Nomadzi czyli Wędrówki z Ablem.

Z tą książką mam kłopot, wynikający z tego, że czytam o miejscach, które od lat pragnę odwiedzić, o których śnię i do których na pewno kiedyś wyruszę, a jednocześnie wyłamuję się z zasady, że nie powinno się czytać o podróży w miejsca, których się samemu nie odwiedziło. Czytanie o Bamako, Mali, Dżenne, Timbuktu, pograniczy Burkina Faso, Senegalu i Mauretanii, to smakowanie nieodkrytych obszarów własnego mózgu, to wypuszczanie endorfin na pola, gdzie jedynie wywołają nadzieję, podsycą pożądanie.

Wędrówki z Ablem” rozpocząłem parę tygodni temu i zarzuciłem, przygnieciony innymi książkami, ale już wtedy poczułem to drętwienie, charakterystyczne dla czegoś oryginalnego, czego nie do końca rozumiem, co mnie czasem irytuje, ale jedynie dlatego, że nie mogę od razu tego skonfrontować, dotknąć i powąchać. Wyruszyć z gromadą pasterzy należących do plemienia Fulanów, zostać zaakceptowanym przez Umaru i Fantę Diakajate, wejść do ich rodziny tak zupełnie i ostatecznie, uczestniczyć w tej wędrówce, to przecież wyzwanie, a przecież i marzenie.

Studio_20170617_175657_resized

Autorka opisuje swoją przygodę z Fulanami językiem, który robi wrażenie na wszystkich. Reporterka z doświadczeniem na wojnach, Bliskim Wschodzie, Azji, rodzinnej Rosji czy na Kaukazie, wypracowała język kompetentny, przekonywujący, poparty lekturami, historią, własnymi przeżyciami, a jednocześnie jest to język magiczny, mięsisty, romantyczny i obrazowy. To styl bardzo bogaty, nasycony ciepłem, i może dziwnie to zabrzmi, kobiecy – mężczyzna by tak nie napisał, dlatego książka ma liczne zwolenniczki wśród płci pięknej, która lubuje się w takich ciepłych i prostych historiach. Zresztą książka została wydana przez „Wydawnictwo kobiece”.

Zsynchronizować własne tempo z metrum udoskonalanym przez kolejne tysiąclecia” – to dewiza autorki, kiedy chce żyć życiem prostym, zanurzonym w tradycji islamu, życiem trudnym ale przecież fascynującym człowieka Zachodu, żyć i rozumieć a nie jedynie przypatrywać się niczym folklorystycznemu festynowi. Anna Badkhen wie dobrze jak wkomponować się w rzeczywistość, chłonie świat od wielu lat bo przecież: „dobrze znam te garnki. Przygotowane w nich posiłki jadłam na bombardowanych irakijskich pustyniach, na melancholijnych afgańskich pogórzach, w przemysłowych rzeźniach Czeczeni i w ziemiankach azerskich uchodźców.”

O sobie pisze „radziecka Żydówka z niedowagą”, z miasta, które zmieniło nazwę.  A przecież wyrzucając z głowy własne postanowienie niezagłębiania się zbytnio w czytelnicze regiony, w których nie byłem, chłonąłem zdania, które mówiły więcej niż klasyczne reportaże, opowieści o dalekich światach. Anna Ba – tak ją nazywali tubylcy – podawała mi wersję własnego życia, wplecioną w historię nomadów. I tu jest najciekawszy dla mnie wątek, choć ukryty, nieśmiało czasem eksponowany w gwałtownej wiwisekcji. Porzucona kochanka, rozczarowana własną traumą po rozstaniu, cierpiąca i nie potrafiąca zapomnieć, nawet wrzucona w afrykański kocioł zupełnie innych przeżyć, budząca się w nocy gdzieś w pustkowiu, pod gwiazdami, z bólem tęsknoty, z gniewem i bólem odtrąconej. Czy znacie to uczucie? – dosięgnie Was gdziekolwiek zechcecie uciec. Spodziewała się wyzwolenia  – tymczasem nabawiła się jedynie odcisków i podrażnionej od słońca skóry. „Chodzenie nie tamuje krwawienia, nie łagodzi cierpienia. Nie da się odejść od smutku, nagniotki nie sprawiają, że zapomina się o miłości”.

Dużo mądrych zdań, dużo poetyki, dużo namiętności w tej prozie, która opisując z etnograficzną ścisłością życie wędrowców i hodowców bydła, wiedzie nas przez mądrości oparte na własnym doświadczeniu. „Wędrówka to zawsze polowanie na skarby” – czyż to nie ładne zdanie? A może: „Lustro to druga matka człowieka. Jeśli gdzieś się wybierasz, matka mówi: czekaj, masz coś w kącikach ust. Kiedy matki nie ma używasz lustra”.

Refleksje o wojnie i jej pokazywaniu, przy okazji opisywania tej wojny, która uniemożliwia mi pojechanie w tamte rejony świata, to chleb codzienny reportera – czy jej opisywanie nie pomaga się jej rozplenić? Czy o wojnie lepiej milczeć?

Ale wszędzie jest miłość, wszędzie wyrasta przed Anną kochanek, i ta samotność, która ją dopada, kiedy wraca z praniem z nad rzeki. Bliskość, „tańczenie wokół bliskości” – wspomnienia, które ma każdy z życia z drugą osobą, a wreszcie rozczarowanie, kiedy się nagle zrozumie, że jak pisze Anna: „nasza miłość nigdy nie miała przed sobą przyszłości, nie miała szansy przerodzić się w długą trwałą więź, ponieważ pozwalaliśmy jej istnieć tylko w danej chwili, w chwili rozmowy telefonicznej, w chwili romantycznego spotkania. Nie dawało to miejsca na żadne plany, na jutro, na historię, na stertę prania.”

Mądra książka nie tylko o Fulanach.

Depresja.

Po najnowszą książkę Tomasza Jastruna:  „Wyszedł z siebie i nie wrócił”, sięgnąłem z czystej ciekawości. Nigdy nie miałem okazji przeczytać jego wierszy, nigdy nie miałem w domu jego prozy, może czasem czytałem artykuły w kolorowych czasopismach, przeznaczonych dla kobiet, jak Twój Styl, gdzie publikował „Notatnik erotyczny”, może coś w Newsweeku, a może coś innego w Zwierciadle. Uporczywie zdarza mi się mylić go z Michałem Komarem – nie wiem czemu, najwyraźniej są jakoś do siebie podobni, przynajmniej dla mnie.

