„Czarna trasa” Antonio Manzini

Rocco Schavione ma wszelkie zadatki na to, żeby zdobyć serca czytelników, choć niektórzy oburzą się na jego chamskie odzywki, snobizm, bezczelność, nałogi i lewe interesy. Pierwszy kryminał z Rocco ukaże się u nas 22 lutego i na szczęście jest też pierwszym z serii, więc nie ma niebezpieczeństwa, że kolejne książki będą pojawiały się w „wymieszanej” kolejności, jak to się dzieje na przykład z Horstem.

A więc Rocco jest skurwysynem, niewątpliwym, chamowatym gburem, któremu nawet nie chce się zmienić swoich ulubionych butów, wybierając się w góry, żeby obejrzeć trupa zmasakrowanego przez pług śnieżny.  Na złość wszystkim, w przemoczonych butach, zmarznięty i wściekły, musi się zmierzyć z wiejskimi ignorantami pracującymi w policji, upokorzyć ich i wyśmiać a następnie finezyjnie, ku uciesze swojego nowego szefa oraz prokuratora, rozwiązać błyskawicznie zagadkę morderstwa. Rocco pali skręty oraz dorabia na lewo kradnąc nielegalny towar bandytom,  a trafiając „za karę” do górskiej wioski, wyrzucony z Rzymu, gdzie wiódł wygodne życie, stara się zmierzyć z traumą, o której w tym tomie za dużo się nie dowiemy. Pisane kursywą kawałki z jego żoną Mariną w roli głównej, mają za zadanie uwieść czytelnika, ale co bystrzejsi domyślą się w czym rzecz, co uzasadni obecność w życiu Rocca dojrzałej kochanki oraz szowinistyczne klasyfikowanie kobiet, kręcących się wokół niego.

Czarna_trasa_okladka

Zagadka kryminalna jest średnio skomplikowana, a krąg podejrzanych wąski, wiec czytelnik z łatwością namierzy winnego, choć sposób dedukcji komisarza może budzić podziw. Zresztą nie przeceniajmy jego inteligencji – celuje głównie w chamskich odzywkach i epatuje terrorem psychicznym, ale  jest zdecydowany i myśli logicznie, zwracając uwagę na drobiazgi: w tym przypadku do sedna doprowadzą go papierosy oraz rękawiczki.

Śmiejemy się z upokarzanych wiejskich policjantów, ale jednocześnie staramy się polubić Rocca, miłośnika skrętów i dobrych ciuchów, który prawdziwe życie zostawił w Rzymie, a marzenia o życiu w Prowansji chce zrealizować przy pomocy nielegalnych przekrętów. Jednocześnie w tym cynicznym snobie drzemie jakiś imperatyw przyzwoitości, a walka z przestępcami jest dla niego męką, ponieważ przez to jest cały unurzany w błocie i smrodzie ludzkich namiętności i grzechów.

Manzini to także autor licznych scenariuszy filmowych oraz aktor. Porównywalny we Włoszech  do takich tuzów jak Camillieri czy Donna Leon, pisze szybko i od wydanej w 2013 roku „Czarnej trasy”, wyprodukował już pięć odcinków przygód Rocca, które miejmy nadzieję szybko trafią na nasze półki.

Ten kryminał uwodzi również stylem. Nie atakuje nas opisami przyrody, tylko zwięźle informuje, przemycając oczywiście między słowami zgryźliwe uwagi na temat wyglądu postaci oraz stanów pogody – a zgryźliwość jest rzec jasna atutem głównego bohatera. Gdzieś w głębi dostrzegamy jednak pulsujące problemy współczesnego świata, bo te włoskie średnio nas obchodzą – już w 2013 roku Manzini zahaczył o problem uchodźców, a sceny z kontrabandą Syngalezów, wskazują na to, że w następnych powieściach autor zaserwuje  nam jeszcze więcej nawiązań do aktualnych spraw.

Przygoda z kryminałem Manziniego trwała krótko, ponieważ ciężko się od niego oderwać, a to przecież jedynie 285 stron. Sugeruję wydawnictwu Muza kuć żelazo póki gorące i szybko przełożyć pozostałe kryminały z Rocco, choćby po to, żeby wreszcie wyjaśnić tajemnicę związaną z jego żoną Mariną. Bo jak konstatuje Rocco: przeszłość to zmarły, którego zwłoki ciągle cię nawiedzają, a jeśli przestaną przychodzić to znaczy, że do niej dołączyłeś.

Zagroda zębów.

Odyseusz, bohater Homera, sprawca klęski Troi, mąż Penelopy i ojciec Telemacha, to postać z greckich mitów. Wit Szostak napisał wariacje na temat mitu Odysa, a do tego zatytułował je lekko perwersyjnie: „Zagroda zębów”, wywołując niepokój w czytelniku, sięgającym nieświadomie po książkę, mającym w pamięci wcześniejsze dokonania autora. Ja byłem w tej komfortowej sytuacji, że żadnej książki Szostaka nie czytałem, nie będąc miłośnikiem gatunku, który pisarz uprawia – oczywiście nazwisko było mi znane, postać i wygląd tudzież, szata graficzna wydanych pozycji nie była mi obca.

A ta „Zagroda zębów” co rusz mi się rzucała w oczy, a to w recenzjach czytanych, a to w migotliwych refleksach rzucanych w literackim świecie mediów – rzucała się niepokojąco pozytywnymi opiniami, wyważonymi krytykami, wielopiętrowymi recenzjami, których nie potrafiłem doczytać do końca – jakaś fama szła za Szostakiem, aura niby to tajemnicza, ale przecie jaka tajemnicza, jak autor obraca się w infantylnym science – fiction, rojąc jakieś historie, których za bardzo czytać ochoty nie miałem.

Tymczasem wydawnictwo Powergraph zapytało mnie, czy bym nie zechciał przeczytać „Zagrodę zębów”, a ja otumaniony tym wszystkim, o czym pisałem powyżej, zgodziłem się nieświadomy na co się porywam. „Zagroda zębów” jest wyzwaniem literackim, zabawą słowną, spójną i zwięzłą, oszczędną i wymagającą uwagi. Złapiesz tę niewielką książeczkę i w tempie sprinterskim jesteś w stanie ją pochłonąć w godzinę. Nie polecam tej metody czytania – w tym przypadku smakowanie roztropne, powolność, rozwaga, spokojna kontemplacja dadzą wymagany efekt końcowy. Po przeczytaniu pierwszym, tym bardziej chaotycznym, wróciłem jeszcze raz do „Zagrody zębów”, i odnalazłem  właściwy rytm, który pozwala docenić pracę autora.

Studio_20170118_221525_resized

Na końcu, w Epilogu, pojawia się postać ojca, który Odysa wtłoczył w umysł autora, zaintrygował mitem, był siłą sprawczą tej książki. Ojciec widział Odysa w barze w Prokocimiu, w górach, w pociągu z Krakowa do Łodzi, odwiedzał jego bezimienny grób na starym cmentarzu. Mit stale obecny w życiu ojca, odnajdywany w codzienności, fascynujący albo przydający niecodzienności w trudzie dnia powszedniego.

