Tekturowy samolot.

Zawsze z niekłamaną przyjemnością odnajduję Stasiuka w gazetach, w artykułach zamieszczanych czy to w GW czy w Tygodniku Powszechnym i zawsze jest to uczta czytelnicza, takie smakowanie prozy, niezależnie od tego co pisze, choć przyznam się, że najbardziej lubiłem te fragmenty refleksji z podróży, które drukowały Kontynenty, ale już przestały niestety. Stasiuk jest dobry na raz, na jedno tchnienie tej prozy, w której brak nieznośnego napięcia, naprężenia intelektualnego, jakiejś przesadnej chęci udowadniania swojej erudycyjności.

Studio_20170326_150749_resized

Czarne wydaje regularnie swojego sztandarowego autora, a kiedy zmieniło okładkę już czwartego wydania „Tekturowego samolotu”, to dałem się nabrać, bo zdało mi się, że to jakaś nowa kompilacja tekstów, a tu jednak wszystko już dawno było. Książka wydana w 2000 roku, zawiera teksty z lat dziewięćdziesiątych, drukowane w gazetach wymienionych wyżej, oraz w „Tytule” „Kwartalniku Artystycznym” i niemieckim FAZ.  Rozpoczyna się króciutkim wprowadzeniem, które autor kończy zdaniem „Reszta była już tylko kontynuacją”. Jeśli człowiek ma w najodleglejszym dzieciństwie posmak magiczności istnienia, refleks wyobraźni, wykraczającej poza codzienność oraz umiejętność dziwienia się, wówczas jest duża szansa, że narodzi się  w nim artysta. Stasiuk kilka razy opisuje ten stan przełomowej refleksji, iluminację, która go ukształtowała. „W 1882rok u schyłku lata wypuścili mnie z więzienia” – tak zaczyna się kolejne wspomnienie, piętno kupionej przypadkowo książki, nostalgiczny tekst o własnych początkach siebie.

Teksty rozmieszczone są w te sposób, że po krótkim, dostajemy dłuższy a potem znów krótki. Jeśli zmęczą nas długie wywody Stasiuka o religii, orzeźwienie przyniesie refleksja o środkowej Europie, napisana w dniu wstąpienia Polski do NATO. Środek marca w środkowej Europie: potencja bez formy, prąd bez przewodnika, wikt bez opierunku. Jedna stroniczka i trochę o naszej zaściankowości, a jednocześni złudności świata – gdzieś tam zdecydowano o naszym losie, a przecież my jesteśmy tutaj, w tym grajdole i smutku Słowiańszczyzny. Czasem Stasiuk zapędza się w schemat zbyt mętny, przestaje być tym ironistą, obserwatorem naszej miałkości i rozpadu, a staje się filozofem i to mu nie wychodzi, to brnięcie we wnioski i refleksje. Ale niech tam, zaraz za rogiem, za następną kartką ukazuje się błyskotliwy esej o Bukowskim, z tymi celnymi i dowcipnymi uwagami, że Los Angeles to przechrzczony jakiś Ursus albo Pelcowizna, tylko że trwa tam nieustannie lato stulecia, zamiast kiełbaski z rożna są hamburgery, a gra się w baseball zamiast w nogę.

I o czym jeszcze Stasiuk pisze? O dyskursach, o płonącej Ukrainie, o starości i śmierci, o albumach, o Iwoniczu, o makatkach, o sensie świata…  Dwadzieścia lat minęło od powstania tych tekstów, część się zestarzała, część zapowiada „Jadąc do Babadag”, najbardziej charakterystyczny utwór Stasiuka, po którym stał się rozpoznawalny, a w jeszcze innych jest ten Andrzej, który dopiero co wyszedł z więzienia.

Na okładce „Tekturowego samolotu” widzimy Humpreya Bogarta w słynnym prochowcu. Zapewne miał odnosić się do tekstu Stasiuka o Philipe Marlowe, którego Bogart jak wiadomo grał w filmie „Wielki sen” z roku 1946. Ale w takim płaszczu Burberry, Humprey grał w „Casablance” – zresztą syn aktora i Lauren Bacall jakiś czas temu protestował przeciwko wykorzystywaniu wizerunku ojca w tym płaszczu przez firmę Burberry, do reklamowania własnych produktów. A do tego ten  trencz, który jego ojciec nosił na planie filmowym, mógł jedynie przypominać Burberry, a naprawdę pochodzić z kolekcji brytyjskiej marki Aquascutum, której aktor był wiernym klientem.

„Tekturowy samolot” do kupienia w Taniej Książce.

Wracając do Anny Kareniny.

Zapomniałem, że kiedyś jednak czytałem „Annę Kareninę”. Od wielu lat żywiłem przekonanie, że znam jedynie ogólny temat książki Tołstoja, zapewne utrwalony adaptacjami filmowymi, że wiem o zdradzie Anny, jej śmierci oraz o Lewinie, poczciwym stereotypie, który wciąż kojarzy mi się z Piotrem Bezuchowem z „Wojny i pokoju”, podobnie zresztą jak Kitty Szczerbacka ma wiele cech Nataszy Rostowej. Kareninę Lew Tołstoj napisał dziesięć lat po „Wojnie i pokoju” i wydaje mi się, że nie jest tak majestatyczną prozą jak epopeja narodowa Rosjan, która momentami przytłacza swoją monumentalną formą i treścią.

Dwa tomy kupiłem w burzliwych latach osiemdziesiątych, kiedy książki zdobywało się, przemierzając miasto szlakiem księgarń, kiedy zaglądanie do kolejnych i jeszcze bardzo licznych przybytków z książkami, miało w sobie coś z niepewnej fascynacji, że właśnie się trafiło na niespodziewany rzut wydawniczy, kiedy kupowało się szybko i namiętnie, bez zastanawiania się, co było o tyle proste, że literatura nie była relatywnie droga, a książki miały wartość nieporównywalnie większą niż dzisiaj.

20170318_124927_resized

„Anna Karenina” nie była rarytasem – szesnaste wydanie, które posiadam miało nakład powalający na kolana dzisiejszych księgarzy, w drugim rzucie wydrukowana 150 tyś. egzemplarzy, a i to, jak sądzę, rozeszło się błyskawicznie. Lichy papier, marna okładka, rozklejające się kartki, przybrudzone i pożółkłe dziś strony, skazują moją zdobycz na powolną śmierć – w końcu rozpadnie się gdzieś w kącie, złożona na strychu, choć nie mam strychu, a samo słowo „strych”, brzmi jak pozostałość czasów, kiedy czytało się przy lampach naftowych.