20170615_152407_resized

Syn poetów, Mieczysława i Mieczysławy – gruby, niebieski tom z poezją jego ojca stoi gdzieś na tylnej, górnej półce mojej biblioteczki. Opozycjonista, choć teraz bardziej znany z powodu depresji. Książka o pięćdziesięcioletnim malarzu, który najlepsze ma już za sobą, wpisuje się w ten depresyjny klimat. Krótkie rozdziały, każdy jakby oddzielna całość, raczej zbiór felietonów z życia faceta, któremu brakuje motywacji. Pewnie autor pisze trochę o sobie, trochę o współczesnej Polsce, ale tak naprawdę poddaje nam pod obserwację denerwującego marudę, z wszystkimi przypadłościami wieku, w którym niektórzy już się podsumowują, szykując do wyjścia. Obrazy się przestały sprzedawać, bo teraz co innego jest w modzie, żona pije, chcą mu zabrać pracownię, cierpi na prostatę, niespłacony kredyt ciąży a do tego sytuacja polityczna wkurwia go jak miliony rozczarowanych obecną władzą.

Franciszek ma swoje rytuały, przyzwyczajenia a nawet wybujały erotyzm. Odwiedza salon masażu, kocha się od czasu do czasu dziko z żoną i przygląda młodym dziewczynom z nostalgią wspominając dawne dzieje, kiedy działał w demokratycznej opozycji. Najwyraźniej dopadła go depresja, stąd wizyta u psychologa i lekarstwa, które odbierają mu jedyną przyjemność, czyniąc z niego impotenta.

Jastrun otwarcie opowiada o swoich próbach samobójczych, o chorobie, z którą się zmaga i jego bohater to taki nieszczęśnik naszych czasów, który kompletnie się zagubił, utkwił w punkcie, z którego nie ma wyjścia. Jedyną jego nadzieją jest internetowa znajomość z młodą dziewczyną, gdzie może się wyżalić i szukać nadziei. Kiedy i to okaże się ułudą nasz Franciszek rozsypuje się kompletnie i ostatnie rozdziały są już chaosem, zarówno dla niego jak i niestety dla nas.

Szybka lektura książki Jastruna skutkuje siermiężnym rozczarowaniem. Zdaje się być pisana na kolanie, pisana bez określonego planu, o czym sam autor informuje zaskoczonego czytelnika: „Czasami autor zastanawia się co dalej w jego powieści. I jest w kropce. Znaleźliśmy się właśnie w takiej sytuacji.” Prawdy głoszone słowami bohatera już dawno zostały zużyte, a los tego szarego nieudacznika zdaje się być przesądzony.

Książkę ratuje dopiero myśl, że Jastrun napisał tę ładnie wydaną prozę w celu własnej terapii, żeby dać sobie kolejną szansę w walce z depresją, żeby zobaczyć na kartach podobnego do siebie pacjenta, któremu trzeba jakoś pomóc, ale nikt nie wie jak. Enigmatyczny koniec powieści zahacza mimochodem o jakieś wyższe cele – autor nagle pyta nas co z Polską? I tutaj mógłbym zgodzić się z jego koncepcją, kiedy pisze: „ … co do przyszłości jedno jest tylko pewne, że będzie inaczej, niż myślimy, że będzie. Niektórym to daje nadzieję, innym odbiera.”

Tu byłem czyli Tony Halik.

Dobrze pamiętam te niedzielne południa, kiedy telewizja emitowała program Halika i Dzikowskiej pt. „Pieprz i wanilia”. Przyznaję od razu, że nie byłem szczególnie zafascynowany występami sztywno siedzącej Elżbiety Dzikowskiej oraz nadpobudliwego Tony Halika. Prezentowane w programie filmy, a potem komentarze prowadzących, wzbudzały we mnie mieszane uczucia – nie potrafiłem skoncentrować się na tych opowieściach, odstręczał mnie trochę ten szalony styl Halika, poza tym ta niedzielna pora nie sprzyjała oglądaniu – czułem się zawsze niepewnie w tym lepkim marazmie tamtych czasów – a była to końcówka lat siedemdziesiątych; później całą dekadę spędziłem prawie bez telewizora.

14907819254965725-jpg-gallery.big-iext48710321

Biografia Halika, dla wielu jedynie szalonego podróżnika z telewizora, jest niezwykłą podróżą po losach człowieka żyjącego pełnią, o jakiej mogliśmy kiedyś pomarzyć. Dziś w świecie dostępnym dla każdego, w świecie łatwych podróży, tanich biletów i wolnego czasu, zorganizowanie sobie wyjazdu w najbardziej egzotyczne i wyśnione miejsce nie stanowi żadnego problemu. Halik jeździł, kiedy my siedzieliśmy za żelazną kurtyną, a przy okazji kręcił filmy, które postanowił nam pokazywać. A jednak Halik i „Pieprz i wanilia” to jedynie etap w życiu tego obywatela Argentyny i Polski, poligloty, korespondenta NBC oraz pisma Life, lotnika, żeglarza, partyzanta, dziennikarza, pisarza… Czy jest ktoś mogący pochwalić się tyloma przydomkami?

Czy hasło: „Byłem tu, Tony Halik” jest jedynie kpiną czy raczej wyrazem uznania? Kabaretowa postać, która przeniknęła do mojej świadomości, po przeczytaniu książki Mirosława Wlekły zmieniła się w herosa, czerpiącego z życia wszystko co najlepsze, w człowieka niezwykłej odwagi, nadpobudliwego gawędziarza, przeskakującego ze swadą kolejne etapy swojego życia  z piekielną nieustraszonością – epitety, nawet najbardziej wymyślne nie oddadzą nawet w części bogactwa przeżyć Halika.

Agora postarała się nie tylko o atrakcyjne wydanie tej książki, ale również umożliwiła autorowi ruszenie śladem Halika po świecie. A jak wiadomo, Haik był wszędzie – nie ma sensu wymieniać krajów, które zwiedził, choć chyba najbardziej kojarzy się nam w przebraniu Indianina z Amazonii i z pomalowaną twarzą. No i może jeszcze, jak na większości zdjęć, jako łysy facet z ciężką kamerą na ramieniu. Książka jest pomyślana w ten sposób, że kolejne rozdziały cofają nas w czasie i życie tego wagabundy poznajemy od tyłu. Niby autor miał w tym ukryty cel, choć nie jest on przekonujący – początkowe rozdziały rozczarowują, ale jak już to życie nabierze rozpędu, to nie możemy się oderwać od tego losu, naznaczonego ekscentrycznością i buchającą chęcią przeżywania świata jak najpełniej.

