadać nie tylko ze względu na ich treść, ale równie intensywnie pociąga mnie ich wygląd, kształt, zapach, miejsce na półce – usadowienie się w świadomości posiadacza – bo wiem gdzie stoi, co ma w środku (czasem tylko mniej więcej), a także, że coś przywołuje, zwłaszcza jeśli mogę w niej znaleźć stary bilet do kina. Nie sądzę, żebym wydobył z Trenu Finneganów coś więcej poza zdziwionym zauroczeniem, chwilą prawdy, że nie jestem w stanie tego pochłonąć, ale czystą radość będę miał z racji posiadania, tej dziwnej książki, wydanej zresztą ze starannością jakiej żądał Joyce, z określoną matematycznie i geograficznie ilością stron, czcionką i okładką. Ostatnie dzieło pisarza, napisane po rocznej przerwie, którą sobie zrobił po napisaniu Ulissesa, to zagadka literacka, językowy eksperyment, a lektura, to zabawa z szyfrem. Właściwie jak się tak zastanowić, to po co to czytać? Błyskotliwe rozmowy rozradowanych biesiadników obfitują często w doraźne skojarzenia, sami tworzymy nowe słowa, porównania, kaleczymy język żeby cos wyrazić oryginalnie albo żeby pokazać, jacy to jesteśmy zabawni. Joyce uczynił z tego piramidę i napisał dzieło, które tak naprawdę jest nieprzetłumaczalne. Jak piszą niektórzy recenzenci: „Joyce zakodował całość na zasadzie  heterogenicznego manuskryptu, wręcz rozsadzanego odśrodkowymi treściami. Od kreacji powieściowych bohaterów: HCE i jego rodziny, ważniejsze wydają się poetyckie inklinacje tekstu”. Mówi się, że Finnegans nawiązuje do filozofii głębi Junga, do nieświadomości zbiorowej, do tego, że ludzie posiadają jakąś wspólną jaźń, którą ta proza ma wyrazić.

      
Książka ukazuje się w ciekawych czasach dyskusji o prawach i wolności w Internecie, w 70 lat po śmierci autora, kiedy to wygasają prawa do jego dzieł i każdy może sobie wykorzystać te prozę do czego mu się żywnie podoba. A wcześniej z Joycem nie było tak łatwo, bo jego prawowity spadkobierca, Stephen J. Joyce, robił wszystko, żeby utrudnić ciąganie tej spuścizny po deskach teatralnych, tekstach piosenek czy innych plugawych formach wyrazu. Tak więc odwoływano premiery sceniczne a Kate Bush czekała ponoć 20 lat na możliwość skorzystania z monologu Molly Bloom (Flower of Mountain). Ale z dniem 1 stycznia 2012 roku tama puściła i również nasz wydawca to wykorzystuje nie musząc mieć zgody i nie płacąc już za możliwość wydania przekładu, bo Joyce stał się własnością publiczną. Podobnie jak Wirginia Woolf, Paderewski, Cwietajewa, Zegadłowicz czy inni wielcy zmarli w 1941.
      
       
Podobno należy czytać Finneganów Tren na głos. Są jacyś chętni? 


2012-01-28 14:32:18 skomentuj (0)


Rzeźnia w Weronie.

       Dzisiejszy Duży Format, który jak zwykle ukradłem, przywrócił mojej pamięci motywy myślowe z niedzielnego wybiegania czternastokilometrowego, kiedy to dźgała mnie drażniąco myśl, że nikt już Dzienników Gombrowicza nie czyta. Nikt, poza rzecz jasna studentami filologii naszej, ich nauczycielami, oraz przypadkowymi oszołomami, którzy chcą dzieło zaliczyć. Kiedy wybrzmiały mi w uszach fragmenty Mrożka, który pod koniec lat 70-tych zaczął być lekko interesujący, bo np. kupił sobie sportowy samochód, myśli gombrowiczowskie uderzać mnie zaczęły intensywniej. Skonstatowałem wreszcie, że muszę się jednak mylić w swej ocenie, że dryfuje ma myśl na mielizny, że się nie znam na literackim życiu w Polszcze.

           A tu w DF „fajny” wywiad z pisarzem Jurewiczem Aleksandrem, taki podsumowujący, bo na trochę ponad jednej stronie musiał zmieścić całe swoje życie w dodatku z anegdotami. Kartoflany nos i papieros obowiązkowo z długim popiołem na końcu, zdania typu: pisarz musi być sam a Grochola to paraliteratura. To taka wersja nie do końca spełnionego Pilcha (gdzie ja czytałem ten stylowy reportaż z wizyty u Pilcha młodej dziennikarki?), a ja się zawsze zastanawiam, czy w tej swojej sytuacji życiowej on jest szczęśliwy. No takie życie wydaje mi się jakieś smutne, bo tej goryczy porównania nakładów z Grocholą wspomnianą, nie zrekompensuje świadomość, że to on jest dobry.