Czytanie o romansie Wrońskiego i Anny to wyprawa w inne sfery, powrót do jakiegoś Edenu literackiego, nieporównywalne z niczym do czego przywykliśmy w ostatnich latach, przeżycie zmurszałe w swojej formie, a jednak przypominające jak czkawka czym jest prawdziwa literatura. Urodzeni w XXI wieku mogą już nie posiadać tego haczyka, który pozwoliłby im zagłębić się w świat skonstruowany na innych zasadach, niż współczesne powieści, co związane jest zapewne z zanikiem tego genu „powolnego smakowania”, lubieżnego skupienia się na świecie wykreowanym do ostatniego cala, gdzie historia przedstawiana jest dogłębnie, a opis stanowi mistrzowskie dopełnienie akcji. To tak jak filmy Antonioniego nie będą atrakcją dla miłośników współczesnych ekranizacji Sherlocka Holmesa.

To literatura niuansów, smaczków, namiętności oddanych do samego końca, opisanych tak szczegółowo i sugestywnie, że nie mamy wątpliwości wyobrażając sobie żałosną Dolly Obłońską zdradzaną przez lekkoducha Stiwę z guwernantką, czy też uczucia Kitty do Wrońskiego, odrzucającą oświadczyny Lewina.

A co z ocenami moralnymi postępków Anny, zachowania Karenina czy szlachetności Wrońskiego, którego nie lubimy od początku, pomimo tego, że zachowuje się po rycersku i uczciwie, a jednak jest przyczyną nieszczęść, choć wszyscy gotowi są obwiniać Annę za ten los, który od samego początku skazany był na tragedię? W dzisiejszych czasach romans mężatki z przystojnym oficerem, mógłby zakończyć się po prostu krótkotrwałym zawirowaniem uczuciowym, a potem wszyscy zajęliby się własnym życiem i nawet po rozstaniu z kochankiem, Anna nie musiałaby się zabijać.

Siła uczuć i namiętności przerasta tu nasze wyobrażenia, elita rosyjska żyje w jakimś kokonie złożonym z zasad i rytuałów – oglądamy ten świat, gdzie szlachetność jest wyolbrzymiona, podobnie jak łajdactwo u Dostojewskiego; porównując prozę Tołstoja z dziełami autora „Zbrodni i kary”, widać identyczny rys tej absurdalnej wzniosłości, tego zachowania na granicy możliwości, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie można się posunąć aż tak daleko w swoich uczuciach.

Tołstoj tradycyjnie idealizuje życie na wsi, opisuje nam ze szczegółami uroki polowania czy smażenia konfitur, potrafi również mimochodem opisać konflikt stolarza, budującego schody, z Lewinem, który objaśnia fachowcowi, jak powinien te schody wykonać. A więc proza totalna, powstająca zapewne w długich ciągach pisarskich, kiedy to Lew siadał i pisał, jak przypuszczam z ogromną łatwością, a jednak jak się to ma do dzisiejszych „laptopowych” pisarzy i czy Remigiusz Mróz, wrzucony na rosyjską wieś, pisałby równie dużo jak dziś?

Skupiam się więc nad „Anną Kareniną”, odganiając czasem myśli o przerwaniu lektury, ale ponieważ akurat nie mam nic interesującego do czytania, trwam w tym błogostanie literackim, tylko czasem prześlizgując się nad zbyt nudnymi fragmentami, zazwyczaj związanymi z polityką. Czytanie Tołstoja ma działanie terapeutyczne, gdyż nie pozwala zapomnieć, że istnieje  literatura klasyczna, że właściwie powinienem zarzucić czytanie błahe i niepotrzebne, bo to jest jednak strata czasu, że wystarczy to, co mam na półkach, a do czego nie wracałem przez lata, co już zapomniane choć przecież kiedyś tak ważne. A może to już starość, która odrzuca współczesność i każe wracać do przeszłości, gdzie zawsze jest lepiej i bezpieczniej? Bo na pewno mądrzej.

Sensacyjny „Podróżnik” Pavone

Przyznaję, że dawno nie wciągnąłem się w tak niecierpliwe czytanie  książki, jak w przypadku „Podróżnika” Chrisa Pavone.  Początek w ogóle mnie nie uwiódł, zastanawiałem się jak poradzić sobie z ponad sześciuset stronami, zaliczyć pozycję, bo przecież zdecydowałem się na egzemplarz recenzencki, więc trzeba będzie coś o książce napisać.  Nie jestem fanem książek sensacyjnych, szpiegowskich, z agentami wywiadu w rolach głównych – zdecydowanie wolę ekranizacje powieści Le Carre, jak choćby „Bardzo poszukiwanego człowieka” z Philip Seymour Hoffmanem,  Grishama przeczytałem tylko „Testament”, prawie w całości w samolocie na Kindlu, Clancy jest mi kompletnie nie znany, Ludluma kiedyś czytałem, ale wolę Bourne’a na ekranie.

Tak więc zniechęcony pierwszymi stronami poznaję Willa Rhodesa, dziennikarza magazynu  Travelers – najpierw dostajemy gwałtowny opis nieprzyjemności, które spotykają Willa, a następnie cofamy się o kilka tygodni, żeby poznać lepiej przyczyny, które zwaliły bohatera z nóg, za sprawą pięknej Elle. Wkurzający zabieg, coraz częściej wykorzystywany również w kryminałach, który ma zachęcić czytelnika do lektury, zwracając uwagę na to, że w książce będzie się dużo działo.

Podroznik_okladka

Bardzo powoli akcja zaczyna wciągać niczego nie spodziewającego się czytelnika – miałem wrażenie, że zaraz książkę odłożę, ale spędziłem z nią piątkowy wieczór, pół soboty i jeszcze chciałem przyjemność rozłożyć na niedzielę, ale starczyło tylko na wczesny poranek. Otóż Will pracując w swojej gazecie, nie przypuszcza, że gazeta może być jedynie przykrywką, dla rzeczy o wiele bardziej istotnych, a przewożone przez dziennikarzy przesyłki, w dobie elektronicznej poczty, powinny dziwić każdego myślącego trzeźwo pracownika. Ale Will ma inne sprawy na głowie, zrujnowany dom do remontu oraz piękną żonę, z którą przechodzi mały kryzys.

Sensacyjna akcja, gdzie do końca nie wiadomo kto jest kim i dla kogo pracuje, choć średnio inteligentny czytelnik domyśli się tego pod koniec samodzielnie, więc ta dynamiczna akcja, tocząca się w różnych częściach świata, może być też pretekstem dla ukazania skomplikowanej materii uczuć bohatera do żony, jego heroicznej walki, żeby jej nie zdradzić, a potem żeby ją odzyskać. Ten poziom zażyłości między bliskimi, kiedy pomimo wyjazdów i pracy kontaktują się ze sobą codziennie, jest do pozazdroszczenia, bo przecież bliskość to pamięć w każdej godzinie życia o kimś, kogo się kocha. Will dzwoni do żony nawet kiedy ucieka ryzykując, że zostanie zdemaskowany.