Jest tu trochę tajemnic, przemilczanych faktów z życiorysu, konfabulacji i przerysowań, demistykacji i sprostowań, ale po cóż o tym pisać w recenzji, po co rozdrapywać fakty, które dla niektórych szaleńców deprecjonują człowieka z racji życia w określonych uwarunkowaniach politycznych? Z książki bije podstawowa prawda o człowieku, który wiedział co chce robić w życiu, o człowieku, który nie miał wrogów, a wyciągnięte z lamusa jego słabości jedynie wzmacniają mój podziw dla niego, podobnie jak brutalne zarzuty Domasławskiego o Kapuścińskim, jedynie spotęgowały sympatię do dziennikarza.

Facet mieszał języki, popełniał gafy, konfabulował, a przecież wszyscy go uwielbiali. Historia jego małżeństwa z Pierrette, a potem pojawienie się Dzikowskiej, to jedyny jakby nie do końca opisany fragment biografii Halika – domyślam się, że zadziałała tu ingerencja Pani Elżbiety. Halik zakochał się i porzucił wierną towarzyszkę niesamowitych wojaży po Ameryce Południowej oraz w słynnej wyprawie z Ziemi Ognistej na Alaskę. Co się stało z Pierrette dowiadujemy się zdawkowo, a przecież tak oddana kobieta musiała przeżyć rozstanie z Halikiem boleśnie – może też stąd bierze się niechęć opowiadania reporterowi o ojcu przez jego jedynego syna Ozanę?

Żadna biografia nie będzie nigdy kompletna – fakty się zacierają, ludzie umierają, uczucia blakną. Zostajemy z tym wszystkim, co zdolny biograf potrafi zebrać i złożyć w jedną całość. Z dobrej biografii prześwitywać zawsze będzie poświata człowieka, którego życie poznajemy. Sterta informacji odpowiednio przyrządzona wyświetli nam obraz jedynego w swoim rodzaju uczucia, którym chcemy obdarzyć opisywaną postać.  W moim przypadku Tony Halik wyrósł po przeczytaniu „Tu byłem” na kogoś szczególnie wartego poznania – wyrósł na prawdziwego bohatera.

Książka Tu byłem. Tony Halik do nabycia w Taniej Książce

TK_male

Najmądrzejszy w pokoju.

Thomas Gilovich i Lee Ross napisali książkę o tym, jak wpływać na ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień. Zapewne każdy by tak chciał – kreować rzeczywistość według siebie, a właściwie pod siebie. Czy nie jest to czasem manipulacja? „Najmądrzejszy w pokoju” podaje nam to w formie i pod płaszczykiem najbardziej użytecznych odkryć psychologii społecznej.

W skrócie to książka o tym jak zostać mądrym. Pestka. Ogólnie rzecz biorąc każdy zna receptę i choć do mądrości dojdziemy wieloma drogami, to według autorów: „nie możesz być mądrym człowiekiem, nie mając mądrego podejścia do ludzi”. Piszą o tym, jak odkrywać motywy ludzkich zachowań i wykorzystać tę wiedzę do lepszego zrozumienia innych oraz skutecznego wywierania na nich wpływu. Arogancję, chciwość i krótkowzroczność przeciwstawiają inteligencji, wnikliwości i rozsądnemu dokonywaniu ocen. Bo „żeby być mądrym, trzeba być psycho-mądrym”.

Gilovich i Ross odnoszą się do badań prowadzonych na gruncie psychologii społecznej, analizują mądre i niemądre słowa oraz czyny postaci ważnych w historii świata. Przytaczają anegdoty, których bohaterami są m.in. Roger Federer i Rafael Nadal. W atrakcyjny i w pełni zrozumiały sposób podają czytelnikom wytyczne do podejmowania lepszych decyzji – w roli rodziców, pracodawców lub pracowników, przyjaciół lub doradców, a nawet obywateli świata.

2,800,800,,najmadrzejszy_3d

Życie każdego z nas to spotkania z ludźmi – od związków rodzinnych, poprzez rywalizację w szkole czy pracy, konflikty i awantury a nawet przypadkowe relacje ze spotkanymi na spacerze ludźmi. Książka wymarzona dla polityków i biznesmenów, którzy na spotkaniach z przypadkowymi ludźmi budują swoje kariery.

Jak podkreślają autorzy ta książka to nie jest podręcznik – to raczej pomocna dłoń wyciągnięta do osób, które chcą wywierać wpływ na innych i radzić sobie z konfliktami. Składa się z dwóch części: „Filary mądrości” pomogą dobierać odpowiednie słowa, nauczą jak się zachowywać w kryzysowych sytuacjach oraz jak sytuacja determinuje zachowania ludzi.

Z kolei „Mądrość stosowana” to opowieść o zdolnościach adaptacji, o naturze ludzkiej, która prowadzi do nieustannych konfliktów; znajdziemy też tam wyjaśnienie pojęcia „mądrych interwencji”.

Mądrzy ludzie nie czytają książek psychologicznych – mądrość mają wpisaną w geny albo jej się uczą z życia. Sterowanie zachowaniami innych to manipulacja. Czy wiedza zawarta w tej książce przysłuży się komuś i ułatwi mu życie – być może. Natomiast „Najmądrzejszy w pokoju” z pewnością jest  pierwszym krokiem, żeby zrozumieć, w którym miejscu postąpiliśmy źle, a kiedy spartoliliśmy dobrą relację. Zwłaszcza, że została napisana przez fachowców, a nie oszołomów spod znaku poradników, które na rynku cieszą się niesłabnącym powodzeniem.

Na koniec kilka słów o autorach:

Thomas Gilovich – profesor psychologii na Uniwersytecie Cornell oraz dyrektor Centrum Ekonomii Behawioralnej i Badań Procesów Decyzyjnych. Jest autorem i współautorem popularnych książek, m.in. „Social Psychology”, „Dlaczego mądrzy ludzie popełniają głupstwa finansowe”, a także „How We Know What Isnt’s So”. Autor głośnych, szeroko cytowanych artykułów m.in. na temat błędów poznawczych czy wpływu zakupów na poczucie szczęścia. Należy do Committee for Skeptical Inquiry, promującego naukę i krytyczne myślenie. Zasłynął z pojęć takich jak Hot hands (gorące ręce), Spotlight effect (efekt spotlight), Self-handicapping (samoutrudnianie), które wprowadził do terminologii psychologicznej.