W Prologu autor uprzedza: nie śpiewaj Odysa, bo ten wyśpiewany, wszystko zostało powiedziane – ale – są też inne możliwości. I właśnie nad tymi możliwościami zastanawia się Wit Szostak. Ale czy o możliwości chodzi, czy taki był autora zamysł? Traktuję „Zagrodę zębów” bardziej jako zabawę literacką, alternatywne wersje losów Odysa są jedynie pretekstem do finezji, do pokazania kunsztu prozatorskiego, zastąpienie rozległego gestu, zwięzłością dopieszczoną do granic możliwości.

Czyta się to wszystko niczym psalmy, zdania powtarzają pierwsze motywy, czasem dosłownie, czasem lekko skrzywione. Wywlekanie wariantów, domyślanie zmyśleń, chodzenie po śladach, znajdowanie błędów mitów, błądzenie, wierzenie, podążanie, pielenie mitów. To określenia autora, który każe nam się wczytać w rytm zdań, dać ponieść czystej zabawie w kreacje – odczytuję wersje losów Odysa, Penelopy czy ich syna, próbuję znaleźć w tym sens, ale tak naprawdę wciągają mnie zestawienia słów, zdania wykrojone jakby same dla siebie. Aż po kres książki, tragiczny finał, zasygnalizowany przecież już na początku, tym zestawieniem słów: śmieci i śmierci. „Śmieci trzeba śpiewać, mamy tylko śmieci”. Bo na końcu Odys odnaleziony, leży w śmietniku, rzyga winem, zbędny bohater, śmieci blisko śmierci.

Szostaka nie ma co demonizować. Od czasu do czasu można się zabawić kunsztowną literaturą, zmierzyć się z warsztatem i mieć odwagę. Ale przede wszystkim mieć klasę i kunszt, żeby się udało. Tak jak udało się Szostakowi w „Zagrodzie zębów”.

Rok królika.

Jak już sobie zamówiłem tę książkę, prostackim odruchem zapragnąłem sprawdzić, co o najnowszej Bator pisze Internet. Ku swojemu przerażeniu odkryłem, że pisze niedobrze, źle pisze, rozczarowująco podsumowuje, wyrzeka i narzeka, odradza. W popłochu i pierwszym geście, zapragnąłem wycofać zamówienie, ale już zapłacone, poszło w kosmos, to znaczy do księgarni. Pocieszyłem się lekko tym, że książka kosztowała mnie malutko, z racji różnych tam kuponów, które otrzymałem – nieważne, w każdym razie tanio było, jakieś 15 zł. No trudno, straciłem, myślę sobie, studiując różne blogi, które jako pierwsze się wyświetlają, czytając opinie „recenzentek”, fachowo podsumowujących książkę, a potem w komentarzach odpowiednie reakcje, że nie kupię, że nie czytałam i nie znam, ale i tak nie przeczytam, że w ogóle to mi się nic nigdy nie podobało, co z Bator wyszło.

Książka w twardej oprawie z królikiem na okładce, a właściwie z kobietą o króliczej głowie, starannie wydana w Znaku, robi dobre wrażenie, zwłaszcza z tajemniczo brzmiącym wierszem Emily Dickinson na początku, gdzie już pojawia się motyw sióstr bliźniaczek. Poszukiwaniom siostry odda się bohaterka, obsesyjna zbieraczka tytułów w polskich tabloidach („Kierowca zrobił z konkubiny kotlety na wesele brata”), którą widzę jako żywą Joannę Bator, widzę ją dokładnie, umiejscawiam w książce – nie da się odlepić wizerunku Bator od Julii Mrok, w czym nie pomógł z pewnością internetowy i telewizyjny proces promocji książki, a także obejrzany przeze mnie wywiad Nogasia z autorką, gdzie można było się Bator Joannie przyjrzeć i wkleić w narrację „Roku królika”.

Studio_20170115_131153_resized

Wbrew opiniom różnorodnym i śmiem uważać powierzchownym, Bator najnowsza mnie wciągnęła, wessała mnie bezbronnego natychmiast, pociągnęła do Ząbkowic Śląskich, zabrała na przejażdżkę, którą polubiłem z miejsca. Jeśli niecierpliwię się podczas przerw w czytaniu książki, znaczy to, że jest dobrze, że bohaterka i jej dziwaczny świat jakoś tam mnie zauroczyły. To lepsze jest niż Twardoch, pomyślałem, bo mi „Król” takich wrażeń nie dostarczył.

W bardzo niepokojącym skrócie, znana pisarka pretensjonalnych romansów historycznych, żyjąca w seksualnym trójkącie z dwoma mężczyznami, zmienia tożsamość oraz wygląd, i w obawie o własne życie, ucieka do Ząbkowic, znanych również pod nazwą Frankenstein, gdzie wpada na trop siostry bliźniaczki, ale przede wszystkim spotyka na swojej drodze dziwaczne indywidua oraz perwersyjne SPA z erotyczną i eutanazyjną posługą. Przerysowane typy, każdy z jakąś skazą, a to szklane oko, a to poparzona twarz, wariactwo i zajęcza warga, stanowią świetna pożywkę dla pisanego przez zmienioną nie do poznania bohaterkę, nowego romansu historycznego.

Ten nierealny świat nijak się ma do spokojnego miasteczka na Dolnym Śląsku – zapewne „Rok królika” w Ząbkowicach sprzeda się w rekordowym nakładzie, ale zawód będzie bezmierny, ponieważ mieszkańcy miasta swojego tam nie znajdą. Oniryczna atmosfera jak z jakiegoś podrzędnego horroru, kafkowska niemożliwość dostania się do urzędu, wyludnione ulice i postaci, wsysające bohaterkę w grę, której z łatwością ulega, to otoczenie nowego wcielenia Julii Mrok, sieroty z obsesją, egoistki emocjonalnej, kobiety wyrachowanej, ale przecież sympatycznej, której kibicujemy, żeby jej się udało. Absurdalność spotkań, typy ludzkie i ich pożądliwość, oderwanie od rzeczywistości, kreują świat mityczny, gdzie zdarzenia prężą się do obnażenia bohaterki, wyssania jej w wampirycznym tańcu, a z drugiej strony przecież jej uległość nie pasuje do charakteru, więc jest to jakiś lot bezwładny Julii Mrok, zamienionej w Annę Karr, a nawiązanie do Anny Kareniny Tołstoja nasuwa się jednoznacznie.

Bator ponętnie stylizuje swój tekst, żeby czytającego wciągnąć w dowcipną grę słów, taką Masłowską nam Joanna Bator jedzie, z łatwością to robi, szpanuje wartkim potokiem zdań zgrabnych a nawet śmiesznych, czasem ją ponosi, jak w tym fragmencie o oku inspektora Gerarda Harde’go, na stronie 125. „Staliśmy naprzeciwko siebie bez słowa, jak w kadrze jednego z tych filmów, w których bohaterowie milczą uparcie, jedząc makaron, albo jadąc samochodem na ósme piętro parkingu, co ma oznaczać, że obraz jest artystyczny”.