Will wplątany w intrygę, radzi sobie zupełnie nieźle, nie zdając sobie sprawy, komu tak naprawdę służy. Jednocześnie poznajemy mechanizmy inwigilacji, którymi dysponują współczesne służby oraz sztuczki i wybiegi, dzięki którym funkcjonują agenci, szpiedzy, najemnicy. To świat istniejący poza naszymi wyobrażeniami, a zastępy ślęczących przed monitorami szeregowych pracowników w służbie inwigilacji, mogą przyprawić o zawrót głowy.

W tej książce nie można się zagubić, postaci nigdy się nie pomylą, nie zapomnimy nazwisk, nie będziemy się zastanawiać jakimi pobudkami kierują się piękna Australijka, przełożony Willa, pracownicy paryskiego biura Travelers, czy tajemniczy biznesmen, pragnący wykupić gazetę. Wszystko musi skończyć się dobrze, nawet jeśli mamy wątpliwości, czy żona bohatera, postępuje etycznie, a kochanka Willa nie ma wyrzutów sumienia, realizując zlecenie za niemałe pieniądze, kosztem życia postronnych osób.

Pavone jest autorem głośnego debiutu, który u nas ukazał się pod tytułem „Kobieta, której nikt nie znał”, oraz bestsellerowej powieści „Wypadek” wydanej w 2015 roku. Na intrygującej okładce znajduje się również zachęta Lee Childa do przeczytania „Podróżnika” – a kto to jest Lee Child? Miłośnicy talentu Toma Cruise’a będą wiedzieć najlepiej zwłaszcza jeśli oglądali przygody Jacka Reachera.

Do Pavone na pewno wrócę – to doskonała odtrutka na uciążliwe trasy autobusowe, kolejowe czy lotnicze, to wypełniacz chwil straconych, recepta na długie oczekiwanie, na nudę lotnisk i bezwład hotelowych wieczorów. Na moim Kindlu na pewno wkrótce zagoszczą dwie poprzednie książki autora, który potrafił w jeden weekend zaserwować mi sześćset stron lektury.

Portret młodej wenecjanki.

Od długiego czasu w Pilchu siedzę, w jego głowie, w jego życiu, w jego literaturze i wydaje mi się, że go znam na wylot, stąd najnowsza powieść ani mnie nie zaskoczyła, ani nie rozczarowała.

Dwie biografie Jerzego Pilcha, Kubisiowskiej i Pietrowiak, wypełniły mi ubiegły rok, natomiast od stycznia zmagałem się z wczesnym Pilchem, bo wreszcie postanowiłem zmierzyć się z tym wszystkim, co wywindowało Pilcha tam, gdzie do dziś i do śmierci będzie tkwił. Bo kto dziś Pilchowi podskoczy – jeśli znacie jakieś nazwiska skuteczne, to proszę o uzasadnienie.

Pilchowi choćby się przydarzył  gniot, to będzie to gniot napisany według jego doskonale rozpoznawalnej maniery, która przeszła już do klasyki i ma swoją tradycję oraz wyznawców. Gruby tom „Indyka beltsville”, gdzie kompletnie niestrawne „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” przekartkowałem, natomiast debiutancko zachwyciłem się zarówno „Bezpowrotnie utraconą leworęcznością” jak i „Moim pierwszym samobójstwem”, przykuł mnie do charakteru Jerzego Pilcha na tyle trwale, że nawet niezrozumiały oraz bełkotliwy początek „Portretu młodej wenecjanki  nie zniechęcił mnie do ciągu dalszego.

Bo cóż mamy na początku – wszak to ma być historia miłosna, próba opisania romansu, do tego historia miłości nieszczęśliwej, opis rozczarowania, zmagań, erotycznych wygibasów – a tu jakieś dywagacje, zasygnalizowany początek, identyfikacja obiektu, a dalej bełkotliwe wynurzenia starca o depresji a nawet, o zgrozo, wpięty niczym lisia kita w wazon z kwiatami, utwór Atiny Milić, czyli kobiety z krwi i kości, o której książka traktuje, a której prozę mamy podziwiać. Żarcik? Wypełniacz? Kto jest autorem? Czy autorka musi się zgodzić na tę publikację, a jeśli nie jest autorką, to czy można się wysługiwać jej nazwiskiem?

Brniemy dalej co chwila potykając się o perełki, Pilchowe zdania najwyższej próby, choć bez tej frazy słynnej, a jednak takie, jakich oczekujemy, gdzie te wiślańskie słowa, odnajdywane u innych, wskazują na wspólne pochodzenie, że wspomnę tu o takich cudeńkach jak „fest” czy „wyro”, nie zapominając o  „nachtkastliku”.

Studio_20170212_141045_resized

Atina Milić, czyli Pralina Pralinowicz zdała dokładną relację Kubisiowskiej ze zmagań miłosnych z Jerzym, opisała ten uroczy początek przy podpisywaniu książek, a bezlitośnie wskazała na udrękę pijackich ekscesów pisarza, choć nie ominęła również chwil przyjemnych. Pilch stworzył z tej historii literaturę, po swojemu, wypełniając prozą niedomówienia i dając przy okazji kilka wykładów na temat sztuki, literatury, samobójstw, depresji i co najbardziej mnie pociąga, porannych nabożeństw porządkowania biblioteki. Te wypełniacze, oddalające się od właściwej historii, przypominają zabieg przerobienia autentycznego portretu Durera, którego Wenecjanka trafiła na okładkę książki, ale z dodanym i powiększonym biustem, w kształcie karcianego karo.

Jak by nie patrzeć, to książka miłosna, opowieść o niespełnionej, bo i niemożliwej miłości, to książka z rozterkami, ale i wspomnieniami, zanurzona w prawdzie, ale przecież będąca literacką fikcją, to tragiczne wyznanie człowieka, którego dylematy znamy, czy lepiej być samemu, czy też żyć z kimś (to jak Kiierkegaardowski dylemat: „Ożeń się, będziesz tego żałował; nie żeń się, będziesz tego także żałował; żeń się lub nie żeń, będziesz i tego, i tego żałował, albo się ożenisz, albo nie ożenisz, będziesz żałował tego i tego.”)

Portret młodej wenecjanki” to także bliska mi zawsze aura krakowskich ulic, a zaplątanie Krakowa w historie miłosne zawsze będzie się odnajdywało gdzieś w mojej wrażliwości, choćby to były jedynie wspomnienia z czasów, kiedy spacerowaliśmy ulicą Szpitalną i nic nie zapowiadało, że zamknie się ten punkt napraw wiecznych piór Mariana Grega, podobnie jak i nasza perspektywa.