Lee Ross – profesor psychologii na Uniwersytecie Stanforda i współzałożyciel Centrum Badań nad Konfliktem i Negocjacjami. Wśród jego zainteresowań naukowych znajdują się: psychologia polityki, wpływ społeczny, teoria uprzedzeń, a także badania podejmowania decyzji i rozwiązywania konfliktów. Jest współautorem książek „The Person and the Situation” oraz „Human Interference”. Ross w swojej karierze naukowej wyszedł poza badania w laboratorium. Obiektem obserwacji uczynił także problemy globalne, jak zmiany klimatu czy system prawny. Brał udział w procesach pokojowych w Irlandii Północnej, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie. Został wybrany do prestiżowej American Academy of Arts and Sciences. Uhonorowany nagrodami American Psychological Society William James Fellow oraz Distinguished Scientist Award from Society of Experimental Social Psychological.

Wszystko jak chcesz.

„Ach Boże, jak mi się chce piekielnie gdzieś z Tobą pojechać. Ty nie masz pojęcia, jaki Ty jesteś uroczy w podróży, nawet wtedy, kiedy Twoje myśli są zupełnie gdzie indziej, nie przy Twoim przyjacielu. A tamte podróże, do Krakowa, były tak całkowicie i bez żadnego pęknięcia piękne. Chciałbym tak bardzo posłuchać Twojego głosu, Twojego oddechu – nie spać, kiedy Ty śpisz, mój drogi, najdroższy chłopcze. Bo ja, mój Jerzy kochany, naprawdę kocham Ciebie i potrzebuję jak powietrza”

Tak pisał Jarosław Iwaszkiewicz z Rzymu w listopadzie 1958 roku. A ilu z nas mogłoby tak pisać, ilu zdarzyła się taka miłość, nie do ogarnięcia, wielka a jednocześnie bezsilna, bo niemożliwa, rozpoczęta, a nie zrealizowana, pęknięta gdzieś z racji okoliczności i braku wzajemności. Jarosław kochał będąc sześćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, kochał Jerzego Błeszyńskiego, o prawie czterdzieści lat młodszego pracownika fabryki Kafar, męża Haliny, ojca dwójki dzieci, a do tego zakochanego w innej kobiecie.

Listy te są świadectwem miłości totalnej, ślepej, a jednocześnie świadomej swojej jednostronności, rozpaczliwej, a przecież dającej niespotykaną dotąd intensywność i szczęście. Szczęście, które przepełnione było goryczą, udręką nieustannego zmagania się z tym uczuciem, rozpaczą i natchnieniem, owocującym literacko. Iwaszkiewicz przeżywa ten romans zdając sobie sprawę, że po Jurku nie będzie już nic ważnego w jego życiu, a przecież obiekt jego uczuć jest śmiertelnie chory na gruźlicę i wkrótce umrze.

Studio_20170520_225900_resized

Pisarz domyślał się, że ta korespondencja kiedyś wypłynie, więc po śmierci Jurka zabrał listy, a nawet je zredagował – w jednym z nich wspomina, że za kilkadziesiąt lat można będzie je sprzedać ze znacznym zyskiem. I zapewne tak się właśnie stało, bo losy tej korespondencji owiane są tajemnicą.

To pisanie jest tak samotnie jednostronne, jak niespełniona miłość, kiedy jedna strona walczy, a druga tylko towarzyszy. Nie mamy listów Błeszyńskiego, pisanych rzadko i oszczędnie – nie wiadomo co się z nimi stało i czy jeszcze kiedyś wypłyną. Nie wiemy nawet jak wyglądał Jerzy – jedyną fotografię możemy odszukać w Internecie, podobno był bardzo przystojny, ale to uroda robotnika, uroda Radziwiłowicza z „Człowieka z marmuru” – nie znajdziemy jej w książce. Anna Król zebrała nawet telegramy wysyłane do Jurka, z nadzieją na jego odpowiedzi i z prośbami o telefon, adresami miejsc, gdzie pisarz spodziewał się otrzymać kilka słów od kochanka.

Obsesją pisania chciał zagłuszyć tęsknotę – Jarosław pisał niemal codziennie, traktując to jak rozmowę z ukochanym, jakby te chwile podczas pisania pozwoliły uciec od niebotycznej tęsknoty. Bo przecież jeśli się kocha, to cała natura człowieka zwrócona jest ku osobie kochanej, każda chwila jest dążeniem do kontaktu, do dotyku, spotkania, rozmowy, telefonu choćby, a pisanie listu to intymna spowiedź wydarta z głębi, bo czego się nie potrafi powiedzieć to można napisać, zwłaszcza będąc sprawnym literatem.

Iwaszkiewicz w listach jest czuły i oddany, a jednocześnie nie szczędzi wyrzutów Jerzemu za kłamstwa i lawirowanie z kochanką, do której wciąż ucieka z sanatorium do Bydgoszczy. Po listach pełnych skargi przychodzą przeprosiny, wystarczy jeden telefon kochanka i jego czule słowa a Jarosław potrafi zapomnieć o wszystkich krzywdach. Jest lojalny w swojej miłości, zapewnia o niej nawet wówczas, kiedy czuje się oszukany: „Kochany nie gniewaj się i nie niepokój, bo chociażbyś mi przedstawił wszystkie piętnaście kochanek, chociażbyś z trzema z nich się ożenił, żebyś mi wyznał cztery morderstwa i dwa gwałty, gdybyś mi nawet dał po mordzie, za to wszystko – byłbym zawsze jednakowy.”

Listy Iwaszkiewicza zaskakują szczerością, są otwartą raną na jego sercu, świadectwem otwierającą tego pisarza szerzej niż każda z jego książek, bo przecież nigdy nie byłem miłośnikiem tej prozy, a tym bardziej poezji. Iwaszkiewicz trafia do mnie poprzez „Panny z Wilka” Wajdy, poprzez jego biografię „Inne życie” Romaniuka, korespondencję z Wajdą, ale nie przez własne utwory. Ale te listy są czymś osobistym, a jednocześnie tak uniwersalnym, że wielu odnajdzie tam siebie oraz wszystkie  niuanse przyporządkowane kochającym. I ta banalna definicja miłości, którą przedstawia w jednym z listów, to porozumienie duchowe, wyciągnięte podczas słuchania koncertu skrzypcowego Szymanowskiego, kiedy tłumaczy kochankowi co ich łączy, to bezmierne szczęście, które go ogarnia w chwilach, kiedy może z nim być – to wszystko jest jak przypomnienie własnych przeżyć, bo odnajdywanie się w tej korespondencji jest jej największą zaletą.