       
I jeszcze raz zerkam nerwowo do DF, usiłując przeczytać artykuł wysnuty z nieopublikowanych listów Słonimskiego i znów powraca zgnębione pytanie: kogo to obchodzi? Z radością przeczyta się o Lisbeth Salander, ale jakże perwersyjną przyjemność posiadam wiedząc, że jeszcze można pisać o Słonimskim, że są Jurewicze, którzy pili wódkę z legendami i choć tak naprawdę nikt, spotkany na ulicy Kiełbasniczej w czwartkowe popołudnie, poza statystycznym błędem, nie odpowie na pytanie kim był Iredyński Ireneusz, to jednak przyjemność sprawia mi posiadanie 10 tomów Dzieł Gombrowicza i świadomość, że zawsze mogę po nie sięgnąć, co niestety nie da się powiedzieć o dzieciach rocznik 1997.



2012-01-12 20:31:21 skomentuj (2)


Nesbo.


 


       Jo Nesbo wygląda jak dopiero co wypuszczony z więzienia buntownik. Umysł analityczny, dokładny, pedantyczny z poczuciem humoru. 51 lat. Kręciłem się wokół tego Nesbo parę miesięcy, nie wierząc w skandynawski wybuch kryminalny, bo jeden Mankell w zupełności zapewniał rejonowi dobrą sławę. Na Targach Dobrej Książki jednak się skusiłem i za drugim podejściem kupiłem Czerwone Gardło, jak to sławią na okładce – norweski kryminał wszechczasów. Pan z wydawnictwa, Dolnośląskiego zresztą, wprowadził mnie klasycznie w błąd, bo wyraźnie mu powiedziałem, że chcę pierwszą część cyklu, a dostałem drugą, co świadczy jeszcze raz o tym, że wierzyć nie należy nikomu, nawet pewnym siebie fachowcom, a co dopiero kobietom.
       Kryminałów pana Nesbo jest na rynku osiem, więc podpowiem początkującym, że pierwszą z serii książek są Karaluchy, a potem tzw. Trylogia z Oslo czyli Czerwone Gardło, Trzeci klucz i Pentagram. Kto się przywiązuje do bohatera literackiego – ja! – ma okazję pobyć z Harrym Hole, wysokim, bezczelnym, dowcipnym i pijącym policjantem. Da się lubić bardziej niż Wallander, który czasem przypominał zrzędzącą, zmęczoną życiem kurwę. Nie sądziłem, że to napiszę, ale Nesbo jest lepszy od Mankella, przynajmniej po przeczytaniu tego „kryminału wszech czasów” (a czy tego nie pisze się czasem razem?). Myliły mi się w końcu nazwiska, gmatwały losy, nie znosiłem fragmentów wracających do wojny, lekko irytowały niekonsekwencje w postępowaniu inteligentnych bądź co bądź bohaterów (np. kiedy policjantka odkrywając zdrajcę i wiedząc, że tenże domyśli się, że ona wie, beztrosko daje się zatłuc w ciemnej uliczce).  Dramatyczniej byłoby inaczej skończyć, bo finał się rozłazi a zapowiadał się hollywoodzko – Hole wpada do Radissona, ojciec pięknej kochanki Hola (tak, tak, to on – zawsze zdradzam kto zabił), w oknie z cennym karabinem i tutaj już kilka wariantów do wyboru. Ale podobno Martin Scorsese przymierza się do ekranizacji jednego z kryminałów Nesbo i znając Amerykę, zrobi się z tego klasyczny film sensacyjny, choć wolałbym żeby kręcił to np. Michael Mann.
       Robię już miejsce na półce -  jak przelecę po nomen omen – Gorączce Michniewicza (niestety zbyt wykreowana, słabsza od Samsary) wezmę się za Karaluchy a potem już z górki.

     
Nie mogę sobie poradzić z Dziennikiem Mrożka – dotarłem w bieganio-słuchaniu do roku 1976-ego i mam dosyć. To tylko marudzenie twórcy, odpadki, śmieci myślowe – bez tego Mrożek byłby pomnikowy, z dziennikiem jest żałosny. Będę słuchał do końca, nie poddam się, wybiegam i wypocę kolejne lata, byle szybciej… bo ja jestem proszę Pani taki, ze jak coś zacznę, to mierzi mnie nie skończyć, że jak coś już, to też dalej.

 

 
2012-01-07 22:47:14 skomentuj (1)