Pilch rzecz jasna posiada ten dar ironicznego obserwatora, który tak naprawdę widzi siebie i przez siebie świat komentuje, z tym inteligentnym, a jednocześnie czułym spojrzeniem, więc jeśli patrzy na kochanków, patrzy na siebie jak na kochanka już zblazowanego i podstarzałego lowelasa, który ma obok siebie kobietę o trzydzieści lat młodszą, a do tego nieziemsko piękną, więc w takiej to sytuacji uwięziony kochanek, któremu już młodość się wymknęła i martwić się musi o spojrzenia zawistnych dwudziestolatków, którzy ten układ „starca” z boginią oceniają, więc ten tragizm niemożliwego kłóci się z pożądaniem, a na panicznie wymawiane wyznania, że kocham, wymyśla cudowne reakcje, z których obiecuję wykorzystać kilka, z moimi ulubionymi: „sam nie wierzysz w to co mówisz” oraz „No to coś z tym zrób… Ja wszystkiemu nie dam rady”.

Książka ma XXVI rozdziałów, ale nie ma spisu treści; każdy rozdział posiada tytuł, a ostatni jest niezrozumiały. Kończy się zdaniem: „Budzisz się i jak za życia z niebywałą lekkością prowadzisz piłkę między grobami”. Jest rozdział o samobójstwie i dlaczego hak zdominował desperatów porywających się na własne życie, jest o dwóch tajemniczych dziewczynach siedzących przy oknie kawiarni na Sławkowskiej, jest ten Kraków opisywany z nostalgią: „jest parę ulic w Krakowie, na których panują wieczne, choć odmienne pogody – Grodzka to jest ulica ulewnego deszczu, Bracka zimnego świtu, Sławkowska – ciemnego śniegu, Piłsudskiego  – upału.”

Żal jest mi rozstawać się z Pilchem, ale czy nie potrzebuję choć chwili oddechu? Zastanawianie się, czy pisarza stać jeszcze na coś niebywałego wydaje mi się nie na miejscu i przesycone jest buńczuczną swadą domorosłych krytyków. Oczywiście że stać, tylko nie każdemu się chce. Na kolejnego Pilcha przyjdzie pewnie długo poczekać, choć  kto wie? Tymczasem Pilchowe zmagania z wenecjanką można potraktować jak przypowieść z wieloma cytatami, odniesieniami i przypomnieniami, broń boże nie z radami, ale za to z przestrogami, bo jak bohater Pilcha można sobie zanucić: „Kiedy uzyskała (być może kłopotliwy dla niej) tytuł kobiety mojego życia? Szczerze powiem – nie wiem. Nie odnotowałem w pamięci wyrazistego momentu, po którym nastąpiłaby zmiana tytulatury. Nie miała, nie miała i nagle miała. Nagle miała tak jakby od urodzenia miała. Albo powiem wprost: jak tylko ją zobaczyłem – wiedziałem. Wiedziałem, że będą komplikacje.”

„Portret młodej wenecjanki” do kupienia w Taniej Książce.

Belle epoque czyli „Najdłuższa noc”.

Zaplanowałem sobie odczekać z pisaniem o tej książce do czasu obejrzenia pierwszego odcinka serialu z Pawłem Małaszyńskim, ale już teraz widzę, że książka z serialem ma mniej punktów wspólnych, niż się spodziewałem, stąd niecierpliwość, żeby sprawę opisywania książki Bukowskiego i Dancewicza szybko załatwić.

Wrażenia z lektury mam mieszane i nie ukrywam, że duże fragmenty, zwłaszcza z pierwszych partii książki przepuszczałem mimochodem, nie wdając się w opisy „przygód” Jana Edigeya-Koryckiego, które toczyły się poza Krakowem.  Czegoś brakowało w tych opisach, jakoś mnie to nie wciągnęło, bardziej zniecierpliwiło, że miała być intryga kryminalna, a są jakieś egotyczne peregrynacje. W międzyczasie poznajemy historię Jana, którego w serialu zagra Małaszyński, nieszczęśliwą miłość do Konstancji (Magdalena Cielecka), jak się dowiadujemy nawet skonsumowaną, potem odrzucenie, pojedynek, który ponoć dużo zaważył na losach miłosnych pary, ale to ma się wyjaśniać w serialu, wyjazd Jana, a potem powrót do Krakowa, na wieść o śmierci matki. Te dramatyczne przełomy w książce są ledwo zaznaczone, a fakt, że matka została zamordowana determinuje postępowanie bohatera.

16105967_1419382041436924_7163047168572856967_n

Konstancja także zmartwychwstaje na kartach powieści, ale jest tutaj postacią naprawdę bardzo marginalną – jej obecność sprowadza się do opisu miłości, potem wyjazdu i pojawienia się gwałtownego w nowej roli – zapewne w serialu rola Cieleckiej zostanie bardziej wyeksponowana.

Eryk Lubos zagra tym razem nie kochanka, ale patologa, który próbuje wprowadzać nowe standardy w kryminalistyce, przyjaciela Jana, brata Weroniki, do której to postaci odnosi się tytuł książki, związany z najdłuższą nocą roku i żywotami świętych. Skomplikowane to jest jedynie z pozoru, bo seria morderstw, których ofiarą padają kobiety, umocowana jest właśnie w jakimś religijnym szaleństwie, opartym na wymyślonym kodzie fanatyka.

W serialu będzie prawdopodobnie więcej niewyjaśnionych zagadek, ponieważ nasz Jan zostanie zatrudniony w policji, a czytając o jego niezwykłych umiejętnościach, waleczności i sprycie, dostajemy herosa w cylindrze, gotowego ścigać zwyrodnialców i rozkochiwać w sobie nie tylko miejscowe kurtyzany.

Książka ma być wprowadzeniem do serialu, a właściwie podprowadzeniem – napisana została przez aktora i historyka, na zamówienie twórców serialu, na podstawie scenariuszów poszczególnych odcinków.  Dostajemy rzecz jasna trochę ciekawostek z życia Krakowa w pierwszych latach XX wieku, dowiadujemy się jak wyglądało zapalanie gazowych latarni na Plantach, ale główną osią zdaje się być tutaj przechodzenie od zmurszałych metod pracy policji, których symbolem jest komisarz Rudolf Jelinek, którego w serialu zagra obdarzony wielkimi bokobrodami Olaf Lubaszenko, do nowoczesnych sposobów wykrywania zbrodniarzy, opartych na najnowszych zdobyczach naukowych.

A co do samej książki, to jest to taki awanturniczy epizod w życiu bohatera, opisany chaotycznie, do szybkiego przeczytania – być może jako wprowadzenie do serialu zdaje egzamin, pozwala widzom na łatwe wejście w historię. I tylko tyle – ciągu dalszego nie będzie.

Książka o czytaniu.