Brak wiadomości od kochanka przyjmuje jako coś najgorszego, jak ból nie do wytrzymania, jak ból zęba. Nerwy naprężone do ostateczności i cały dzień jedna myśl, myśl o nim, a jednocześnie codzienne czynności, które trzeba wykonać. I niepokój o zdrowie kochanka o to, czy mu się nic nie stało, bo przecież nie ma listów nie ma telefonu, nic nie ma. Udręka miłości.

Po śmierci Błeszyńskiego Iwaszkiewicz nie przestaje pisać, bo przecież miłość nie umiera nigdy. Wstrząsający 30 maja 1959 roku, kiedy w piękny i słoneczny dzień Iwaszkiewicz obserwuje w niewielkiej kostnicy starca obmywającego ciało ukochanego. A potem sam ubiera Jerzego i wyje z rozpaczy nad ciałem, które utracił na zawsze.

„Wszystko jak chcesz” to cytat z Jerzego. Można to odnieść do każdej wielkiej miłości – także tej niespełnionej, przetrąconej, zamordowanej świadomej lub nie, okaleczonej, zmarnowanej, wyrzuconej na śmietnik z głupoty lub nieuwagi. Tylko że potem zostają tylko listy, pisane latami, a kiedy nie ma już do kogo się przytulić, zadaj sobie pytanie, dlaczego?

„Twój uśmiech, to jest najważniejsze

A co tam wicher, co tam płacz.

Gdy dnie zimowe coraz krótsze,

Godzinę każdą palcem znacz.

 

Palcem maczanym w konfiturze –

To nic, że już słodycze mdlą –

Wszystkie gałązki, wszystkie róże

Wcześnie obcięte szybko schną.

 

Któż myśli o zbytecznym jutrze?

Do rzeki czasu, koniu skacz!

Twój uśmiech to jest najważniejsze

Jakiż nieważny jest mój płacz.”

„Wszystko jak chcesz” do nabycia w Taniej Książce

Znowu Horst

Kiedy w połowie kwietnia wyjeżdżałem w trzytygodniową podróż, gdzie ciężar bagażu wymuszał zabranie tylko jednej książki, a ponieważ ukazał się właśnie nowy Nesbo, nie miałem wyboru, tzn. mój wybór był bezdyskusyjny i nie zabrałem ze sobą najnowszego Horsta, choć została mi do przeczytania sama końcówka, resztka, która zajęłaby nie więcej niż godzinę skupionego czytania. Teraz żałuję, że nie skończyłem „Kluczowego świadka”, ale z drugiej strony mogłem to zrobić po powrocie, a przy okazji odświeżyć sobie w pamięci zagadkę kryminalną komisarza Wistinga, o której kompletnie zapomniałem, a o której obiecałem napisać. Dziękuję wydawnictwu za przesyłane egzemplarze książek Horsta, a moja kolekcja zaczyna coraz efektowniej wyglądać na półce.

Historia oparta jest na głośnym w Norwegii śledztwie, w którym uczestniczył sam autor kryminału, pracując jako młody policjant przy swojej pierwszej, poważnej sprawie, stąd z pewnością w książce zawarł własne odczucia i spostrzeżenia z wizji lokalnej na miejscu zbrodni. Zamordowano 71-letniego Ronalda Ramma, który w powieści występuje jako Preben Pramm. Starca przed śmiercią torturowano a nawet zgwałcono, w usta miał wetknięte banknoty, a na ciele ślady tortur.

20170513_125412_resized

William Wisting jak zawsze u Horsta żmudnie wgryza się w życie ofiary i typuje morderców, co nie musi być trudne w małej społeczności, gdzie wszyscy przestępcy są doskonale znani. Pramm jako ofiara nie wzbudza naszej sympatii – dowiadujemy się, że był szantażystą, erotomanem, pazernym na pieniądze starcem, ale z drugiej strony pasjonował się fotografowaniem ptaków i chciał sobie ułożyć życie z kobietą, która jednak go odrzuciła. Przypadkiem udało mu się uwiecznić na zdjęciach bandytów, którzy ukradli duże pieniądze i stąd szantaż oraz torturowanie nieszczęsnego starca.

Horst zapewne stara się połączyć rzeczywistość z fikcją, prawdziwe morderstwo z intrygą literacką. Do końca nie wiemy jak wyglądała sprawa morderstwa Ramma i ile ma wspólnego z wymyślonym Prammem. Horst kreśli intrygę dosyć siermiężnie, zagadka wydaje się być łatwa do rozwikłania, a z drugiej strony pokazuje jak śledztwo zatacza swoje kręgi, jak wiele w tego typu sprawach jest pobocznych wątków, które należy sprawdzić. A to jest okazja do zmierzenia się z obyczajowością środowiska, które opisuje, a także ukazania Wistinga jako pełnokrwistej postaci, człowieka pełnego namiętności, zafascynowanego zbrodnią oraz drogami, pozwalającymi rozwiązać zagadkową śmierć.

Te momenty opisujące wahania, dylematy, kłopoty komisarza czasami są ciekawsze od samej intrygi. Idealna żona Ingrid (czytelnicy wcześniej wydanych u nas tomów wiedzą, że zachoruje wkrótce i umrze, o czym zresztą można przeczytać także na skrzydełkach okładki). Dla Wistinga śledztwo to fascynacja, morderstwo wzbudza w nim przeciwstawne uczucia, a droga do wyjaśnienia zagadki jawi mu się jako przygoda, z którą musi się zmierzyć.

„Wisting przyglądał się zwłokom z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego prawy kącik ust podniósł się tworząc krzywy uśmiech, natomiast w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość, ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze, że do niego należy jej wyjaśnienie”

Kolejne tomy Horsta już wkrótce: „Zaginięcie Felicji” oraz „Gdy sztorm nadchodzi” mają wyjść jeszcze w tym roku. Nie powiem, żebym się niecierpliwił, ale podoba mi się myśl, że uzupełnię kolekcję.

Saga rodziny Neshov.

Prolog i epilog książki Anne B. Ragde opisują namiętność Anny Neshov – całą reszta skupiona jest na jej dzieciach  i wnuczce, którzy muszą zmierzyć się z jej umieraniem. Anna nie wzbudzi naszej sympatii, a jej śmierć nikogo nie obejdzie,  poza spętanym jej władczym charakterem Torem, któremu jej odejście zniszczy rytuał wieloletniej egzystencji w rozpadającym się gospodarstwie.