Kiedy już wpadniemy w ten sztuczny świat wykreowany przez Joannę Bator, poznamy plejadę dziwadeł,  celnie i z jakąś perwersyjną miłością podsumowanych przez autorkę ( „… widziała w Hotelu patologicznie otyłą kobietę w średnim wieku i staruszkę wyglądającą, jakby zmartwychwstała przez czyjeś roztargnienie zamiast Chrystusa”) wydarzenia nieuchronnie zaczną zmierzać do rozwiązania, którego niestety autorka nie udźwignęła, a szkoda. Zdemaskowana Julia Mrok wpada w łapy zboczeńca i w pierwszym odruchu uległości, zdaje się, że jej nowa tożsamość  zdobędzie kolejne doświadczenia, gdy tymczasem akcja przyspiesza i wyrywając się z ząbkowickich klimatów, powieść traci swój oniryczny urok, aby sczeznąć gdzieś na manowcach. Aż szkoda tego zakończenia, ale to nie my napisaliśmy „Rok królika”, więc pozwólmy Julii Mrok robić to, na co ma ochotę Joanna Bator.

Najnowsza książka autorki „Ciemno, prawie noc”, to połączenie czarnego humoru z onirycznym kryminałem, psychologicznej rozgrywki z horrorem trzeciej kategorii, to podniecająca historia z trupami, upadłymi kobietami, psychopatycznym mordercą, grasującym mitycznym królikiem, dowcipnymi puentami i czystą przyjemnością zagłębiania się w potoczysty styl autorki.  Już zaczyna mi brakować Julii Mrok i opisów tego karnawału spotkań z degeneratami, psychopatami, dziećmi z zajęczą wargą, albo sprzedawczyń z „sekendhendów”.

Obrzydliwość serwowana nam przez Bator jest nie tylko małomiasteczkowa, siermiężna i wtórna, ale również swojska. Z łatwością przyjdzie nam odnaleźć namiastki przerysowanego zła w serwowanych codziennie obrazkach z telewizora, więc z czasem ponura dziwaczność tabloidowych tytułów, dobierze się także do nas, a przygody Julii Mrok albo Anny Karr, staną się w końcu i naszym udziałem.

Al Capone i inni.

W kwietniu pisałem o dwóch tomach prozy Grzegorza Kalinowskiego, a już pod koniec roku dostałem, jakąś siłą rozpędu, trzecią część przygód Heńka Wcisły. „Śmierć frajerom” to taki przewrotny tytuł całego cyklu, a trzecia odsłona ma podtytuł „Tajemnica skarbu Ala Capone”. Podobają mi się okładki tych książek, kuszące kolorystyką i stylizowane trochę na brukowce przedwojenne, zaczytane egzemplarze chowane za pazuchą.

Czy można rozpocząć przygodę z książkami Kalinowskiego od tego właśnie tomu? Można, tylko ci, których wciągnie życiorys bohatera, zmuszeni zostaną do odkrywania jego losów, tej poszarpanej, zawadiackiej młodości, szukając nerwowo pierwszych tomów; natomiast grupa, którą przerazi natłok przygód, postaci i zdarzeń, charakteryzujących te łotrzykowskie opowieści, odetchnie z ulgą – nie oszukujmy się, ta eskapada czytelnicza wymaga sporo wolnego czasu i uwagi – nie radzę odkładać tomu liczącego sześćset stron na później, po przeczytaniu stu stron, bo zapomnicie o co w tym wszystkim chodzi. No chyba, że macie pamięć lepszą ode mnie.

Heniek, którego losy opisuje Kalinowski, ucieka z Warszawy, gdzie aspirant Denhel ( nie mylić z Jackiem Dehnelem), czyha na jego głowę; trafia do Chicago, gdzie ma przejąć interes od niejakiego Feliksa Magatha, zarządcy firmy Iron Castle. A i Heniek nie jest już Wcisło, tyko nosi niemieckie nazwisko Haas. W ogóle z tymi nazwiskami niemieckimi jest tutaj niezła zabawa, jakby Kalinowski odnalazł swojego sportowego ducha i mrugał do nas futbolowym okiem – pojawiają się, oprócz Magatha, Hrubeschowie czy Vogts.

Tajemnica_skarbu_Al_Capone_okladka

Opowieści Kalinowskiego zawsze umiejscowione są w rzeczywistości historycznej i rzecz jasna Heniek, trafiając do Chicago w latach prohibicji, musiał się zetknąć ze słynnym Alem Capone. Oprócz tego  są i wątki polskie – wiadomo, że żadna gangsterka nie może się obejść bez naszych, zwłaszcza, że konwencja „Śmierci frajerom”, penetruje nie sztukę ludową w Zjednoczonych Stanach, lecz podziemne machloje i przekręty na wódzie, a Heniek uczestniczy nie w premierach filmowych, lecz w potyczkach, w czasie których mózgi rozpryskują się po ścianach. No to dla żądnych faktów historycznych, mamy niejakiego Alexa Sypowskiego, polskiego Żyda spod Radomska, współpracownika Alphonsa Capone, czy Johna Oberta, gangstera polskiego pochodzenia.

Ne ma co streszczać akcji, ani wymieniać postaci, które pojawią się na kartach książki – walki bokserskie, jazzowe kluby ze słynnym Cotton Club na czele, Metropolitan Opera, Hollywood, Nowy Jork, San Francisco, samochody, kobiety, wielkie pieniądze, przekręty, mordobicia, samoloty, to tylko niewielka porcja wrażeń serwowana przez Kalinowskiego – a potem, kiedy Heniek wróci do Warszawy zobaczymy go w nowej roli:  poważnego człowieka z towarzystwa.

Kalinowski zapewne pociągnie jeszcze z losami Heńka przez parę tomów, bo chłopak jeszcze młody i perspektywiczny, a na horyzoncie przecież wojna i można już sobie wyobrażać, gdzie zawiedzie nas wyobraźnia autora, wplatając losy warszawskiego cwaniaka w zawieruchę hitlerowską. Odkładam więc trzeci tom „Śmierci frajerom” na górną półkę, zostawiając miejsce na następne, grube powieści łotrzykowskie, z Heńkiem Wcisło w rolach głównych.

Młodość Wistinga

Moja kolekcja Horstów szybko się rozrasta, ale nie jest to powód do zmartwień. Poziom tych kryminałów można usytuować powyżej średniej i niestety są to nadal powieści lepsze od polskich nowości, przede wszystkim lepiej skonstruowane, przemyślane i logiczne. „Gdy mrok zapada” ukazuje się u nas zaraz po premierze norweskiej, jakby wydawnictwo chciało jednocześnie nadrabiać zaległości w wydawaniu Horsta i trzymając ręce na pulsie, serwować nam nowe przygody sympatycznego policjanta.

Tym razem akcja zabierze nas do roku 1983, roku dla nas w jakimś sensie ważnego, o czym wspomina również autor, w krótkiej relacji z lektury gazety, kiedy to czyta o Nagrodzie Nobla dla Lecha Wałęsy, oraz jego decyzji o nie przyjeżdżaniu do Norwegii, w obawie przed uniemożliwieniem mu powrotu do kraju. Gdyby początkujący autorzy kryminałów mieli się czegoś uczyć od Horsta, albo od innych Skandynawów, albo po prostu od dobrych rzemieślników pióra, to zwrócili by uwagę na opisywane przez starych wyjadaczy tła, drugie plany, konteksty, czy też banalne szczegóły, które jednak uwiarygodniają akcję i nie są zwyczajnymi i nudnawymi opisami, ale raczej celnymi uderzeniami w rzeczywistość, którą należy opisać fachowo.