Zawsze byłem nieufny wobec książek o książkach, książek o czytaniu albo książek o bibliotekach i ich porządkowaniu. Ale jednocześnie takimi książkami jestem perwersyjnie zafascynowany i przezwyciężając swoją nieufność, będąc w księgarniach, oczywiście przypadkowo, bo teraz się księgarni nie odwiedza, no chyba, że z nudów, albo żeby sobie poprawić humor, więc będąc mimochodem w księgarni, tego typu literackie wynurzenia przeglądam, a nawet czytam zachłannie pierwsze stronice. Po takiej przypadkowej lekturze jestem rozczarowany, bo wydaje mi się, że nic odkrywczego tam się nie znajduje, a wszystkie zagadnienia są mi doskonale znane, doświadczenia jednakie nie wymagają skomentowania, powtarzalność przeżyć mnie nudzi.

Książkę o czytaniu” Sobolewskiej jednakowoż kupiłem w jakimś odruchu straceńczym, w porywie uderzeniowym, w stuporze nawet bym powiedział i przez pomyłkę, bo w pakiecie ją nabyłem z inną książką, w wysyłkowej księgarni internetowej, bo tak się obecnie książki kupuje, co zubaża nasze życie o jakiś niezidentyfikowany bezmiar radości i przyjemności.

Studio_20170204_150054_resized

Czytanie Sobolewskiej to nieustanna konfrontacja własnych nawyków i rytuałów z innymi pasjonatami i maniakami czytania. Sobolewska kompiluje przykłady przeróżnych zachowań ludzkich, związanych z czytaniem, a ja mogę jedynie przytaknąć, że też tak czynię lub unieść w zdziwieniu brwi. Rozdziały są krótki i treściwe, zazwyczaj oparte na cytatach z innych pozycji na dany temat, wyszperane czasem i dosyć przypadkowo zestawione – ma się wrażenie, że można było tu zrobić więcej. Czytając rozdział o układaniu książek wiem o co chodzi z miejsca, powiem więcej, od razu przypomina mi się Pilcha tekst „Niewysuszona cnota porządku” z tomu „Bezpowrotna utracona leworęczność” – kto czytał wie o co chodzi – to jest dopiero mistrzowska operacja intelektualna.

W ogóle pisanie o książkach i czytaniu, przypomina opisywanie jakiejś okropnie śmiesznej farsy, wszystko tu zdaje się być marginalnie niepoważne, ale może to tylko moje wrażenie, wynikające stąd, że książki jako przedmioty zdają mi się rzeczami nad wyraz beztroskimi i uroczymi w samej swojej istocie. Rozdział o czytaniu w toalecie nie robi na mnie wrażenia, jako że czytam tak od zawsze, jedynie nie składuję lektur w WC, tylko je tam donoszę.

Ta książka jest rozszerzeniem pozycji wydanej przez Sobolewską w 2012 roku, pod tym samym tytułem – obecnie nie można znaleźć w stopkach redakcyjnych, zawsze fascynujących mnie informacji, które akurat wydanie trzymam w ręku (tak mało brakowało, abym się nabrał na wydane właśnie wznowienie „Dziennika pisanego później” Stasiuka, w nowej szacie graficznej”) lub napomknień o nakładzie – autorka umieściła w nowej odsłonie książki dodatkowe rozdziały. I co my tam znajdziemy? Czytanie w więzieniu mnie mało obchodzi, o ciarkach na grzbiecie wiem raczej w odniesieniu do muzyki, o jedzeniu książek to raczej ciekawostki i dziwadła. Książki nieprzeczytane to frapujący temat, filozoficzny dylemat i dobrze się utwierdzić w przekonaniu, że inni też mają te stosy odłożone na potem.

Książka Sobolewskiej odsłoniła we mnie kilka historii, zapomnianych już mocno, albo w czeluściach leżących, do niczego nie przydatnych, do opowiedzenia na pewno, ale to trzeba mieć komu opowiadać, leżąc w pościeli z papierosem, albo przed samym snem,  na pograniczu, kiedy domagasz się, żebym coś mówił, żebym mówił cokolwiek, więc takie historie nadają się ku temu doskonale. Autorka pisze o zakładce perfumowanej w książce i ja sobie przypominam egzemplarz „Matki” Gorkiego, na który moja szesnastoletnia miłość wylała przez przypadek perfumy Gazela, o duszącym zapachu orientu, zanim mi ją pożyczyła. Wyobrażacie sobie czym takie czytanie nieszczęsnej „Matki” da mnie było…

Albo taka niesamowita historia z „Listami do syna” Witkiewicza, których egzemplarz przetrzymywałem namiętnie wypożyczony z biblioteki, aż w końcu w odruchu szaleństwa, powyrywałem z niego kilka fotografii adresata, którego lata całe wielbiłem, i zdjęcia te towarzyszyły mi na co dzień, przyszpilone do makatki słomianej nad łóżkiem. A kiedy wybuchła wolność i ta rynkowa także, na allegro znalazłem ten tom listów, który zawsze chciałem mieć i za jakieś nawet marne pieniądze nabyłem „Listy do syna”, to ze zdziwieniem stwierdziłem, że egzemplarz ten nie posiada zdjęć Witkacego i to dokładnie tych, które sam usunąłem – powiem więcej, to był ten sam egzemplarz z mojej młodości. Ta historia ma jeszcze swój ciąg dalszy, ponieważ w przypływie szaleństwa, parę lat później, zakupiłem kolejny tom „Listów do syna” zapominając, że mam już jeden, choć wybrakowany.

Książka o czytaniu” poruszy nieznane struny w zajadłym czytelniku, będzie przyjemnością powierzchowną, ale za to jakże smaczną. To zestawienie miłe podniebieniu, lekko chaotyczne, zwłaszcza w oddzieleniu cytatów od myśli autorki, bo czasem nie wiem kto mi tu opowiada. Poza tym to taka fajna odskocznia z ciekawostkami, świadcząca o tym, że książki są przedmiotami, które niektórzy zbierają namiętnie, a pod koniec życia zastanawiają się, co się z nimi stanie po ich śmierci i gdzie trafi ten ulubiony egzemplarz „Listów do Felicji” Kafki.

Houellebecqa interwencje.

„Interwencje2″ otrzymaliśmy na fali popularności w Polsce Michela Houellebecqa,  natomiast minęło już 7 lat od ich wydania francuskiego, nie mówiąc już o tym, że nie było nigdy w sprzedaży Interwencji z numerem pierwszym, wydanych we Francji w roku 1998, kiedy to autor znany był raczej dzięki tomikom poezji – u nas zresztą również nie do kupienia.

Poezja Michela Houellebecqa wydaje mi się zdecydowanie ciekawsza, przynajmniej w marzeniach, od tego chaotycznego zbioru, gdzie znajdziemy recenzje, felietony, eseje, zwierzenia a nawet odpowiedź na ankietę o pedofilii. Denerwujące zestawienie, przypadkowe, a jednak jakże czasami fascynujące w swojej erudycyjnej wymowie – pal licho przekaz, zapomnij o postaciach z francuskiego kontekstu, o nazwiskach, które nigdy nic nam nie mówią i nie będą mówiły, skup się na frazie, na ironii, na myśli i przesłaniu. Tutaj Michel Houellebecq jest niezrównanym i jakże błyskotliwym komentatorem. Niebywale inteligentny i ironicznie celny, zdobywa nas bezustannie i wciąga w swój świat, aż chce się ulegać jego spostrzeżeniom i refleksjom.