Tor, Erlend i Margido to synowie Anny. Akcja rodzinnej sagi toczy się w Byneset niedaleko norweskiego Trondheim. Tor jest najstarszy, zmuszony do porzucenia ciężarnej dziewczyny, ugrzązł pod silną ręką matki i ciężką harówką odgania przeszłość. Córka, którą zawiadamia o chorobie Anny niespodziewanie zgadza się przyjechać do ojca. Erlend jest gejem i uciekł przed matką do Kopenhagi, gdzie żyje od lat w związku z partnerem. Margido otwiera całą historię, kiedy poznajemy jego pracę przedsiębiorcy pogrzebowego, mylnie przekonani, że samobójstwo młodego chłopaka, będzie osią powieści – nieszczęśliwa miłość, przez którą powiesił się chłopiec jest ostrzeżeniem dla czytelnika, że nie można igrać z uczuciami, i że nie wszyscy są tak odporni jak my.

Studio_20170409_125806_resized

A jednak bohaterowie „Ziemi kłamstw” są obdarzeni pozytywnymi cechami charakteru – można banalnie napisać, że to dobrzy, empatyczni, rozumni i budzący sympatię ludzie. Śmierć jedynej negatywnej osoby w tym stadzie wyzwala energię, która tak wiele zmieni w ich życiu i to na lepsze. Z miejsca zakochujemy się w Erlendzie, który emanuje tym radosnym umiłowaniem życia, jako źródła przyjemności, a kiedy jego partner przyjeżdża do zapadłej mieściny, żeby w trudnych chwilach okazać mu swoje przywiązanie, Erlend reaguje śmiertelnym przerażeniem, że zostanie zdemaskowany jako syn wieśniaka, a jednocześnie jest szczęśliwy z tak okazanego przywiązania.

Margido jest podstarzałym samotnikiem panicznie odganiającym myśl o związku z kobietą – dokładnie poznajemy jego pracę i myśli, budujemy sobie jego obraz na podstawie tego co czuje, jak widzi siebie, kiedy analizuje własne postępowanie, a jednak w pewnym momencie ten obraz zaczyna się chwiać – wystarczy, że ktoś inny spojrzy na niego własnym wzrokiem i okazuje się, że to łysiejący, podstarzały facet z obrzydliwą śliną w kącikach ust.

Torunn to córka Tora, na którą przez lata musiał płacić alimenty, co rozsierdzało matkę i przez co ledwo wiązali koniec z końcem. Przyjeżdża wiedziona impulsem, ale z czasem wciąga się w rodzinne historie. I jest jeszcze mityczna postać dziadka Tallaka oraz jego nieśmiałego syna, który do dzisiaj plącze się w gospodarstwie jak popychadło, pomimo że jest formalnie mężem Anny, a tak naprawdę żyjącym we własnym świecie parobkiem. Ten Tallak z miejsca wydał mi się podejrzany i domyślenie się jaką rolę odegrał w tej rodzinnej układance nie sprawiło mi kłopotu.

Nie pomylą Wam się postacie, nie poplączą wątki, na opisy przyrody nie ma co za bardzo liczyć, za to mistrzowskie analizy uczuciowe, poplątane charaktery i obrazowe dialogi pozwolą dać się wciągnąć i szybko zaliczyć pierwszy tom norweskiej sagi. Każda z czterech głównych postaci prowadzi swój wewnętrzny dialog, przy okazji dowiemy się jak tresuje się psy, jak wyglądają przygotowania do pogrzebu oraz czemu maciory czasem zabijają swoje małe prosiaczki. Jeśli kogoś znudzą szczegóły może sobie przeskoczyć fragmenty opisowe, tylko po co? Czytanie sagi nie polega na analizowaniu kto zabił, a jedynie na wgłębianiu się w motywacje członków rodziny. A to jest rodzina, którą łączy jednak wieź, pomimo tego, że matka nie potrafiła nic innego poza zaangażowaniem się w jeden związek oraz niszczeniem życia swoim synom – kiedy już jej nie ma bracia pokazują, że pomimo wszystko wyrośli na porządnych ludzi.

Zastanawiam się jak wyglądałaby taka saga o typowo polskiej rodzinie, wywodzącej się gdzieś z małomiasteczkowej albo wiejskiej społeczności; czy ktoś miałby odwagę pokazać te wszystkie charaktery i czy w tej faunie wąsatych i cycatych postaci, wykluły by się osoby na miarę takiego geja Erlenda, który przyjeżdża ze swoim partnerem do Siedlec, do dużego gospodarstwa, gdzie panoszą się już inni bracia ze swoimi dziećmi, wujkami i kuzynkami?

Książka Anny B. Ragde to wznowienie wydanej już w 2010 roku sagi w trzech tomach, choć na okładce widać też ikonkę czwartej części, która być może jest zapowiedzią, dzięki której wznowiono serię. Przeczytanie tej książki zajmie 3 wieczory w czasie przeznaczonym na telenowele w TV  – a ci, co są niecierpliwi, skończyć ją mogą w jedną noc. A ja czekam na tom drugi w czerwcu, a trzeci w lipcu.

Księga cytatów

Skusiłem się na „Księgę cytatów” w trochę samobójczej misji, bo kto dziś kupuje słowniki i encyklopedie? W erze Internetu opasłe tomy, którymi kiedyś inteligencja chciała się wyróżnić, stawiając w oszklonych gablotach zamiast kryształowych wazonów „Słownik poprawnej polszczyzny” i cztery tomy brązowej Encyklopedii PWN, więc w tej nowej erze wirtualnej, znalezienie znaczenia każdego słowa trwa kilka sekund. Zresztą po co komu wiedzieć co znaczy „koincydencja”? Tylko Remigiusz Mróz zna znaczenie wszystkich słów i nie musi korzystać z Google – wystarczy że pobiega.

A „Słownik wyrazów obcych”, jawił mi się zawsze jako wspaniałe kompendium zwrotów niby znanych, ale jakoś zapomnianych, których znaczenie czasem przyprawiało o zawrót głowy. Co zrobić z tomami, kurzącymi się na półkach, zabierającymi miejsce, ustępującymi przed tymi wszystkimi Bondami, Pilchami czy Horstami?