Studio_20170104_221732_resized

To, co czasem irytowało u Wallandera, to żmudne grzebanie w szczegółach śledztwa, wertowanie dokumentów, staje się też udziałem Wistinga, który w 2016 roku jest już doświadczonym policjantem, szkolącym młodzież. W pierwszym rozdziale Wisting otrzymuje tajemniczy list, który przypomina mu zagadkę sprzed 33 lat, cofając nas do wspomnianego już roku 1983.

25-letni, początkujący policjant, szczęśliwy małżonek, ojciec bliźniaków, z którymi będą razem z żoną Ingrid spędzać pierwsze święta, za namową kolekcjonera starych samochodów, trafia do starej, walącej się stodoły, gdzie czeka na niego zagadka tajemniczego napadu sprzed wielu lat, oraz zasuszony trup. A jednocześnie zostaje zrabowany nocny sejf, gdzie wrzuca się utargi z całego dnia – nie wiem czy jeszcze funkcjonują takie miejsca, ale sam pamiętam, że w ścianach banków były kiedyś takie miejsca, gdzie wrzucało się pieniądze ze sklepów zamykanych późno. Teraz już chyba tego nie ma.

Te dwie sprawy: starej stodoły i stojącego w niej auta oraz bezczelny napad na sejf, powiąże nie tylko osoba młodego Wistinga. Młody policjant od początku daje się poznać jako sprawny obserwator i obdarzony inicjatywą i intuicją, potrafi na własną rękę  zdobywać doświadczenie w sprawach kryminalnych. Wisting chce zostać śledczym i aż się pali do przesłuchań i zbierania dowodów: „Na samą myśl, o tym, że sam mógłby kiedyś tak pracować, ogarniało go zniecierpliwienie, od którego aż mrowiły mu dłonie”.

Wisting już wtedy zostanie zauważony przez przełożonych i wytypowany jako kandydat na śledczego – tym właśnie kończy się sprawa z roku 83, pozostając nierozwiązaną do końca. A jednak po 33 latach, za sprawą tego tajemniczego listu, Wisting może zamknąć stare śledztwo, przy okazji zabrać swoich kursantów na ekscytującą wyprawę w przeszłość.

Ten krótki, lekko świąteczny kryminał, ubarwi wszystkim nudne chwile w pociągu albo samolocie – trzeba go czytać szybko i na pewno nie będzie to nudna przygoda. Horst już zadomowił się w Polsce i nie zdziwi mnie informacja, że wkrótce dostaniemy do rąk kolejne przygody komisarza policji z Wydziału Śledczego w Larvik, Wiliama Wistinga.

Król Szczepan Twardoch

Rozpieszczany przez krytyków i czytelników Szczepan Twardoch, pisarz o pięknym imieniu i wyzywającym wyglądzie, zyskał już sobie status literata ważnego, sprzedającego się wystarczająco obficie, żeby jego najnowszą powieść „Król”, zrecenzowali wszyscy. W końcu padło i na mnie, co przyjąłem z radością, bo Twardocha polubiłem – głównie za ekstrawagancje w wywiadach, ale przecież także za prozę, od „Morfiny” poczynając.

Twardoch kusi oryginalną okładką „Króla”, znajomością boksu, wszelkiego rodzaju broni, samochodów, samolotów, kobiet sprzedajnych czy perwersyjnych technik erotycznych. Ale to wszystko nie jest ważne, albo ważne jest mniej, przy jego sprawności poruszania się po przedwojennej Warszawie, orientacji w meandrach ówczesnej polityki polskiej,  czy też rozpoznania powszechnego wówczas antysemityzmu. Zresztą nasza świadomość na powyższe tematy nie ma tu żadnego znaczenia – przyjmiemy wszystko bezkrytycznie, bo chcemy poznać historię żydowskiego boksera Jakuba Szapiro.

Powieść skonstruowana jest w typowej dla Twardocha technice, gdzie magia szamańskich powtórzeń ma nas wciągnąć w wir narracji, stworzyć jakieś inkantacyjne delirium, wzmocnione obecnością siły wyższej, tej „istoty” magicznej, która zawsze u Twardocha musi się pojawić, tutaj w postaci olbrzymiego kaszalota, wiszącego nad miastem. No niech sobie ma Twardoch swoje Drachy, czy Litani, niech recenzenci plączą się i interpretują, wywodząc Litani od Lewiatana, skąd już prosta droga do Jonasza. Ale jak to wszystko połączyć w jakąś logiczną całość, żeby nie spełznąć w banalność?

Studio_20170103_211427_resized

Twardoch nie uwiódł mnie szczególnie opowiedzianą historią. Poplątanie losów biednego Mojżesza Bernsztajna, którego ojca Jakub Szapiro poćwiartował „jak ciało koguta na kaparot”, a potem przygarnął chłopca do własnego domu i nauczył boksować, wprowadza do powieści jakiś porządek, który podbudowany jest relacją spisywaną przez kogoś, kto ma być na początku Bernsztajnem, który stał się Inbarem, by w końcu rozpłynąć się w niebycie, zginąć z rąk samego Jakuba. Autor przenosi się dość płynnie z jednej postaci do drugiej, a pod koniec książki akcja przyspiesza i trup kładzie się gęsto, co jednakże nie jest w stanie przebić strat, które czekają żydowską Warszawę, za niedługi czas po roku 1937, w którym toczy się akcją „Króla”.

O ile Jakub Szapiro miał być takim ekscytującym bohaterem, to w rezultacie Twardoch zrobił z niego głupiego romantyka, niezdecydowanego prostaka, który zawraca samolot do Palestyny, skazując dzieci na Holocaust, puszcza się z bezczelną Polka, siostrą swojego największego wroga, który zabił mu brata, pokazuje swoją bezradność i z pierwszej sceny, kiedy to w ringu wygrywa swój najważniejszy mecz, nie zostaje pod koniec książki prawie nic.

O wiele ciekawsze zdają się postaci drugoplanowe: demoniczny Pantaleon, Kum Kaplica czy Ryfka Kij. Każdą ze swoich postaci Twardoch oddaje nam uzupełnioną o przeszłość i przyszłość, każda ma swoje pięć minut. Kobiety Twardocha to osobny rozdział – może poza żoną, zamordowanego przez Szapirę, starego Bernsztajna, wszystkie pozostałe mają w sobie seksualną, demoniczną siłę przyciągania: nawet porządna Emilia, żona Jakuba, perfidnie kusi młodego Mojżesza, nie mówiąc już o wykorzystywanej od dzieciństwa Ryfce, czy opętanej seksualną namiętnością do Jakuba, Annie Ziembińskiej.

Los Jakuba Szapiro, to chaotyczna wyprawa w rzeczywistość Warszawy roku 1937, to meandry politycznego zamachu stanu, szykowanego przez skrajną prawicę, to opis obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie zsyłano politycznych przeciwników i gdzie panował znienawidzony komendant Józef Kamala-Kurhański. Przyznam, że opis pobytu Kuma Kaplicy w tym obozie to wstrząsający zapis bestialstwa, jakie polskie władze stosowały wobec przeciwników politycznych. Obóz wzorowany na hitlerowskim obozie koncentracyjnym Dachau, utworzono rozporządzeniem prezydenta Mościckiego. Komendant Kamala-Kurhański występuje u Twardocha jako demoniczny sadysta – tutaj autor nie wymyśla – Kamala rządził okrutnie i przez to skończył rozszarpany przez rodaków w Auschwitz, gdzie trafił na dziewięć miesięcy, bo tylko tyle udało mu się przeżyć, płacąc za swoje przedwojenne dowodzenie w Berezie.