Studio_20170129_164341_resized

Jak we wstępie napisał autor, najoczywistszym punktem wspólnym zebranych tu tekstów jest fakt, że poproszono go, żeby je napisał, albo, dodaje, żeby napisał cokolwiek. Obawiam się, że obecnie może sobie pozwolić na odmawianie takim prośbom, stąd nie możemy się delektować jego śmiałymi poglądami, na przykład na temat religii, filmu czy rozwiązłości seksualnej.

Najciekawszym wydaje się esej zatytułowany „Kilka uwag o zamęcie”, gdzie autora dosyć mocno poniosło, a jednocześnie gdzie nie widać pośpiechu w wyrażaniu własnego zdania. Lubię wyszukiwać w tych tekstach smakowite zwroty, literackie skarby, tupet i arogancję, smak talentu. „Literatura godzi się na wszystko, przystosowuje się do wszystkiego, grzebie w odpadach, wylizuje rany nieszczęścia”. Ten fragment o ustawieniu się  wobec świata na pozycji estetycznej, o zrobieniu tego kroku w bok, a właściwie o zatrzymaniu się, zaprzestaniu uczestnictwa, zawieszeniu wszelkiej działalności umysłowej, to taki niepokojący przepis na nasze życie, które oddajemy na pastwę nicości, gdzie informacja stoi w opozycji do znaczenia.

Znajdziemy tu także teksty wybitnie ironiczne, jak ten o zabawie, której człowiek zachodu stał się zakładnikiem. „Wystarczy zaplanować zabawę, żeby mieć pewność, że człowiek się śmiertelnie wynudzi” – dostajemy to dosadne przesłanie i zaraz potem kilka rad, jak utrzymując swój dobry wizerunek, nie pozostać samotnym na imprezie, w stanie rozpaczliwej nudy, z przeświadczeniem, że inni się doskonale bawią.  A potem to podsumowanie: „wraz z wiekiem mija poczucie obowiązku zabawy, a zwiększa się potrzeba samotności. Prawdziwe życie bierze górę”.

„Interwencje 2” nie dorównują rzecz jasna rewelacyjnej korespondencji Houellebecqa z Bernardem Henri-Lévym, gdzie poznajemy Michela od wielu stron, gdzie odsłania się chyba bardziej niż w swoich doskonale sprzedających się książkach, ale pokazują bezkompromisową odwagę w wyrażaniu sądów o wszystkim i o wszystkich, nie szczędząc słów i epitetów –  w eseju „Przekroje glebowe” rozprawia się z sztandarową postacią francuskiej literackiej nowej fali, Alainem Robbe-Grilletem nazywając jego prozę po prostu nudną, informuje nas w tytule, że „Jacques Prevert to dupek”, a poza tym mnóstwo w jego wypowiedziach słów typu: „odrażający”, „głupi”, „idiotyczny”, albo „wymioty”, lub łagodniej „imbecyl”.

To straszne zdjęcie, prowokacyjnie umieszczone na polskiej okładce „Interwencji 2” pokazuje, co Michel Houellebecq zrobił ze swoim wizerunkiem w ostatnich latach, jakby jego wygląd zewnętrzny, miał prowokować antagonistów do ataków na tego miłego w gruncie rzeczy i łagodnego człowieka, o poglądach, z którymi w większości się zgadzamy. A dla tych, których odrzuca wysiłek myślowy, konieczny do oddania się lekturze tej książki, proponuję rewelacyjną komedię, z polskim wątkiem, pod tytułem „Porwanie Michela Houellebecqa”. Po obejrzeniu tego filmu, łatwiej przyjdzie nam skusić się do zakupu kolejnej, po doskonałej „Uległości”, książki, nałogowo palącego autora „Cząstek elementarnych”.  Niestety, nie mam pojęcia, kiedy to się wydarzy.

Książka „Interwencje 2″ do kupienia w Taniej Książce.

„Czarna trasa” Antonio Manzini

Rocco Schavione ma wszelkie zadatki na to, żeby zdobyć serca czytelników, choć niektórzy oburzą się na jego chamskie odzywki, snobizm, bezczelność, nałogi i lewe interesy. Pierwszy kryminał z Rocco ukaże się u nas 22 lutego i na szczęście jest też pierwszym z serii, więc nie ma niebezpieczeństwa, że kolejne książki będą pojawiały się w „wymieszanej” kolejności, jak to się dzieje na przykład z Horstem.

A więc Rocco jest skurwysynem, niewątpliwym, chamowatym gburem, któremu nawet nie chce się zmienić swoich ulubionych butów, wybierając się w góry, żeby obejrzeć trupa zmasakrowanego przez pług śnieżny.  Na złość wszystkim, w przemoczonych butach, zmarznięty i wściekły, musi się zmierzyć z wiejskimi ignorantami pracującymi w policji, upokorzyć ich i wyśmiać a następnie finezyjnie, ku uciesze swojego nowego szefa oraz prokuratora, rozwiązać błyskawicznie zagadkę morderstwa. Rocco pali skręty oraz dorabia na lewo kradnąc nielegalny towar bandytom,  a trafiając „za karę” do górskiej wioski, wyrzucony z Rzymu, gdzie wiódł wygodne życie, stara się zmierzyć z traumą, o której w tym tomie za dużo się nie dowiemy. Pisane kursywą kawałki z jego żoną Mariną w roli głównej, mają za zadanie uwieść czytelnika, ale co bystrzejsi domyślą się w czym rzecz, co uzasadni obecność w życiu Rocca dojrzałej kochanki oraz szowinistyczne klasyfikowanie kobiet, kręcących się wokół niego.

Czarna_trasa_okladka

Zagadka kryminalna jest średnio skomplikowana, a krąg podejrzanych wąski, wiec czytelnik z łatwością namierzy winnego, choć sposób dedukcji komisarza może budzić podziw. Zresztą nie przeceniajmy jego inteligencji – celuje głównie w chamskich odzywkach i epatuje terrorem psychicznym, ale  jest zdecydowany i myśli logicznie, zwracając uwagę na drobiazgi: w tym przypadku do sedna doprowadzą go papierosy oraz rękawiczki.

Śmiejemy się z upokarzanych wiejskich policjantów, ale jednocześnie staramy się polubić Rocca, miłośnika skrętów i dobrych ciuchów, który prawdziwe życie zostawił w Rzymie, a marzenia o życiu w Prowansji chce zrealizować przy pomocy nielegalnych przekrętów. Jednocześnie w tym cynicznym snobie drzemie jakiś imperatyw przyzwoitości, a walka z przestępcami jest dla niego męką, ponieważ przez to jest cały unurzany w błocie i smrodzie ludzkich namiętności i grzechów.