Z moim sentymentem do słowa pisanego, do papierowych szelestów, co oczywiście mści się tym, że magazynuję roczniki „Odry” z lat 90-tych, wszystkie magazyny „Książki”, nie mówiąc o rocznikach „Zeszytów Literackich”, z tą moją pasją do zapachu wydrukowanego papieru, udręką jest pozbywanie się, a radością ustawianie na półkach. A teraz jeszcze „Księga cytatów”  z dopiskiem „polecane maturzystom”…

Studio_20170320_182935_resized

To z pewnością książka do przerzucania, bo wątpię, żeby komuś chciało się w niej szukać pochodzenia cytatu – to raczej zabawa w przypominanie sobie głównie polskich autorów,  a jednak jakaś wybiórczość zaciążyła nad autorami, którzy czasem cytując fragmenty prozy, przepisując całe akapity z „Przedwiośnia” Żeromskiego czy „Początku” Szczypiorskiego, zawieruszyli gdzieś Iwaszkiewicza, którego nie uświadczysz w ich zestawieniu. Ten wybór kończy się jakoś na roku 2012, ale nie ma w nim Jerzego Pilcha, za to jest … Bronisław Maj. Nie ma Barańczaka, ale mamy Daniela Naborowskiego. Brakuje mi Brodskiego i jakbym poszukał głębiej to zapewne paru innych również (jak można nie uwzględnić Kafki, albo słynnego pierwszego zdania z „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta?).

A więc przygoda z cytatami opiera się na subiektywnym wyborze trojga autorów, którzy dają nam na początek kilka słów o autorze cytatów, a potem w zależności od kaprysu, pokazują fragment jego twórczości i tak na przykład jak dojdziemy do Balzaka, to uraczy się nas sporą porcją „Ojca Goriot”.

Na końcu jest interesujące zestawienie, z którym nigdy dotąd się nie spotkałem, a mianowicie „Kalendarium urodzin i śmierci”, gdzie informuje się nas kto na przykład przyszedł na świat w lipcu a komu dane było zejść ze świata w grudniu – najwięcej pisarzy umarło w sierpniu, z tak popularnym u nas F.D. Kniaźninem!

Można sobie sarkać na ten wybór ale i poczytać trzeba i przypomnieć sobie takie strofy dźwięczące:

 „Daremne żale – próżny trud

   Bezsilne złorzeczenia!”

Jakże często mnie to dopada ostatnio, zwłaszcza te bezsilne złorzeczenia …

A Maria Konopnicka to dopiero zajmuje miejsca w naszej księdze, ale przecież „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…” i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, co w obecnej sytuacji politycznej, niektórzy sobie wypiszą na sztandarach, po obejrzeniu Wiadomości w TVP.

Tekturowy samolot.

Zawsze z niekłamaną przyjemnością odnajduję Stasiuka w gazetach, w artykułach zamieszczanych czy to w GW czy w Tygodniku Powszechnym i zawsze jest to uczta czytelnicza, takie smakowanie prozy, niezależnie od tego co pisze, choć przyznam się, że najbardziej lubiłem te fragmenty refleksji z podróży, które drukowały Kontynenty, ale już przestały niestety. Stasiuk jest dobry na raz, na jedno tchnienie tej prozy, w której brak nieznośnego napięcia, naprężenia intelektualnego, jakiejś przesadnej chęci udowadniania swojej erudycyjności.

Studio_20170326_150749_resized

Czarne wydaje regularnie swojego sztandarowego autora, a kiedy zmieniło okładkę już czwartego wydania „Tekturowego samolotu”, to dałem się nabrać, bo zdało mi się, że to jakaś nowa kompilacja tekstów, a tu jednak wszystko już dawno było. Książka wydana w 2000 roku, zawiera teksty z lat dziewięćdziesiątych, drukowane w gazetach wymienionych wyżej, oraz w „Tytule” „Kwartalniku Artystycznym” i niemieckim FAZ.  Rozpoczyna się króciutkim wprowadzeniem, które autor kończy zdaniem „Reszta była już tylko kontynuacją”. Jeśli człowiek ma w najodleglejszym dzieciństwie posmak magiczności istnienia, refleks wyobraźni, wykraczającej poza codzienność oraz umiejętność dziwienia się, wówczas jest duża szansa, że narodzi się  w nim artysta. Stasiuk kilka razy opisuje ten stan przełomowej refleksji, iluminację, która go ukształtowała. „W 1882rok u schyłku lata wypuścili mnie z więzienia” – tak zaczyna się kolejne wspomnienie, piętno kupionej przypadkowo książki, nostalgiczny tekst o własnych początkach siebie.

Teksty rozmieszczone są w te sposób, że po krótkim, dostajemy dłuższy a potem znów krótki. Jeśli zmęczą nas długie wywody Stasiuka o religii, orzeźwienie przyniesie refleksja o środkowej Europie, napisana w dniu wstąpienia Polski do NATO. Środek marca w środkowej Europie: potencja bez formy, prąd bez przewodnika, wikt bez opierunku. Jedna stroniczka i trochę o naszej zaściankowości, a jednocześni złudności świata – gdzieś tam zdecydowano o naszym losie, a przecież my jesteśmy tutaj, w tym grajdole i smutku Słowiańszczyzny. Czasem Stasiuk zapędza się w schemat zbyt mętny, przestaje być tym ironistą, obserwatorem naszej miałkości i rozpadu, a staje się filozofem i to mu nie wychodzi, to brnięcie we wnioski i refleksje. Ale niech tam, zaraz za rogiem, za następną kartką ukazuje się błyskotliwy esej o Bukowskim, z tymi celnymi i dowcipnymi uwagami, że Los Angeles to przechrzczony jakiś Ursus albo Pelcowizna, tylko że trwa tam nieustannie lato stulecia, zamiast kiełbaski z rożna są hamburgery, a gra się w baseball zamiast w nogę.

I o czym jeszcze Stasiuk pisze? O dyskursach, o płonącej Ukrainie, o starości i śmierci, o albumach, o Iwoniczu, o makatkach, o sensie świata…  Dwadzieścia lat minęło od powstania tych tekstów, część się zestarzała, część zapowiada „Jadąc do Babadag”, najbardziej charakterystyczny utwór Stasiuka, po którym stał się rozpoznawalny, a w jeszcze innych jest ten Andrzej, który dopiero co wyszedł z więzienia.