Czy powinniśmy czuć sentyment do tych wszystkich kryminalistów, których Twardoch podaje nam jak na tacy, do morderców obdzierających ze skóry biednych Żydów, boksera zbierającego haracze, Kaplicy i Radziwiłka, gustujących w nieletnich dziewczynkach i reszty bandy, która rządziła w odseparowanej od reszty, żydowskiej części miasta? Szapiro musi skończyć marnie, o czym się dowiadujemy na końcu, ale to nie jest koniec honorowy – Twardoch unurzał swojego bohatera, przekreślił cały ten romantyczny etos króla, każąc mu na koniec cierpieć, zapominać kim jest i mylić się w określeniu własnej tożsamości. Gwałtowne przyspieszenie w ostatnich rozdziałach spowodowane jest tym, żeby autor zdążył opowiedzieć nam o dalszych  losach bohaterów – a jakie one mogły być, jeśli było się Żydem w roku 1939?

„Król” na liście bestsellerów Taniej Książki w atrakcyjnej cenie 33,68 zł.

Osiołkiem przez Wschód.

Tak to właśnie jest. Jak jesteś już w pewnym wieku, to mało co ci się chce. Najlepiej by się leżało i czytało, albo paliło i czytało, wczesnym rankiem. I żeby było lato. Ale trzeba jechać. Właściwie nie wiadomo dlaczego trzeba, przecież już tyle się widziało, prawie wszędzie się było. Najgorsze są te chwile przed wyjazdem, ta nerwówka, że czegoś się nie zabrało, o czymś zapomniało, wszystkie te przygotowania, pakowania, te pięć minut przed, bo potem już jest dobrze. W miarę.

Stasiuk pojechał starym osiołkiem w głąb Azji, do Tadżykistanu, ale powieściowo zatrzymał się na krańcach Kazachstanu, przed Szymkentem. Urywa się relacja nagle i nie wiemy nawet jak wrócił z tej wyprawy i czy się coś zepsuło jeszcze w starym osiołku. Krótka jest ta refleksja z wyjazdu, jakby niedociągnięta, przecięta z nagła widokiem szczytów Tienszanu. Może Stasiukowi nie chciało się więcej pisać o tym samym krajobrazie wschodu, który wyeksploatował już w ostatniej książce, a może nie o to chodziło, żeby wracać do tych samych opisów, ale żeby raczej pogwarzyć o autach. Wspominki mają tutaj postać wszystkich samochodów, które przez pięćdziesięciolecie przetoczyły się po autorze i wypaliły swoje piętno we wspomnieniach. Od pracy w szkolnych warsztatach poprzez pierwsze jazdy, w roli pasażera, starą warszawą. Sam wiem jak to jest jechać taką limuzyną, przestronną i pachnącą skórą – raz jeden w życiu jechałem warszawą jako pasażer taksówki i doskonale pamiętam  metafizyczną wręcz aurę dziwacznego komfortu, kiedy przez puste miasto ten wielki automobil toczył się majestatycznie, a ja czułem się niczym komunistyczny dygnitarz z czasów Gomułki.

Studio_20161218_133834_resized

W „Osiołkiem” Stasiuk dużo przeklina, jakby sytuował się w tej robociarskiej sferze magików ze starych warsztatów, jakby ten etos mechanika, który wszystko naprawi, mu mocno imponował. Celnie pokazuje tę zmianę w wyglądzie dzisiejszych przybytków napraw wszelakich, gdzie wszystko poukładane i ma swoje miejsce, a przecież pamiętamy stare „warstaty”, ciemne nory ze stertą żelastwa i umorusaną twarz właściciela, który za grosze naprawiał każde auto. Sam pamiętam taki warsztat na rogu ulicy, zajmujący się akurat rowerami, ale jak się przyniosło tam cokolwiek zepsutego to przecież naprawili.

Podróż z tajemniczym Z. przez Rosję i Kazachstan ma jakby dwa wymiary – w pierwszym, znanym dobrze od lat, Stasiuk powiela swoje refleksje na temat cywilizacji, wschodu i zachodu, ludzkiego losu i egzystencji, takiej krajobrazowej nicości świata, gdzie mało co jest, ale zawsze znajdą się jacyś ludzie. Podawane w mniejszych dawkach te stronice znane od czasów Babadag, rozrzewniają, a wplatane opowieści z przeszłości o samochodach w życiu pisarza, ubarwiają czytanie. Dobrze jest Stasiuka smakować, kiedy odarty z przesadnych opisów rzeczywistości wschodniego syfu, celnie pokazuje to co ważne w takiej podróży trochę bez sensu, podróży, która nie obchodzi nikogo, bo gdzie tam jakieś zabytki, promenady czy kościoły? – raczej szopy, śmieci i step albo krzaki. „ W całej tej Rosji, na całym tym Wschodzie wiedzą, że nie będzie ładnie. Bo ładnie robimy sobie po to, żeby uciec od grozy. Modląc się i cywilizując. Tak jak my na tym naszym zadupiu europejskim z espresso i pro secco. W tym ogródku jordanowski ludzkości.” Stasiukowi wydaje się, że jak wtłamsi się w ten krajobraz rozpadu i siermiężności, to dotknie sedna – jego filozofia odarta jest z blichtru cywilizacyjnego, ponieważ tylko w prostocie życia można odnaleźć fundamentalne prawdy. Być może.

Książka jest naznaczona humorem sytuacyjnym i to się najlepiej czyta, o tych zmaganiach na granicy rosyjskiej, kiedy młody pogranicznik nie chce osiołka wpuścić do swojego wielkiego kraju, albo kiedy zjeżdżają do bogatego Kazachstanu i przychodzi im nocować w nowoczesnym hotelu.

Ale śmieszne są też te dwa metafizyczne sny Stasiuka które podaje jak rzeczywistość, te stupory marzeń wykwitłe na bezdrożach, kiedy jawa miesza się z urojeniem i przeplata w opowieści z jazdą. Najpierw pisarz idzie do popa i mówi, że chce przejść na prawosławie, żeby zostać Ruskiem. Oni tam na wschodzie są jakby od nas mądrzejsi, oni nas dobrze znają, ale postrzegają zupełnie inaczej niż sądzimy. Trochę się z nas śmieją z tej naszej rusofobii, kpią z polskiego charakteru z pozycji dobrego wujka, który raczej pobłażliwy jest niż wrogi. A potem już ten długi fragment rozmowy w ciemną noc, po pijaku z Aleksiejem spod Saratowa, gdzie Stasiuk wywala wszystkie nasze traumy narodowe zahaczając nawet o smoleńską katastrofę, gdzie trupy poległych rodaków wyłażą z rosyjskiej ziemi w jakimś upiornym marszu. Aleksiej radzi pisarzowi, żebyśmy sobie tych wszystkich umarlaków, zgromadzonych pod glebą ruską zabrali do siebie, żebyśmy raz na zawsze uwolnili się od tej odwiecznej martyrologii, żebyśmy już zaprzestali tego ciągłego lamentowania nad trupami i grobami. A najlepiej żebyśmy sobie na jakiejś odległej planecie urządzili swoją Polskę, gdzie przetransportuje się wszystkich poległych i wtedy będziemy mogli sobie z nimi obcować do woli. Wyśmianie tej naszej skłonności do celebracji uświęconych męczenników, tej ciągłej w nas obecnej „romantyczności”, sytuuje Stasiuka w grupie pisarzy, których łatwo posądzić można o bluźnierczość albo zdradę, co przecież i tak już widać w niektórych zestawieniach „zdrajców narodu”.