Manzini to także autor licznych scenariuszy filmowych oraz aktor. Porównywalny we Włoszech  do takich tuzów jak Camillieri czy Donna Leon, pisze szybko i od wydanej w 2013 roku „Czarnej trasy”, wyprodukował już pięć odcinków przygód Rocca, które miejmy nadzieję szybko trafią na nasze półki.

Ten kryminał uwodzi również stylem. Nie atakuje nas opisami przyrody, tylko zwięźle informuje, przemycając oczywiście między słowami zgryźliwe uwagi na temat wyglądu postaci oraz stanów pogody – a zgryźliwość jest rzec jasna atutem głównego bohatera. Gdzieś w głębi dostrzegamy jednak pulsujące problemy współczesnego świata, bo te włoskie średnio nas obchodzą – już w 2013 roku Manzini zahaczył o problem uchodźców, a sceny z kontrabandą Syngalezów, wskazują na to, że w następnych powieściach autor zaserwuje  nam jeszcze więcej nawiązań do aktualnych spraw.

Przygoda z kryminałem Manziniego trwała krótko, ponieważ ciężko się od niego oderwać, a to przecież jedynie 285 stron. Sugeruję wydawnictwu Muza kuć żelazo póki gorące i szybko przełożyć pozostałe kryminały z Rocco, choćby po to, żeby wreszcie wyjaśnić tajemnicę związaną z jego żoną Mariną. Bo jak konstatuje Rocco: przeszłość to zmarły, którego zwłoki ciągle cię nawiedzają, a jeśli przestaną przychodzić to znaczy, że do niej dołączyłeś.

Zagroda zębów.

Odyseusz, bohater Homera, sprawca klęski Troi, mąż Penelopy i ojciec Telemacha, to postać z greckich mitów. Wit Szostak napisał wariacje na temat mitu Odysa, a do tego zatytułował je lekko perwersyjnie: „Zagroda zębów”, wywołując niepokój w czytelniku, sięgającym nieświadomie po książkę, mającym w pamięci wcześniejsze dokonania autora. Ja byłem w tej komfortowej sytuacji, że żadnej książki Szostaka nie czytałem, nie będąc miłośnikiem gatunku, który pisarz uprawia – oczywiście nazwisko było mi znane, postać i wygląd tudzież, szata graficzna wydanych pozycji nie była mi obca.

A ta „Zagroda zębów” co rusz mi się rzucała w oczy, a to w recenzjach czytanych, a to w migotliwych refleksach rzucanych w literackim świecie mediów – rzucała się niepokojąco pozytywnymi opiniami, wyważonymi krytykami, wielopiętrowymi recenzjami, których nie potrafiłem doczytać do końca – jakaś fama szła za Szostakiem, aura niby to tajemnicza, ale przecie jaka tajemnicza, jak autor obraca się w infantylnym science – fiction, rojąc jakieś historie, których za bardzo czytać ochoty nie miałem.

Tymczasem wydawnictwo Powergraph zapytało mnie, czy bym nie zechciał przeczytać „Zagrodę zębów”, a ja otumaniony tym wszystkim, o czym pisałem powyżej, zgodziłem się nieświadomy na co się porywam. „Zagroda zębów” jest wyzwaniem literackim, zabawą słowną, spójną i zwięzłą, oszczędną i wymagającą uwagi. Złapiesz tę niewielką książeczkę i w tempie sprinterskim jesteś w stanie ją pochłonąć w godzinę. Nie polecam tej metody czytania – w tym przypadku smakowanie roztropne, powolność, rozwaga, spokojna kontemplacja dadzą wymagany efekt końcowy. Po przeczytaniu pierwszym, tym bardziej chaotycznym, wróciłem jeszcze raz do „Zagrody zębów”, i odnalazłem  właściwy rytm, który pozwala docenić pracę autora.

Studio_20170118_221525_resized

Na końcu, w Epilogu, pojawia się postać ojca, który Odysa wtłoczył w umysł autora, zaintrygował mitem, był siłą sprawczą tej książki. Ojciec widział Odysa w barze w Prokocimiu, w górach, w pociągu z Krakowa do Łodzi, odwiedzał jego bezimienny grób na starym cmentarzu. Mit stale obecny w życiu ojca, odnajdywany w codzienności, fascynujący albo przydający niecodzienności w trudzie dnia powszedniego.

W Prologu autor uprzedza: nie śpiewaj Odysa, bo ten wyśpiewany, wszystko zostało powiedziane – ale – są też inne możliwości. I właśnie nad tymi możliwościami zastanawia się Wit Szostak. Ale czy o możliwości chodzi, czy taki był autora zamysł? Traktuję „Zagrodę zębów” bardziej jako zabawę literacką, alternatywne wersje losów Odysa są jedynie pretekstem do finezji, do pokazania kunsztu prozatorskiego, zastąpienie rozległego gestu, zwięzłością dopieszczoną do granic możliwości.

Czyta się to wszystko niczym psalmy, zdania powtarzają pierwsze motywy, czasem dosłownie, czasem lekko skrzywione. Wywlekanie wariantów, domyślanie zmyśleń, chodzenie po śladach, znajdowanie błędów mitów, błądzenie, wierzenie, podążanie, pielenie mitów. To określenia autora, który każe nam się wczytać w rytm zdań, dać ponieść czystej zabawie w kreacje – odczytuję wersje losów Odysa, Penelopy czy ich syna, próbuję znaleźć w tym sens, ale tak naprawdę wciągają mnie zestawienia słów, zdania wykrojone jakby same dla siebie. Aż po kres książki, tragiczny finał, zasygnalizowany przecież już na początku, tym zestawieniem słów: śmieci i śmierci. „Śmieci trzeba śpiewać, mamy tylko śmieci”. Bo na końcu Odys odnaleziony, leży w śmietniku, rzyga winem, zbędny bohater, śmieci blisko śmierci.

Szostaka nie ma co demonizować. Od czasu do czasu można się zabawić kunsztowną literaturą, zmierzyć się z warsztatem i mieć odwagę. Ale przede wszystkim mieć klasę i kunszt, żeby się udało. Tak jak udało się Szostakowi w „Zagrodzie zębów”.

Rok królika.