Na okładce „Tekturowego samolotu” widzimy Humpreya Bogarta w słynnym prochowcu. Zapewne miał odnosić się do tekstu Stasiuka o Philipe Marlowe, którego Bogart jak wiadomo grał w filmie „Wielki sen” z roku 1946. Ale w takim płaszczu Burberry, Humprey grał w „Casablance” – zresztą syn aktora i Lauren Bacall jakiś czas temu protestował przeciwko wykorzystywaniu wizerunku ojca w tym płaszczu przez firmę Burberry, do reklamowania własnych produktów. A do tego ten  trencz, który jego ojciec nosił na planie filmowym, mógł jedynie przypominać Burberry, a naprawdę pochodzić z kolekcji brytyjskiej marki Aquascutum, której aktor był wiernym klientem.

„Tekturowy samolot” do kupienia w Taniej Książce.

Wracając do Anny Kareniny.

Zapomniałem, że kiedyś jednak czytałem „Annę Kareninę”. Od wielu lat żywiłem przekonanie, że znam jedynie ogólny temat książki Tołstoja, zapewne utrwalony adaptacjami filmowymi, że wiem o zdradzie Anny, jej śmierci oraz o Lewinie, poczciwym stereotypie, który wciąż kojarzy mi się z Piotrem Bezuchowem z „Wojny i pokoju”, podobnie zresztą jak Kitty Szczerbacka ma wiele cech Nataszy Rostowej. Kareninę Lew Tołstoj napisał dziesięć lat po „Wojnie i pokoju” i wydaje mi się, że nie jest tak majestatyczną prozą jak epopeja narodowa Rosjan, która momentami przytłacza swoją monumentalną formą i treścią.

Dwa tomy kupiłem w burzliwych latach osiemdziesiątych, kiedy książki zdobywało się, przemierzając miasto szlakiem księgarń, kiedy zaglądanie do kolejnych i jeszcze bardzo licznych przybytków z książkami, miało w sobie coś z niepewnej fascynacji, że właśnie się trafiło na niespodziewany rzut wydawniczy, kiedy kupowało się szybko i namiętnie, bez zastanawiania się, co było o tyle proste, że literatura nie była relatywnie droga, a książki miały wartość nieporównywalnie większą niż dzisiaj.

20170318_124927_resized

„Anna Karenina” nie była rarytasem – szesnaste wydanie, które posiadam miało nakład powalający na kolana dzisiejszych księgarzy, w drugim rzucie wydrukowana 150 tyś. egzemplarzy, a i to, jak sądzę, rozeszło się błyskawicznie. Lichy papier, marna okładka, rozklejające się kartki, przybrudzone i pożółkłe dziś strony, skazują moją zdobycz na powolną śmierć – w końcu rozpadnie się gdzieś w kącie, złożona na strychu, choć nie mam strychu, a samo słowo „strych”, brzmi jak pozostałość czasów, kiedy czytało się przy lampach naftowych.

Czytanie o romansie Wrońskiego i Anny to wyprawa w inne sfery, powrót do jakiegoś Edenu literackiego, nieporównywalne z niczym do czego przywykliśmy w ostatnich latach, przeżycie zmurszałe w swojej formie, a jednak przypominające jak czkawka czym jest prawdziwa literatura. Urodzeni w XXI wieku mogą już nie posiadać tego haczyka, który pozwoliłby im zagłębić się w świat skonstruowany na innych zasadach, niż współczesne powieści, co związane jest zapewne z zanikiem tego genu „powolnego smakowania”, lubieżnego skupienia się na świecie wykreowanym do ostatniego cala, gdzie historia przedstawiana jest dogłębnie, a opis stanowi mistrzowskie dopełnienie akcji. To tak jak filmy Antonioniego nie będą atrakcją dla miłośników współczesnych ekranizacji Sherlocka Holmesa.

To literatura niuansów, smaczków, namiętności oddanych do samego końca, opisanych tak szczegółowo i sugestywnie, że nie mamy wątpliwości wyobrażając sobie żałosną Dolly Obłońską zdradzaną przez lekkoducha Stiwę z guwernantką, czy też uczucia Kitty do Wrońskiego, odrzucającą oświadczyny Lewina.

A co z ocenami moralnymi postępków Anny, zachowania Karenina czy szlachetności Wrońskiego, którego nie lubimy od początku, pomimo tego, że zachowuje się po rycersku i uczciwie, a jednak jest przyczyną nieszczęść, choć wszyscy gotowi są obwiniać Annę za ten los, który od samego początku skazany był na tragedię? W dzisiejszych czasach romans mężatki z przystojnym oficerem, mógłby zakończyć się po prostu krótkotrwałym zawirowaniem uczuciowym, a potem wszyscy zajęliby się własnym życiem i nawet po rozstaniu z kochankiem, Anna nie musiałaby się zabijać.

Siła uczuć i namiętności przerasta tu nasze wyobrażenia, elita rosyjska żyje w jakimś kokonie złożonym z zasad i rytuałów – oglądamy ten świat, gdzie szlachetność jest wyolbrzymiona, podobnie jak łajdactwo u Dostojewskiego; porównując prozę Tołstoja z dziełami autora „Zbrodni i kary”, widać identyczny rys tej absurdalnej wzniosłości, tego zachowania na granicy możliwości, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie można się posunąć aż tak daleko w swoich uczuciach.

Tołstoj tradycyjnie idealizuje życie na wsi, opisuje nam ze szczegółami uroki polowania czy smażenia konfitur, potrafi również mimochodem opisać konflikt stolarza, budującego schody, z Lewinem, który objaśnia fachowcowi, jak powinien te schody wykonać. A więc proza totalna, powstająca zapewne w długich ciągach pisarskich, kiedy to Lew siadał i pisał, jak przypuszczam z ogromną łatwością, a jednak jak się to ma do dzisiejszych „laptopowych” pisarzy i czy Remigiusz Mróz, wrzucony na rosyjską wieś, pisałby równie dużo jak dziś?

Skupiam się więc nad „Anną Kareniną”, odganiając czasem myśli o przerwaniu lektury, ale ponieważ akurat nie mam nic interesującego do czytania, trwam w tym błogostanie literackim, tylko czasem prześlizgując się nad zbyt nudnymi fragmentami, zazwyczaj związanymi z polityką. Czytanie Tołstoja ma działanie terapeutyczne, gdyż nie pozwala zapomnieć, że istnieje  literatura klasyczna, że właściwie powinienem zarzucić czytanie błahe i niepotrzebne, bo to jest jednak strata czasu, że wystarczy to, co mam na półkach, a do czego nie wracałem przez lata, co już zapomniane choć przecież kiedyś tak ważne. A może to już starość, która odrzuca współczesność i każe wracać do przeszłości, gdzie zawsze jest lepiej i bezpieczniej? Bo na pewno mądrzej.