Muszę się przyznać, że czytałem Stasiuka z dużą przyjemnością, a że przyjemność ta nie była zbyt rozłożysta, to tylko wina skromnej objętości „Osiołkiem”. Chciałbym pojechać ze Stasiukiem dalej, żeby pisał o swoim strachu, żeby patrzył za mnie w bezkres, żeby jechał, może aż do Chin, albo jeszcze dalej.

Jak wspominałem książka urywa się nagle wizytą w radiowozie kazachskiej milicji drogowej, gdzie jeden z funkcjonariuszy mówi nawet po polsku, ale generalnie nie jest to wcale coś, co by kierowcy Stasiukowi w czymkolwiek pomogło, a nawet wręcz przeciwnie. I tutaj Stasiuk odpływa w metafizykę rojeń, gdzie rzeczywistość przemieszał z upiornym snem, a rozmowa o płaceniu łapówki i jej wysokości, wykazuje miałkość i niepozorność naszej filozofii zachodniej – tutaj, na rubieżach świata, jest zupełnie inaczej. „I chuja mi zrobią, bo jestem Polakiem, który kocha wolność. Będę szczał pod każdym prezydentem, jaki się nawinie, i o każdym prezydencie będę myślał, co mi się spodoba”. Pomachał polską szabelką z góry wiedząc, że nie ma żadnych szans. Taka prosta metafora naszego stosunku do całego tego szajsowatego, wschodniego sąsiedztwa. A przecież zapłacić zawsze nam przyjdzie, ten mandat za naszą głupotę i narodową dumę.

Pilch.

Przeleżała mi się ta biografia w sensie ścisłym, bo skończyłem ją ze trzy tygodnie temu i to nie jest dobra prognoza dla tego pisania o Pilchu, właściwie nie o Pilchu, tylko o tej książce, bo o Pilchu mogę napisać klika zdań od siebie bez problemu, a książkę to jednak trzeba mieć pod ręką, albo chociażby w głowie ją mieć jeszcze świeżą, promieniującą i pobudzającą do wyrażania myśli, co przychodzą nagle, a potem znikają bezpowrotnie, jak utracona leworęczność. Więc żeby się wprowadzić w nastrój odpowiedni i może nawet we frazę właściwą, obejrzałem „Pod mocnym aniołem”, film, który się nagle pojawił w telewizji publicznej bez rozgłosu nawet i bez fanfar, a przecież warto było ludzi zachęcić, żeby sobie obejrzeli to Smarzowskiego dzieło, zwłaszcza ci pijący nałogowo chętnie by siebie odnaleźli na ekranie, choć jak przypuszczam, pijacka brać ma ciekawsze programy w rządowej telewizji, a nawet bym napisał, że oni raczej mało oglądają po pijaku raczej.

W między czasie postanowiłem sprawdzić, czy mi się niejaki Remigiusz Mróz do czegoś przyda, czy czytane przez Gosztyłę audiobooki odkryją mi świat do wykorzystania przy niedzielnych wybieganiach, a ponieważ nie zamierzam nigdzie szerzej napisać o Mrozie, to tylko chciałbym przy okazji ostrzec literackich maniaków przed czytaniem, a nawet słuchaniem Mroza książek, bo zaliczywszy „Trawers”, a potem „Kasację” obrzydzeniem tak bardzo się nasyciłem, że żadnej z wypuszczanej lawinowo książek tego pana nigdy więcej do ręki nie wezmę,  szczęśliwie będąc jedynie w posiadaniu audiobooków, więc półek mi nie zaśmiecą.

To teraz już o Pilchu tylko. Pamiętam jak hotelu krakowskim spotykaliśmy ekipę filmowców z „Pod mocnym aniołem” i jak dawno to już było. Wstrząsający obraz z życia pisarza alkoholika powrócił podczas czytania biografii Kubisiowskiej, w której miało być o chlaniu dużo i o kobietach Pilcha też. Bez wątpienia te wiwisekcyjne fragmenty książki największe robią wrażenie na czytelniku, który Pilcha zna z charakterystycznego rytmu zdania i inteligentnej myśli w nim zawartej. Będąc sceptycznym przez długie lata, co do wartości Pilchowej literatury, odkryłem go dopiero na końcowym etapie jego twórczości, gdzie „Miasto utrapienia”, „Wiele demonów” i „Dzienniki” – kompletnie zadłużony jestem w temacie opowiadań i pierwszych książek, nie znam felietonów, i tych z „Tygodnika Powszechnego”, i tych z „Polityki”, więc mogłem w biografii przeczytać o tym fenomenie pisarskim, w którym Pilch doszedł do perfekcji, a społeczeństwo doceniło cotygodniową porcję Pilcha, serwowaną przez gazety.

20161211_185208_resized

A zaczyna Kubisiowska nietypowo, bo od rąk i na rękach też kończy. Trzęsące się ręce Pilcha to jego zmora, choroba Parkinsona to utrapienie, choroba alkoholowa to przekleństwo, albo wyróżnik? Pisarze alkoholicy to nie jest ewenement, to częsta przypadłość poważnych literatów, ale w przypadku Pilcha połączenie Parkinsona z chlaniem daje oszałamiające efekty. Więc te trzęsące się ręce na początek i wchodzimy w szczegóły tego życia dziwacznego. O Pilchu mówią osoby go znające, kobiety, przyjaciele i matka. Po dwóch latach pracy i częstych rozmowach z pisarzem, autorka skonstruowała biografię nietypowo – jest jakaś chronologia, jest Wisła bardzo szczegółowo wyrysowana, ale tytuły poszczególnych rozdziałów wyznaczają ścieżkę w sensie ścisłym: Ojciec to część pierwsza, a Matula druga. Biskup Wantuła wraz ze Starym Kubicą idą dalej – przez te cztery postaci prowadzi nam Pilcha Kubisiowska i mnie się nawet ten pomysł podoba. Silne osobowości, które ukształtowały nam bohatera, a potem tylko piłka nożna, kobiety, nałogi…

Niesprawiedliwym jest pisanie biografii żyjących, bo przecież będą żyć jeszcze jakiś czas i wtedy trzeba będzie czekać na kolejną biografię, zapewne pisaną od nowa i przez kogoś innego. Z Pilchem porozmawiała również Ewelina Pietrowiak i tutaj mamy Pilcha ugładzonego.  A Kubisiowska wali Pilcha mocno na odlew, bo nie ma takiego życiorysu, przy którym można tylko wzdychać z rozkoszy, co sam Pilch wiedział, ale chyba zapomniał, bo jak książkę przeczytał to się do autorki przestał odzywać. Gdyby o mnie ktoś napisał całą prawdę, też bym się chyba oburzył, choć przecież sam wiem, jak było i jest najlepiej, i że nie ma zmiłuj się. Ale na szczęście to mi nie grozi.