Jak już sobie zamówiłem tę książkę, prostackim odruchem zapragnąłem sprawdzić, co o najnowszej Bator pisze Internet. Ku swojemu przerażeniu odkryłem, że pisze niedobrze, źle pisze, rozczarowująco podsumowuje, wyrzeka i narzeka, odradza. W popłochu i pierwszym geście, zapragnąłem wycofać zamówienie, ale już zapłacone, poszło w kosmos, to znaczy do księgarni. Pocieszyłem się lekko tym, że książka kosztowała mnie malutko, z racji różnych tam kuponów, które otrzymałem – nieważne, w każdym razie tanio było, jakieś 15 zł. No trudno, straciłem, myślę sobie, studiując różne blogi, które jako pierwsze się wyświetlają, czytając opinie „recenzentek”, fachowo podsumowujących książkę, a potem w komentarzach odpowiednie reakcje, że nie kupię, że nie czytałam i nie znam, ale i tak nie przeczytam, że w ogóle to mi się nic nigdy nie podobało, co z Bator wyszło.

Książka w twardej oprawie z królikiem na okładce, a właściwie z kobietą o króliczej głowie, starannie wydana w Znaku, robi dobre wrażenie, zwłaszcza z tajemniczo brzmiącym wierszem Emily Dickinson na początku, gdzie już pojawia się motyw sióstr bliźniaczek. Poszukiwaniom siostry odda się bohaterka, obsesyjna zbieraczka tytułów w polskich tabloidach („Kierowca zrobił z konkubiny kotlety na wesele brata”), którą widzę jako żywą Joannę Bator, widzę ją dokładnie, umiejscawiam w książce – nie da się odlepić wizerunku Bator od Julii Mrok, w czym nie pomógł z pewnością internetowy i telewizyjny proces promocji książki, a także obejrzany przeze mnie wywiad Nogasia z autorką, gdzie można było się Bator Joannie przyjrzeć i wkleić w narrację „Roku królika”.

Studio_20170115_131153_resized

Wbrew opiniom różnorodnym i śmiem uważać powierzchownym, Bator najnowsza mnie wciągnęła, wessała mnie bezbronnego natychmiast, pociągnęła do Ząbkowic Śląskich, zabrała na przejażdżkę, którą polubiłem z miejsca. Jeśli niecierpliwię się podczas przerw w czytaniu książki, znaczy to, że jest dobrze, że bohaterka i jej dziwaczny świat jakoś tam mnie zauroczyły. To lepsze jest niż Twardoch, pomyślałem, bo mi „Król” takich wrażeń nie dostarczył.

W bardzo niepokojącym skrócie, znana pisarka pretensjonalnych romansów historycznych, żyjąca w seksualnym trójkącie z dwoma mężczyznami, zmienia tożsamość oraz wygląd, i w obawie o własne życie, ucieka do Ząbkowic, znanych również pod nazwą Frankenstein, gdzie wpada na trop siostry bliźniaczki, ale przede wszystkim spotyka na swojej drodze dziwaczne indywidua oraz perwersyjne SPA z erotyczną i eutanazyjną posługą. Przerysowane typy, każdy z jakąś skazą, a to szklane oko, a to poparzona twarz, wariactwo i zajęcza warga, stanowią świetna pożywkę dla pisanego przez zmienioną nie do poznania bohaterkę, nowego romansu historycznego.

Ten nierealny świat nijak się ma do spokojnego miasteczka na Dolnym Śląsku – zapewne „Rok królika” w Ząbkowicach sprzeda się w rekordowym nakładzie, ale zawód będzie bezmierny, ponieważ mieszkańcy miasta swojego tam nie znajdą. Oniryczna atmosfera jak z jakiegoś podrzędnego horroru, kafkowska niemożliwość dostania się do urzędu, wyludnione ulice i postaci, wsysające bohaterkę w grę, której z łatwością ulega, to otoczenie nowego wcielenia Julii Mrok, sieroty z obsesją, egoistki emocjonalnej, kobiety wyrachowanej, ale przecież sympatycznej, której kibicujemy, żeby jej się udało. Absurdalność spotkań, typy ludzkie i ich pożądliwość, oderwanie od rzeczywistości, kreują świat mityczny, gdzie zdarzenia prężą się do obnażenia bohaterki, wyssania jej w wampirycznym tańcu, a z drugiej strony przecież jej uległość nie pasuje do charakteru, więc jest to jakiś lot bezwładny Julii Mrok, zamienionej w Annę Karr, a nawiązanie do Anny Kareniny Tołstoja nasuwa się jednoznacznie.

Bator ponętnie stylizuje swój tekst, żeby czytającego wciągnąć w dowcipną grę słów, taką Masłowską nam Joanna Bator jedzie, z łatwością to robi, szpanuje wartkim potokiem zdań zgrabnych a nawet śmiesznych, czasem ją ponosi, jak w tym fragmencie o oku inspektora Gerarda Harde’go, na stronie 125. „Staliśmy naprzeciwko siebie bez słowa, jak w kadrze jednego z tych filmów, w których bohaterowie milczą uparcie, jedząc makaron, albo jadąc samochodem na ósme piętro parkingu, co ma oznaczać, że obraz jest artystyczny”.

Kiedy już wpadniemy w ten sztuczny świat wykreowany przez Joannę Bator, poznamy plejadę dziwadeł,  celnie i z jakąś perwersyjną miłością podsumowanych przez autorkę ( „… widziała w Hotelu patologicznie otyłą kobietę w średnim wieku i staruszkę wyglądającą, jakby zmartwychwstała przez czyjeś roztargnienie zamiast Chrystusa”) wydarzenia nieuchronnie zaczną zmierzać do rozwiązania, którego niestety autorka nie udźwignęła, a szkoda. Zdemaskowana Julia Mrok wpada w łapy zboczeńca i w pierwszym odruchu uległości, zdaje się, że jej nowa tożsamość  zdobędzie kolejne doświadczenia, gdy tymczasem akcja przyspiesza i wyrywając się z ząbkowickich klimatów, powieść traci swój oniryczny urok, aby sczeznąć gdzieś na manowcach. Aż szkoda tego zakończenia, ale to nie my napisaliśmy „Rok królika”, więc pozwólmy Julii Mrok robić to, na co ma ochotę Joanna Bator.

Najnowsza książka autorki „Ciemno, prawie noc”, to połączenie czarnego humoru z onirycznym kryminałem, psychologicznej rozgrywki z horrorem trzeciej kategorii, to podniecająca historia z trupami, upadłymi kobietami, psychopatycznym mordercą, grasującym mitycznym królikiem, dowcipnymi puentami i czystą przyjemnością zagłębiania się w potoczysty styl autorki.  Już zaczyna mi brakować Julii Mrok i opisów tego karnawału spotkań z degeneratami, psychopatami, dziećmi z zajęczą wargą, albo sprzedawczyń z „sekendhendów”.

Obrzydliwość serwowana nam przez Bator jest nie tylko małomiasteczkowa, siermiężna i wtórna, ale również swojska. Z łatwością przyjdzie nam odnaleźć namiastki przerysowanego zła w serwowanych codziennie obrazkach z telewizora, więc z czasem ponura dziwaczność tabloidowych tytułów, dobierze się także do nas, a przygody Julii Mrok albo Anny Karr, staną się w końcu i naszym udziałem.