Gruba cegła z tej biografii ale smaczna – żal cytować co lepsze kawałki, bo jest ich za dużo, a życie podrywacza i pijaka musi obfitować w niuanse gorzkie i chwile pamiętne. Nietuzinkowa inteligencja i celne pióro składają się na wędrówkę pełną zwrotów akcji, wyrzucają na powierzchnię dni chwały, ale i upadku, zalety charakteru, ale i słabości. Chciałeś, to masz. Taki właśnie jesteś, tak cię widzą i tak o tobie mówią: przyjaciele i kochanki, najbliżsi i ci z drugiego szeregu. Mówią raczej pochlebnie, wyciągają historie, gdzie Pilch w roli głównej bryluje oraz kiedy Pilch upada.

Szczególnie nas pociąga ta ciemna strona pisarza, którą mało co zapowiada, choć przecież wiemy, że i tak wszystko w genach zapisane: szczególna relacja z ojcem, zaściankowa atmosfera Wisły, przodkowie z jednej i z drugiej strony, talent niebanalny. Jak to mogła Kubisiowska ugryźć, żeby nie wpaść na manowce, jak zmierzyć się z faktami, żeby nic nie przeinaczyć – ona to po prostu podała nam, zdaje się nawet bez zbytniego komentarza; wywaliła na powierzchnię Pilcha jako człowieka. Pod koniec lektury tego Pilcha mi żal, bo umęczony i sponiewierany przez chorobę próbuje się podnieść.

W Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego odzyskuje głos, ale ręce drżą nadal. Czy rzucone przez telefon zdanie, że gdyby nie choroba Parkinsona umarłby od innej: alkoholowej, powiedziane było dla efektu? Końcówka książki jest jak relacja z pola walki – zastanawiamy się kto w końcu wygra – czy choroba złamie pisarza do reszty, czy też mamy jeszcze nadzieję na kolejne książki: autobiografię, którą chce sam napisać, a może na planowaną „Historię dygotu”?

Pilcha rozpoznaje się po frazie, którą dosyć łatwo naśladować, co niektórzy czynią z lepszym lub gorszym skutkiem, ale w zdaniu Pilcha jest jeszcze coś, co decyduje o jego niepowtarzalności – zapewne jest to ten ładunek inteligentnej ironii, prześmiewczość, sarkastyczna rezygnacja. „Stary Kubica, gdyby żył, miałby sto pięć lat, a więc i tak by już nie żył”. Paradoksalne, ale jakże ujmujące.

Gdzie pieprz rośnie.

Ocean Indyjski kusi w tym egzotycznym rogu – ograniczony afrykańskim wybrzeżem, gdzie Tanzania z Kenią wyczarowują Wybrzeże Suahili, Somalia wybrzusza się półwyspem, Jemen i Oman wypełniają Półwysep Arabski, a Indie sterczą klinem. Widać jak na dłoni, że te lądy kiedyś były jednością i tylko Europejczykom zamarzyło się  wedrzeć w ten odwieczny świat ze swoimi statkami, armatami i okrucieństwem.

Czytając debiutancką książkę Anny Janowskiej o pieprzu i innych przyprawach, zanurzamy się w przedziwną egzotykę, przeskakując między Afryką, islamskim półwyspem i tyglem indyjskim. Aż chciałoby się tam pojechać, żeby posmakować opisywanych przez autorkę miejsc: Zanzibar to popularna destynacja, za to Oman kusi nieskażonym turystycznie zapachem.

20161208_231512_resized

„Monsun przychodzi dwa razy” ma w sobie zachętę i jasną wizję pobytu w opisywanych miejscach i choć autorka skupiła się na przyprawach i zapachach, wyzwoliła we mnie chęć zanurzenia się w ten tygiel wymieszanych ras i słonecznych wybrzeży.

Zaczynamy podróż od monsunu i związanych z nim przepraw: między afrykańskim brzegiem a indyjską różnorodnością. To monsun „dął łodziom w plecy” i umożliwiał przeprawę w obie strony, ponieważ zmieniał kierunek co pół roku, pozwalając żeglarzom wrócić. Nie zapominajmy przy tym o Morzu Czerwonym, gdzie można wpłynąć skracając sobie drogę przez Aleksandrię do Europy. Monsun umożliwiał nie tylko wymianę przypraw, jedwabiu, szlachetnych kamieni, daktyli czy kawy, ale przede wszystkim przynosił możliwość poznawania różnorodności kultur czy religii.

Ugrzęzłem z początku w meandrach technicznych – zdawało się, że mechanizmy budowy tradycyjnych łodzi zniechęcą mnie do ciągu dalszego – rozumiem, że zaczynamy od podstaw, czyli budowy indyjskiej łodzi dau i arabskiej sztuki szkutniczej z Sur. Dalej jest już pieprz – jesteśmy w Kerali – indyjskim mieście na Wybrzeżu Malabarskim. Ile osób wie, że pieprz to pnącze a różnokolorowe ziarna można otrzymać z tej samej rośliny – czerwony pieprz to pieprz dojrzały, biały to czerwony tylko bez skórki, a w ogóle to rodzina pieprzowatych liczy siedemset gatunków. Sprawnie jesteśmy oprowadzani po meandrach uprawy, a przy okazji trafiamy na przyprawę, która łączy w sobie zapach  pieprzu, cynamonu, goździków i gałki muszkatołowej. To ziele angielskie, które bezmyślnie wrzucam do rosołu – cztery w jednym, w ładnie brzmiącej roślinie: korzennik lekarski, tak często mylonej z pieprzem, choć bardziej zasługuje na miano „wszech przyprawy”. Zresztą nazwa ziela angielskiego wzięła się stąd, że trafiła na nasz stół właśnie z Anglii.

A może teraz o kardamonie, który kwitnie i owocuje jednocześnie, a jego zbiory nie kończą się nigdy. To królowa przypraw – bo królem jest jednak pieprz. Kardamon jest drogi, należy do rodziny imbirowatych i pochodzi z Malabaru, z gór kardamonowych…

Przyznaję, że dałem się wciągnąć w te ciekawostki i chciałbym więcej. Ładnie to wszystko jest opisane, ponieważ Janowska nas tam zabiera osobiście, oprowadza i pokazuje, sama zresztą jest pochłonięta poznawaniem. W portugalskim Belem jest wielki pomnik odkrywców, gdzie poczesne miejsce zajmuje Vasco da Gama, który jak wiemy jako pierwszy popłynął z Europy do Indii, ale nie uczyniłby tego, gdyby nie pomoc żeglarzy monsunowych, którzy od zawsze przemierzali Ocean Indyjski i przeprowadzili Portugalczyka z pomocą przychylnych wiatrów do celu. Wtargnięcie w świat odwiecznych szlaków Europejczyków, zamieszało w życiu regionu, a i nie obyło się bez okrucieństw i mordów, jak to zwykle bywa, gdy chciwość zwycięża dobre obyczaje. Podziwiamy wielkich podróżników, ale wystarczy wczytać się jaką cenę musieli zapłacić za to tubylcy.

Książka Anny Janowskiej to świetny przewodnik po miejscach, które tyle mają do opowiedzenia – co wiecie na przykład o kadzidłowcach, używanych w naszych chrześcijańskich kościołach? A kto wie skąd się bierze poczciwa gałka muszkatołowa – że jej owoc przypomina małe awokado? To może coś o kurkumie, curry lub wanilii? Co tylko sobie wymarzycie. Nawet o goździkach, które „idą z dymem”. Wciągniecie się w te ciekawostki niechybnie. Bo autorka ma dar opowiadania i choć jest to lekko encyklopedyczne, to jednak nie nudzi, widać że Janowska wszystkiego posmakowała, łącznie z końcową przeprawą przez pobyt w szpitalu ajurwedycznym w Kerali.

„Monsun przychodzi dwa razy” to kolejna książka z serii reporterskiej Muzy, gdzie ukazują się książki rodzimych podróżników; często są to ich debiuty, mniej lub bardziej udane opisy tego wszystkiego co ich fascynujecc- młodych odkrywców, dla których podróżowanie stało się nałogiem i sposobem na życie. W przypadku „przyprawowej” książki Anny Janowskiej zaglądamy do zakamarków, o których nawet nie śniliśmy. Można się zauroczyć egzotyką w ten sposób podaną – wyczyszczoną z wszelakich niepowodzeń i udręk, ale przecież czasem chodzi o to, żeby poczuć się olśnionym, wyrzucając niepotrzebny balast.

Wielki pustynny szlem.

Dla biegacza amatora czytanie o ekstremalnych biegach, ultra maratonach albo wymyślanych coraz częściej egzotycznych wycieczkach biegowych, jest zajęciem mocno pobudzającym do zintensyfikowania treningu lub nieświadomie dołującym przyczynkiem do zastanowienia się nad celowością dalszego kontynuowania zabawy w bieganie. Kiedy dostałem książkę od wydawnictwa, zastanawiałem się kiedy ją przeczytać i co zrobić, żeby ją w ogóle ukończyć. Zapakowana do podręcznego bagażu w czasie lotu do Madrytu i z powrotem, miała zdać egzamin w przestworzach – mogłem zagłębić się w przeżywanie losów bohaterów albo zasnąć z książką na kolanach.

Studio_20161017_220437_resized

Cztery pustynie, czyli 4 Desert Grand Slam, to elitarny cykl czterech biegów, składający się na tysiąckilometrowy wyścig w najbardziej ekstremalnych miejscach na ziemi. To wieloetapowe zawody pod Saharze, Gobi, Atakamie i Antarktydzie.  Andrzej Gondek, Daniel Lewczuk i Marek Wikiera, jako pierwsi Polacy ukończyli cykl 4 Deserts Grand Slam. Nie tylko przebiegli 1000 km przez pustynie, zamykając symboliczną pętlę wokół Ziemi, ale kończąc jeden z najtrudniejszych wieloetapowych, ekstremalnych ultrabiegów świata, weszli do elitarnego grona Grand Slam, czyli znaleźli się w międzynarodowej grupie 47 biegaczy, którzy skompletowali medale uczestnictwa w czterech biegach w jeden rok. Ich relacje zebrał Paweł Oksanowicz, a wydawnictwo nie żałowało pieniędzy na błyszczący papier i bogaty zestaw kolorowych zdjęć. Książka wyróżnia się starannym wyglądem i daje nadzieję na ekscytującą lekturę. Czy do końca jesteśmy usatysfakcjonowani? Zależy czego szukamy w tego rodzaju pozycjach: jedni preferują reporterską relację z opisami zmagań, a dla innych to metafizyczna strona walki z samym sobą stanowi o atrakcyjności lektury.

W książce trzech herosów mamy to wszystko przemieszane. Kiedy wciągamy się w zmagania Daniela, którego sukces wydawał się najmniej prawdopodobny, ocieramy się bardziej o walkę z samym sobą, kiedy czytam Andrzeja, wchodzę na ścieżkę sportowej rywalizacji. Marek wraca do nas przy okazji ostatniego wyścigu po Antarktydzie, ale wtedy ja już tęsknię za Danielem, który zafascynował mnie podejściem do tego wyzwania, którego tak naprawdę nie miał prawa ukończyć z racji swojej fizyczności i przygotowania, a jednak dokonał tego dzięki sile woli i samozaparciu. Mówi się, że najlepsi biegają głową, a nie nogami i jest w tym bardzo dużo prawdy – swój wyczyn Daniel zawdzięcza właśnie silnej psychice.

Tego rodzaju wyprawy biegowe zarezerwowane są nie tylko dla herosów wytrzymałości, ale przede wszystkim dla ludzi z dużą rezerwą finansową. Nasi bohaterowie to biznesmeni: Andrzej Gondek jest dyrektorem firmy farmaceutycznej, Daniel Lewczuk prezesem firmy w branży executive search       (cokolwiek to znaczy), a Marek Wikiera przedsiębiorcą w branży ochroniarskiej. Ich wyjazdy w ciągu jednego roku wiązały się również z wyrzeczeniami związanymi z pracą zawodową, a jednocześnie dawały niezwykłego kopa ich wyobraźni i modelowały od nowa podejście do pracy zawodowej.

Czytając o zmaganiach śmiałków z Polski docieramy również do dramatycznej historii czwartego uczestnika, którego realizację planów zdobycia wielkiego szlema przerwała śmierć. Marcin Żuk miał być jeszcze jednym bohaterem tego wyczynu, ale ukończył jedynie pierwszy etap. Trochę go brakuje w tej książce, jakby koledzy zapomnieli z kim zaczynali, trochę brakuje nam wyjaśnień i przyznaję, że szukałem na kartach książki szerszej informacji o tym jak koledzy zareagowali na śmiertelną chorobę Marcina. Być może gdzieś tam czai się podskórny wątek, o którym nie chcieli pisać ani mówić – pewnie to ich prawo. Czytelnik zapewne będzie się zastanawiał nerwowo i szukał tej czwartej sylwetki na zdjęciach.

Książka szczęśliwie przetrwała lot do Madrytu i z powrotem – ukończyłem ją tuż przed lądowaniem w Polsce. Pozostawia pewien niedosyt z racji swojej chaotyczności, ale może to wynik relacji, która jest połączeniem trzech „tenorów”, gdzie każdy interpretuje zdarzenia po swojemu. Na końcu ma się wrażenie, że jeśli zechcemy, jesteśmy w stanie również to zrobić – nic bardziej mylnego. Wczytując się w te relacje napotkamy dramaty wytrawnych biegaczy, historie udręki ale i ekstazy, bólu i krwi wylanej na trasie. Biegnie się na własną odpowiedzialność i nic nie uchroni tych słabszych od tragedii. Ludzie podejmują się ekstremalnych wyzwań nie dlatego, że są silni, ale po to, żeby pokonywać własne słabości. Dlatego właśnie historia Daniela jest tutaj sednem, przynajmniej dla mnie. Reszta to codzienność, choć nie dla wszystkich jednakowa.